Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

"Należy zbudować popularny, oszczędzający czas środek przewozu, przy wykonywaniu czynności służbowych i wypoczynku, przeznaczony dla racjonalizatorów, przodowników pracy, aktywistów, naukowców, przodujących przedstawicieli inteligencji" –
Uchwała Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
i Prezydium Rządu z maja 1953 roku.





Nazywam się Lubkiewicz, Marian Lubkiewicz. Po prostu tak mi się życie ułożyło, że mam dobrze. Żonę mam dobrą. Gotuje w szkole. Zawsze coś przyniesie. Nie musi jak inne po kolejkach wystawać. To najważniejsze. Zdrowa jest. Może nie najładniejsza, ale czy to takie ważne. Dzieci mam dobre. Czwórkę. Dobrze się uczą. Po prostu mają taki dryg od Boga, że im wszystko lekko przychodzi. Inny dzieciak to się napoci, namęczy zanim jakieś zadanie rozwiąże z rachunków, a moje raz, dwa wszystko obliczają. Teściów nie mam najlepszych, ale z tym mam dobrze, że mieszkają w Szczecinie. Mieszkanie mam ładne, niezbyt wielkie, ale naprawdę bardzo ładne, mi się podoba. Ważne że mamy telewizor i jak w kwietniu leciał w kosmos Gagarin to ze trzydzieści osób przyszło. Wszyscy chwalili. Jakie piękne mieszkanie mówili, jaki wspaniały ten telewizor, po prostu wszystko widać. I kanapki z pasztetową pyszne, a ogóreczki skąd, o tej porze? Trochę się moja piekliła, że jej dywan zabłocili, ale co tam, dałem w pysk i się uspokoiła. W domu musi być porządek i każdy powinien znać swoje miejsce.
Mam dobrą robotę, nazwy zakładu nie ujawnię, bo to tajemnica służbowa, powiem tylko, że produkujemy Syreny. Bardzo dobry samochód. Nowoczesny. Podobno za kilka lat ma być tak, że każdy będzie mógł przyjść do sklepu, wyłożyć gotówkę i cześć. Wsiadać i jechać. Do Częstochowy można na przykład. Żonkę z boku, dzieciaki na tył. Kanapa taka, że cała czwórka się zmieści. Ach to będzie życie. Powiem w wielkim sekrecie, ja tam im tak do końca nie wierzę. No bo jakby to tak było, że byle łajza mogłaby z ulicy przyjść i auto kupić. Pijak jakiś albo złodziej. Samochód to dla porządnych ludzi powinien być. Dlatego zacząłem zbierać na Syrenkę. Nie chodzi wcale o pieniądze. Mam dojścia. Po prostu. A zresztą opowiem po kolei.
U nas na zakładzie pracuje pewna Gienia. Gienia tak naprawdę nazywa się Gienek i robi w straży zakładowej. Gienia jest ciotką, pedziem znaczy. Mówi zniewieściałym głosem i co najgorsze Gienia ma od dawna na mnie oko. Przez całe miesiące aż mi się niedobrze robiło na samą myśl. Jak mnie na rewizję brał, jak mnie niby po kieszeniach macał a do klejnotów się dobierał. Ohyda. I oczkami przewracał i do mnie tak – wąsalu (noszę od 15 lat) gdzie masz śrubkę. Raz to mało Gieni wpierdol nie spuściłem. Mówi, że jest zalecenie, żeby co setnego do gaci rozbierać, bo świece giną i jeszcze paski klinowe.
-A pójdziesz ty – mówię – zboczeńcu, myślisz, że w dupie świece wynoszę?
Gienia się zaśmiał, pokazuje jakiś urzędowy papier i tam rzeczywiści stało, że świece giną i paski i żeby rozbierać. No to się Gieni dałem rozebrać. Po tym wydarzeniu coś się Gieni porobiło. Nic tylko na mój widok w płacz. To się pytam kiedyś, co się stało, bo mi się go szkoda zrobiło, a ten nic tylko ryczy. Parę tygodni potem daje mi kopertę. Wychodzę za zakład, czytam. Gienia mi miłość wyznaje, że spać nie może, jeść nie może, że odkąd mnie w gaciach zobaczył, to tylko Marian i Marian i z tego wszystkiego Gienia chce ze sobą skończyć, bo żadnej nie widzi nadziei. Uśmiałem się do łez. W domu sobie jednak wszystko jeszcze raz przemyślałem. Rozrysowałem. Następnego dnia, z barku podpieprzyłem czekoladę, co moja na Dzień Dziecka trzymała. Wchodzę rana do Gieni i bach mu czekoladę na stół. Srety tety truję mu, że Gienia jest fajny chłopak i że my możemy być kumple, że na piwo się możemy wybrać. Gienia patrzy na mnie i nie może uwierzyć w swoje szczęście.
