Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Bez względu na długość życia
Życiorys powinien być krótki.
(Wisława Szymborska)


Pisanie to głupota lub objaw choroby. Ta choroba ma nawet nazwę — to grafomania. Piszą bo muszą, jak to w chorobie. Przynajmniej nie biją – jak w chorobie alkoholowej.
Potem my to czytamy. Czasami nawet się wkurzamy. Przecież prawie nikt nie czyta. Czytają tylko ci, którzy muszą. Zawodowcy i uczniowie. Czy jest jakiś odwyk dla piszących? Jak to brzmi?
Kto pisze? Każdego uczono pisać. Prawie każdego. Czy napisałeś lub pomyślałeś już swój wiersz?
Mamy teatr, kino. Gdzie w większym stopniu liczy się gest, dźwięk, kształt, niż słowo. Gdzie nie trzeba tyle wyobraźni. Słowo, w kinie i w teatrze, jest dźwiękiem, jest tylko jednym ze środków wyrazu. W książce jest jedynym. Jednak to przy pomocy słów piszemy historie, dialogi, didaskalia (wskazówki autora dramatu dotyczące wystawienia jego utworu na scenie (tzw. tekst poboczny)). Pokażcie mi reżysera pracującego bez scenariusza. Choćby tylko w głowie, musi go mieć! Może tworzy go wprost na planie? Są tacy geniusze!
Na początku było słowo. Słowo zostało zapisane. Na kamieniu, na tabliczkach glinianych, na sznurkach, na papirusowych rolkach, na dobrze wyprawionej skórze koźlęcej, cielęcej lub owczej czyli na pergaminie, na papierze. Teraz możemy rzucić słowo w sieć. Niech wędruje zamienione w ciąg impulsów elektromagnetycznych po świecie. Zostało zapisane ku pamięci. Innych! I naszej własnej!
Czym pisano? Rylcem, węzełkiem, patykiem, piórem ptasim, piórem stalowym, na maszynie, ołówkiem, długopisem. Dzisiaj, najwygodniejsze, przynajmniej dla mnie, jest pisanie komputerowe. Każdemu klawiszowi odpowiada kombinacja zer i jedynek.
Zero – prąd nie płynie. Jeden – prąd płynie. Ileż można wyrazić poprzez kombinację tak – nie. Tak to jedynka, nie to zero. Ekran zastąpił kartkę papieru. Piszę, bo jest prąd, bo czuję, bo widzę, obrazy, obrazy zdarzeń.
Pismo powstało z potrzeby utrwalania i przekazania obrazu, z potrzeby przekazania uczucia. Najpierw istniały obrazy naskalne. Człowiek pierwotny przekazał nam, jak polował, czasem jak wyglądał, jak żył. Potrzeba przekazania jest bardzo silna. Czasem, jak u Haliny Poświatowskiej, silniejsza od choroby, od strachu, od śmierci.
Słowo zostało wypowiedziane i zaopatrzone gestem, tłem. Stworzony został obraz, który mówi. Jeśli to zaopatrzyć muzyką — powstanie piosenka.
Jeśli to wszystko pokażą w TV – mamy teledysk.
Teledyski więcej. mówią o nas niż tysiąc genialnych ksiąg.
Trzeba je jednak zobaczyć. Żeby je zobaczyć trzeba mieć telewizor. Trzeba mieć gdzie go postawić. Trzeba mieć gdzie go włączyć. Żeby mieć telewizor i mieć gdzie go postawić, i mieć gdzie go włączyć trzeba mieć pieniądze. Żeby je mieć trzeba...
Widzę jednym okiem. Prawym okiem. Mam trochę nadziei, że lewym będę widział tak samo.