-A na winko nie można, bo ja wolę winko.
No to się wybrałem z Gienią na winko do lokalu, tyle że w drugiej dzielnicy żeby mnie kumple z roboty nie zobaczyli. Siedzimy, gadamy. Gienia chrzani mi z pamięci jakieś angielskie wiersze, które sam poprzetłumaczał, że niby taki zdolny. Siedzę jak na tureckim kazaniu myślę jakby tu swój plan przekazać. Dopiero jaki mi po dwóch, czy trzech godzinach Gienia mówi, że dla mnie wszystko, to ja zacząłem swoje.
-Słuchaj Gieniu – Gienia nie lubiła jak się do niej zwracać Gienia – Słuchaj Gieniu, ty jesteś dobry chłopak i ja jestem dobry chłopak, jakoś do porozumienia dojdziemy, nie?
Gienia przytakuje chociaż pojęcia bladego nie ma o co chodzi.
-Gieniu kochany…
Gienia się w tym momencie zarumieniła.
-Jest taka sprawa, żebyś ty na moje wyjścia oko przymykał.
-Jak to? Nie mogę na ciebie patrzeć?
-Nie o to chodzi. Na mnie możesz. Jakby ci tu powiedzieć…
-Śmiało Marianku, nie bój się mnie.
-Postanowiłem zbierać na Syrenę.
-Ojej jak cudnie, zabierzesz mnie na przejażdżkę?
-Jasna rzecz. Niech tylko Gienio nie utrudnia.
-Ja miałbym utrudniać, ja pomogę, co trzeba?
-No mówię, niech Gienio oko przymyka. Bo ja tą Syrenę zamierzam z zakładu wynieść, po kawałku, w częściach…
-O Jezu!
-No.
-Marian, ty się dla mnie chcesz tak poświęcić?
-Pewnie. To co pomożesz?
-Marian, a koła, koła gdzie schowasz? – zmartwił się Gienia.
Pokazałem mu cały plan.
-Po prostu. Mniejsze części będę wynosił normalnie, po robocie. Koła, karoserię, drzwi, szyby i całą resztę która mi się nie zmieści będę musiał wynieść w nocy.
-W nocy?
-A co?
-Bo ja się boję ciemności.
-Ale masz nocne zmiany?
-Mam, ale nigdzie nie wychodzę. Siedzę w pakamerze.
-Gieniu będę z tobą, niczego się nie bój.
Gienia rozmarzonym wzrokiem szybował gdzieś pod sufitem. Nie wiem czy myślał o nocnych schadzkach, czy o przejażdżce ze mną, naszą wspólną Syreną 100.

Wszystko szło jak z płatka. Wychodziłem z roboty z teczką pełną części, w kieszeniach śruby, w majtkach podkładki, za koszulką sprężyny. Czułem się jak ten rycerz. Huk był na szczęście na maszynowni taki, że mojego dzwonienia nie było słychać. Jak wyszedłem za bramę to zamiast na przystanek prosto przez park ruszałem na działkę. Kiedyś mija mnie matka z takim małym smrodem, z pięć lat. Ten mały tak patrzy na mnie, słucha, łeb przekrzywia i do matki – Mama czy ten pan to święty Mikołaj? Matka wytłumaczyła dzieciakowi, że żadnego świętego Mikołaja nie ma, tylko jest dziadek Mróz, ale on przychodzi zimą, a ten pan to jest tylko zwykłym złomiarzem. Przełknąłem obelgę. Starałem się potem unikać ludzi, a jak już się ktoś napatoczył, to kładłem się na ziemię i udawałem pijanego. Z każdym dniem w szopce na działce rosła góra części. Załatwiłem od kolegi numer „Młodego Technika” w którym była rozrysowana budowa silnika Syreny i śrubka po śrubce zacząłem skręcać.
Po trzech miesiącach silnik był gotowy. Nie odpalałem go, żeby nie denerwować sąsiadów, zaraz by się wszyscy zlecieli. Mało to zawiści na świecie? Ludzie z tej zawiści pokupywali sobie telewizory i siedzą po mieszkaniach. Na karty żeby kogoś na mówić wieczorem, nie mam mowy – dziennik muszą oglądać, albo film jest wojenny.
Gienia ciągle do mnie pisze listy. Tłumaczę mu, że się na razie spotykać nie możemy, póki cała sprawa nie zostanie załatwiona, a właściwie wyniesiona. Gienia mi pisze, że jak już złożę ten samochód to pojedziemy do NRF-u bo tam wolność i tacy jako on mogą normalnie po ulicach chodzić, za ręce się trzymać i nawet całować, co nikogo nie dziwi, bo skoro ktoś się kocha, to dlaczego ma się nie całować.