Teraz już wiem, że lewym widzę litery lepiej niż prawym. Widzenie jest bardzo ważne. Przypuszczam, że większość wrażeń odbiera człowiek (rodzaju męskiego) oczami. Powinni więcej wprowadzić do szkół wychowania plastycznego dla chłopców, niż polskiego, niż matematyki. Nasza cywilizacja to obrazki. Ikony. Ktoś powinien powiedzieć jak na nie patrzyć.
Wracamy do źródeł. Chociaż... „koń jaki jest każdy widzi.” Każdy widzi inaczej. Ta przeklęta indywidualność? A może błogosławiona?
Kto widzi? Kochamy to, co widzimy. To, co słyszymy, już mniej. O tak Pośród wszystkich zmysłów oczy są najważniejsze. Laryngolog może być innego zdania. Kobieta też. Kobiety lepiej słyszą, lepiej czują dotyk, lepiej czują zapach. Vivat dezodoranty! Ale handlowiec nie. Informacje o towarach są pisane lub rysowane. Towarzyszy im muzyka. W muzyce podstawą stał się rytm. Znowu rytm. Bo dawno temu rytm był ważniejszy od melodii. Sklepy to wystawy. Musisz je zobaczyć! Okulistów powinni współfinansować twórcy reklam i wystaw. W końcu to oni, okuliści powiększają grono widzących.
Jest powiedzenie: „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. To prawda! Dlatego wystawy, przeniesione jak najbliżej klienta krzyczą – kup mnie, miej mnie, a przynajmniej chciej mnie mieć!
Ciekawe. Dawniej widziałem gorzej. Wiem to, bo nosiłem okulary. Musiałem je nosić. Nie dla mody, lecz dla skutku. Od drugiej klasy szkoły podstawowej je nosiłem. Więc miałem lat osiem. Chorowałem na szkarlatynę i po tej chorobie zacząłem źle widzieć. Wyglądałem mądrzej, przynajmniej tak mi się zdawało, w okularach. Dzisiaj okularów nie noszę. Jak długo jeszcze?
Tytuł jest bardzo ważny. Jaki tytuł jeśli nie wiem, o czym to jest? O mnie? Nie wiem kim jestem!
To już nieważne! Mam tytuł. Błądzę śród Was i myślę, że o czymś zapomniałem? O kimś zapomniałem? O Was! Człowiek potrzebuje akceptacji drugiego człowieka. Człowiek potrzebuje pamięci.
Dlaczego więc to piszę? Piszę bo muszę! To dobre ćwiczenie palców. I rąk. No i może będzie ktoś o mnie pamiętał.
Szczęśliwi, którzy mogą pisać o takich głupotach jak seks. Ja muszę pisać o chorobie, i o miłości, i o sobie. Muszę pisać o moich bliskich, od których zaznawałem dobra. Dobra w najszerszym tego słowa znaczeniu. O moim dziadku, który nauczył mnie czytać z Biblii, sam nie wiem kiedy, do którego w strachu dziecięcym się przytulałem. O ojcu, do którego miałem pretensje, sam nie wiem o co? O teściu – o wspaniałym człowieku, który przyjeżdżał z daleka by nam pomóc. O jego synu, który, jedyny odwiedzał mnie w szpitalu kosztem własnego snu, choć nie musiał...
O tych, z którymi byłem, z którymi jestem, z którymi chciałbym być.
O wspólnocie?
O dotrzymywaniu danego słowa?
O kim i o czym pisać jeszcze?! Mam stanąć przed wami nagi?!
Jest strach dorosły, łatwiejszy do nazwania i do opisania.
To nie jest błahe powiedzieć: „i nie opuszczę Ciebie”. Lekceważymy sobie te słowa. Wypowiadamy je. I...
Jestem sam. Jestem sama. Trudno być z kimś. Ale jeszcze trudniej być w samotności. Na samotność trzeba zapracować i chyba zdecydować się! Samotności trzeba chcieć!
Moja żona. Ja, jej mąż. Nie jestem sam.

Moje dzieci. Ja, ich ojciec. Nie jestem sam.
Moja żona...
Nie lekceważąc słów „i nie opuszczę Ciebie” ratuje mi życie. Te zapisane tutaj słowa są także jej słowami.
Adam Sosna(2004.12.15)
Opublikowano

"Szczęśliwi, którzy mogą pisać o takich głupotach jak seks. Ja muszę pisać o chorobie, i o miłości, i o sobie."
dzis jestem niezgodna, złośliwa i wogóle ogólnoczeplna więc rzeknę ...szczęśliwi, którzy piszą o takich głupotach jak choroba , miłość czy też bazgrolą o sobie. Ja musze pisać o seksie...
;)

Opublikowano

pisarz? - to chyba za dużo dla mnie splendoru
prawdą jest to, że łatwiej mi z komputerem
może temu, bo zawodowe życie spędziłem przy komputerze
do choroby wielogodzinne kontakty z komputerem
teraz jest lepiej
i zacząłem pisać
zaskoczenie
całkowite

Opublikowano

dobre. temat dobry. nie nowy, na pewno nie nowy, ale i niezbyt wyeksploatowany. i chociaż może nie jest powalająco, myślę, że mogłoby być znacznie lepiej, to jest dobrze. jak dla mnie.
ale...
po pierwsze: grafomania nie dotyczy pisania jako takego, pisania samego w sobie, ale pisania złego, nieumiejętności posługiwania się słowem. zdaje się, że jednak źle użyłeś tego wyrazu.
po drugie: bardzo mnie razi to wyjaśnienie w nawiasie, czym są didaskalia. jeśli już wychodzisz z założenia, że czytelnik tego nie wie, to proponowałabym jednak przypis, a nie wpychanie tego w środek tekstu.
po trzecie: usterki interpunkcyjne.
"Widzę jednym okiem. Prawym okiem. Mam trochę nadziei, że lewym będę widział tak samo." - rewlacyjne trzy zdania :)
a jako że jestem czepliwa, nie mogę sobie podarować tego, aby zauważyć, że kobiety widzą lepiej niż mężczyźni. a raczej: widzą więcej, widzą szczegóły, a mężczyźni nie.
pozdrawiam :)

Opublikowano

ja to wiem
ale
ponieważ włóczę się trochę po necie nie mogłem się zgodzić w sobie na subiektywną
definicję grafomanii
wymyśliłem - choroba jak alkoholizm
nikt się nie przyzna, a musi
jestem grafomanem
muszę
tylko
cholera!
czemu się do tego przyznaję?
jak kobiety widzą lepiej
(a widzą, i czują, i rymują)
to może kobieta Jonek mi napisze
czemu się do tego przyznaję?
zdrowia