Jak tak czytam te listy to sobie myślę, że z Gienią mogą być problemy. Co on sobie wyobraża, owszem robi mi koleżeńską przysługę, przymyka oko jak go prosiłem, ale niech sobie nie myśli, że ja z nim i w ogóle. Wariat jakiś, coś trzeba będzie zrobić, żeby po wszystkim go uciszyć. Chociaż on jest tak samo w tym umoczony jak i ja, nic nikomu nie chlapnie, bo sam pójdzie do kicia. A może dostać 25 albo i gorzej w końcu było, nie było to jest szpiegostwo gospodarcze. Co z tego, że na małą skalę. Takiemu amerykańskiemu szpiegowi nie wiele trzeba. Wyciągnie malutki aparacik, cyk, cyk, maskę otworzy, cyk, cyk i zaraz w tym ich Niu Jorku będą jeździć jakieś Mustangi czy inne Fordy, jota w jotę jak nasze Syreny. I czy takiego kogoś nie powiesić? Przecież za licencję Polska Ludowa mogłaby otrzymać grube miliony dolarów, a tak bez jednego zielonego, za całkowite darmo będą se białe wyzyskiwacze naszymi autami jeździć.

Tej nocy wytoczyłem koła. Najpierw za zakład, potem po jednym na działkę. Spociłem się jak mysz. Gienia przesadził. Z łapami do mnie. Że on dla mnie tak się poświęca a ja nic mu w zamian nie daję.
-Mówiłem, że cię zabiorę na wycieczkę, mówiłem czy nie?
Gieni to nie wystarczyło. Objął mnie za szyję i do całowania. Jak mu nie lutnę z bańki. Myślałem, że ducha wyzionął.
-Gieniu wstawaj, wstawaj, co ci, żyjesz?
Z ust ciekła mu krew. Trząsł się i płakał.
-Uderzyłeś mnie, uderzyłeś mnie – powtarzał – Chciałem cię tylko pocałować.
Próbowałem się jakoś wytłumaczyć.
-Nie zwyczajny jestem. Było mi powiedzieć, a tak z zaskoczenia. Na drugi raz mów, cholera, otrzyj tą krew.
-Idź już.
No to poszedłem. Na drugi dzień dałem Gieni bombonierkę w kształcie serca. Nie chciał. Udawał obrażonego.
No Gieniu, nie gniewaj się, koła bardzo ładnie wybrałeś, w sam raz pasują.
-Z nami koniec – powiedział – odsuwając czekoladki.
-Jak to koniec?
-Tak to. Ty mnie nie kochasz.
Chciałem powiedzieć, że owszem tak, ale jakoś nie mogłem. Kilka osób przechodziło przez bramę. Poczekałem chwilę.
-Przecież umawialiśmy się, ty mi pomożesz, a ja tobie…, no Gieniu, co z tobą?
-Dobrze – Gienia ożywił się. Nachylił się i szepnął mi na ucho - Przyjdziesz do mnie na noc.
Złapałem za klamkę. Już miałem wychodzić, kiedy dostrzegłem jak na zakład wjeżdżał inżynier Makowski. Kremowa Syrena świeciła w blasku porannego słońca jak anioł.
-Na noc? A po co?
Gienia uśmiechnął się filuternie.
-Zobaczysz.
-A co ja powiem żonie?
-Wymyśl coś, mój ty wąsalu.
Oj kosztowała mnie ta Syrena nie powiem. Po prostu tak mi się życie ułożyło. To co z Gienią w nocy, ech szkoda gadać, najważniejsze, że miesiąc później siadłem za kierownicą mojego własnego, ciężko zapracowanego auta. Tej radości nie potrafię opisać. Czułem się, jak, jak Bóg. Dociskałem pedał gazu a świat przesuwał się na przód. Otworzyłem okno, miły chłód powietrze owiewał mi twarz. Widziałem te wszystkie zawistne spojrzenia, gdyby mogli rozszarpali by mnie na miejscu. Patrzcie jaki bogacz, Syrenę se kupił, złodziej jaki, badylarz pewnie, albo cinkciarz. Skurwysyn, człowiekowi do pierwszego nie starcza, a ten…jak to się rozparł, jak królisko, jak to się nadyma, nawet dzień dobry nie powie. Po prostu, tak się zapatrzyłem, że nie zauważyłem tego jednego zakrętu. Z Syreny niewiele zostało. Za to dostałem rentę, niewielką, ale zawsze. Ważne, że żonę mam cały czas dobrą, wyprowadza mnie na spacery, wózek mi w zakładzie zrobili koledzy, Gienia wpada do mnie po pracy, mówi, że niedługo ucieknie do NRF-u, z takim Władkiem z narzędziowni. Wczoraj w nocy wynosili koła.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...