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krakoski givre m'enchante ─── „Ah ! Comme la neige m'a délaissé, Lavé mon cœur de sa pluie... Parmi les jours engivrés, Je m'enivre de mon ennui... Je m'engivre de mon destin..." [Hors d'] Nad moim półmiastem niebo mrozem zamarło, Jak ta na szybie łza, Nad moim niekrajem śnieg śnieży tak, Że świata okno mgłą szron skrył, jak moje ciało, Jak szybę życia, w mrozu ogród spopielił w białość... [Res medium] Nad moim niemiastem niebo tętni niczym czerwca odpust. Niebo delikatne jak najnowszy nów, A o zachodzie rzeka szara hymn śpiewa w słońca blues – Tam śpiewa „Alleluja” even bruk. A ja chwytam je szczytem serca… Szukaj spokoju tam, gdzie są ci ofiarowani: Ten czerwiec, Miłosz, Mrożek, Lem, i… To niebo ołowiane… Ono ci Ojcem, a synem samotrzecim – ty… O, niemiasto me! Sponiewierałem cię w rozterce... Jest tam na zachodzie – żelaznych ptaków port, Na północy – łuna Kombinatu Toksycznych Zórz. Na południu – aluminium płonący kort, Na wschodzie – matecznik, puszcza puszcz, A pod stopami, zwiędłycu map gorszy sort... A tu – północnych zorzy łuna łun, Tu – zachodniego wiatru arktyczny szkwał, O wschodzie, rzeki rzek szał – Na południu – jezior, jezior, jezior szum, A ponad mną ptaków powrotny klucz… Szukam podniety tu, gdzie śnią niemożliwy sen: Wciąż luty, Atwood, Cohen i Arcand… Śnieg, śnieg, w śniegu świat, po świata kres… Ona dobrą macochą mi, ma compagnonne, ma femme, Ta ćwierćojczyzna ma.   Ô mal adresse! Grzeszysz absencją co dzień, (Ja, je manque à l'appel)…, Tu, w inazylu mym, w abstraktu zastygły chłód: Fale, co w stalaktyty roztrzaskują się o Saint Laurent, Niebo ponuro zwisłe (comme chez Arcand), Tu, w nienowym Brest, słońca blask krwawy jak Cronenberg, Jak fleuve, co rozbija się o brzegu głód, Jak nadzieje na Saint-Jean, co rozbijają się o świtu brzeg… „Znajdziesz w końcu ujście”, szeleści mego serca prąd… "Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że n i e j e s t e m s t ą d.” Tam, w Laskach mych, lawą tryska żar: Wisły fal, co w czerwca skwar lgną do Ojcowskich skał, Nieba płonącego jak tańczący w Czar Par, Słońca, co zacina się jak album Lady Pank, Jak anioł stróż o Pod Aniołem budy bar, Jak Smok, co od wieków nie przestaje ziać, Jak ci, co pod Adasiem zimnym wzrokiem będą wciąż z bukiecikiem stać… [Ars carnae] "Nigdy nie znajdziesz spokoju”, mówi Pismo. A Słowo odpowie: „Nic się już nie zmieni”, Więc wybacz swym demonom, że im coś nie wyszło, Że twoje przywary są z tej tu ziemi, Że Omnia Tua – to duszy letniość, Bo dzwon Zygmunta zagrzmi w te tony: „Chwileczkę, proszę, będzie pochwalony… Nie wiś u diabła rękawa wciąż, dbaj o duszy higienę, Ta historia z szewczykiem poszła… w zapomnienie"... Masz tu port-aero na Zachodzie (na życia uciechy), Na Wschodzie – kołyskę (choć wątpliwego…), Na Północy – mumię tego (wiecznie żywego), Na Południu – góry z góry (to za grzechy…)! I choć niebo skwarne to jak u Chełmońskiego, W Mieście Krakuff wszystko jest tak niezmienne, Jak fale opływające Most Piłsudskiego… „Wszędzie znajdziesz jakąś miłość, niby ukojenie” – Tak szepce wzruszeniem nad sztuk sztuką Ułamek-Ławica, „Wracaj do źródeł”, krzyczy rozumu Labrador… "Jesteś, skąd jesteś, nie ma dla ciebie miejsca na tej zmieni;” I arktycznym prądem przeszywa cię jak matador Świadomość ta, dotąd skryta w dni cieniu: "N i e j e s t e m s t ą d.” - Kerouac z Księżyca. Tu, w szpitalnego korytarza półmrok wpadł lodowaty Iqualuut wwiew: Fali Saint Laurent, co w grudniową noc lasi się do bazaltów Ex Machina, Nieba zamarłego jak więźniarki w Unité 9, Słońca, co jest puste jak poczta głosowa Dédé Fortin'a, Jak bar przy boulevard Hamel, gdzie diabeł się sam upija, Jak wieloryby w Tadoussac, którym w płetwach zaparło śpiew, Jak Sacrilège'u ostatni zew… [Ars carnae] "Wciąż tylko wiatru niepełny niepokój”, mówi człowiek. A świat odpowiada: „Za późno”, Więc nie daj diabłu zapomnieć, że zrobił za dobrą robotę, Że twoje przedmioty stoją po złej oceanu stronie, Że your słowiańska krew – tutaj żebrze na próżno, A Notre Dame des Âmes Perdus ten tekst wydzwoni: „Proszę nie czekać, ten kraj jest zastrzeżony… Uprasza się nie wydzwaniać po Anioła Stróża, Ten numer z Winnetou się zajął, jak w lesie róża." Mam tu autoport na Zachodzie (po przebiegu), Na Wschodzie – Atlantyk (ten od Atlantydy…), Na Północy – las les Laurentides (wiecznie w śniegu), Na Południu – Stany (zastane w dyby)… I choć niebo tu twarde tel un Riopelle, W Citadelle wszystko wciąż płynie w kierunku, Jak fale, co Pierre Laporte wzięły na cel, Jak niestała stal Pont de Québec (ciągle w obstalunku)... „Niby znajdziesz miłostkę, pół-upojenie tu” – Tak dyszy pełną piersią chóru z Baru Fou ostatnie westchnienie… „Wracaj do źródeł”, wonieje morału swąd… "Gdziekolwiek byle nie tu, w każdym innym kącie ziemi, nie kryję, że nie mam do ciebie przekonania, nie rozumiesz, w y m i s t ą d!" [Pièce de résistance] „Religia to pokój Boży” – głosi Księga… chyba na Początek, Lecz czasopismo prawdę powie ci: „Nic się nie zmieni, Bo twoje pragnienia i cały tlen na ziemi, Wszystko, co nosisz – nie jest warte twej kieszeni”… A co ze spokojem? Pytia spokojnie odpowie… I ma rację ona, nie Kasandra: Czy tu czy tam, będziesz tracił zdrowie, To po co ci za każdym razem stłuczona filiżanka? Szukaj więc miejsca, gdzie uwierzysz chyba, Że ten luty to nie twoja Kasandra, Lecz wiecznie ci obiecywana Aleksandria, A tamten czerwiec – nie liczy się w rejestr, jak Atlantyda... Choć niebo i tu, i tam, i u Ubu, Jest jak diament ogniste, twarde niczym płomień, A o zachodzie, Popiół-Dni cię wita: „Zapraszamy do klubu!”, A zaschły atrament parkietu telegrafuje: „Wolny pokój tobie...”, I nawet twój pokój ci powie: „Daj pokój”, A coraz pustsze mieszkanie odrzeknie: „Tak z boku!” [Dés serres] Ach! Jak pada śnieg! Me okno w szronu sad rozkwitło... Ach! Wątek dni się rozsnuwa! Nad niemoim miastem niebo martwe jest, Jak ta łza, co uniknęła mego pokoju świetlikiem. Ach! Osnowa nocy światłu sztabę zasuwa... Ach! Ciemność widzę! Skąd przyjechałem? Dokąd jadę? Mróz ściął me nadzieje wszystkie: Jestem Południowym Krzyżem – Porzucony przez Polarną Gwiazdę... Ach! Gdzież smak poutine? Tak tęskno, tęskno mi... Ach! Jak śnieży śnieg! Wśród mrozem skutych dni, Ach! Ściął się życia ścieg... Nie tak.. A mad moim Uhr sierpień w śpiew jak w śnieg brnie, W śmiech, co strzaskał Hadesu drzwi! Ach! Wątek snów światło otworzyło mi! Ach! Widzę jasno: Skąd przybywam, gdzie gnam! Żar rozjaśnił duszę mą: Jestem jak lipca skwar – A tyś – moją ciemną Gwiazdą... Ach! Ten Cracovii smak! Ach! To mój gwiezdny czas... Wśród nocy, szalony bieg Ach! Spiął się życia ścieg... Ach! Jaki słońca blask! Tak.. [Ars carnae] I choć w Neverland „Wszystko, co masz, wciąż przekwita” (Tak mówi ci do ucha fala, która rozbija się po porcie Οὐτοπία)... To: „W Śródmorzu nie Mieć, lecz Być Różą zakwita”; Tak śpiewa ci rozbitek tysiąca nocy Acquae Vitae: "سقطت في هاوية التعاسة" ───  
    • Starzec i dziecko siedzieli na brzegu strumienia, gdzie woda cicho płynęła między kamieniami. Wokół nich rosły bujne trawy, a w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgoci. Dziecko patrzyło w wodę, a jego oczy błyszczały od ciekawości. Zauważyło coś na dnie strumienia – coś, co wyglądało jak mały, złoty przedmiot. Zapytało, wskazując palcem na wodę: – Co to jest? Starzec uśmiechnął się łagodnie, spoglądając na błyszczący punkt w wodzie. – To, co widzisz, jest tylko odbiciem. Ale to, co widać w odbiciu, może być czymś więcej, jeśli pozwolisz swojej wyobraźni popłynąć z nurtem. Wyobraźnia jest jak woda, która płynie w strumieniu – nie zatrzymuje się na jednej rzeczy, nie twardnieje w jednym obrazie. To nie jest świat, który musimy dosłownie zobaczyć, ale przestrzeń, w której wszystko może stać się możliwe. Wyobraźnia nie zna granic, bo to ona wyznacza, co jest realne. Tak jak woda w strumieniu nigdy nie jest tym samym nurtem, tak i my, gdy pozwalamy swojej wyobraźni płynąć, możemy przejść przez miejsca, które w rzeczywistości nigdy by się nie zdarzyły. Możemy być wszędzie, gdzie tylko zechcemy – w świecie, który kształtuje się w naszych myślach, w przestrzeni, którą sami tworzymy. W wyobraźni kryje się nasza wolność, nasza zdolność do bycia kimś innym, do spojrzenia na świat w inny sposób, do twórczego kształtowania rzeczywistości. To ona daje nam odwagę, by marzyć, by wierzyć, że to, co niemożliwe, może stać się możliwe. Bo w wyobraźni nie ma ograniczeń. Ona jest jak strumień – płynie, zmienia koryto, rozlewa się w nowych miejscach. A my, jak dziecko, możemy ją obserwować, pozwalając jej prowadzić nas do odkrywania nowych światów, nowych prawd.  
    • Meł to Kaziu: ta tu, i za kotłem.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...