Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1.
tłuste słoneczniki syte latem siały czarne zęby ziaren
w misie doliny. naprężona błona nieba. żyłki światła.
miriady rozgałęzień. synapsy rozwidleń i odnóg. emma
przesiadywała w krużgankach sadu. gaworzył wiatr.
kicały króliczki lukrowane różem, dziecięcym błękitem
na trawiastym kocyku pod jabłonią. pusta w środku,
wydrążona jak tykwa. z napiętą skórą twarzy.
włosy zwijała w bolesny węzeł. ciężki kadłub
chmur rozwierał oko opalizujące kataraktą. obłęd.
emma przeniosła przez próg nowego lokatora.

2.
szare futerko kurzu i pajęczyn zarastało dom niczym
kłaki dzikiej brody. strugi ulewy. już tydzień
siedział w prostokącie blasku rozciętym na czworo
wąskim krzyżem cienia. ożywała na plecach
atramentowa menażeria gdy ściskał wnętrzności
palcami żeber. jedna po drugiej eksplodowały
doniczki na ganku. okrzyki światła. terakotowy pył.
za oknem szubieniczny wiąz zakorzeniony
w błotnistym gruncie zbielałymi knykciami.

3.
wyfrunął za nią w ryczącą noc. dogasała już
na cembrowinie spirytusowa lampka jak znicz
nagrobny. w miękkich błotnistych dziąsłach studni
wierzgający na sznurze amorficzny zoofit.
spuchnięte pijawki powiek. szkarłatne bukiety
wybroczyn. pająki snu plotły rzemienne nici
słodkiej drzemki. w siekącym deszczu ambulans
piął się grząską drogą jak lśniący skorupiak.

4.
świt litościwie opuszczał blady sierp. odchodził
wraz z ulewą. z twarzą poparzoną łzami. ospowatą
powierzchnią kałuż dryfowała surowa galeria
portretów oprawnych w okienne ramy. pęknięcia
w płaskim brzuchu doliny. strzałki światła. kruki
kaleczyły posiniaczone i utrudzone niebo.

(epilog)

1.
fale ulewy przestały chlupotać o burty
i znów każdy dzień stał się wart zachodu.
słońca odcedzone luksferami lapis lazuli
zbierała w motki i przędła złociste nici.
umiała szyć. zdążyła już połknąć dwie igły
i parę garści tęczowych guzików. mnóstwo
razy wypruwała zębami drobne ściegi szwów
na nadgarstkach. szkarłatne koronki nie pasują
do dziecinnego pokoju. lepszy błękitny patchwork
z pierzastych gałganków. szkiełkami paznokci
kroiła niebo na brudne szmatki. wieczorem
sternik przynosił laudanum w kieszeni fartucha.
strząsał z ramion na deski gwiezdny puder.
udawała uległość bioder i tępy wzrok. odchodził
zadowolony. emma zlizywała lśniące drobiny.

2.
domki jak czekoladki tkwiły w zagłębieniach
aksamitnej doliny. wiatr szeleścił pergaminem nieba.
w chacie na kruczej górce od tygodnia dojrzewał
embrion. drgnął i rozwinął się gdy poczuł swąd piór
na rozpalonej płycie dachu. najwyższy czas.
naostrzył wszystkie noże. chwytał i z pasją zarzynał
krzesła komódki kołyskę. na suche wióry
na drobne ząbki na złote włoski. ach jakże mruczał
ogień. ach jak troskliwie lizał oszalałego syna
na pępowinie sznura. po coś mnie wtedy ratował
cedziła dmuchając w słońce. ludzie szeptali: to ona.
to emma zaprószyła zachód.

3.
najdroższy już nie przepłoszysz mi snów. skręciła się
w supeł z szmacianą laleczką przy piersi. kołderka
wygłuszyła ściany. nad lasem wrzeciono księżyca.
od pożaru wracały spóźnione szalupy. brzask wzbierał
poplamiony krukami.

Opublikowano

jest długi i trudny, ale magiczny. wgryzam się po kawałku. choć nie mam wielkiej nadziei na dojście do dna, bardzo osobista symbolika. zabieram do rozgryzania po kawałku.

pozdrawiam
m.

Opublikowano

czydziestek, zazdrość to niskie uczucie, poza tym pisze się "stąd", a nie "z tąd", hehe! :>
Marny Poeto - to ma być zemsta za czas jaki poświęciłam, żeby odpisać Ci na Twoje skomlenie o skomentowanie Twojego "wiersza"?
Wyznam Wam obu, że aż mi poszło w pięty i chyba pójdę wsadzić łeb pod pociąg z rozpaczy.
I co to w ogóle znaczy "gdybyś była facetem"? Ty (prawdopodobnie) jesteś - i co z tego? Wątpliwą przynosisz chlubę swemu rodowi.
Powiem krótko: kto nie rozumie - niech nie komentuje, bo tylko się ośmiesza. Pozdrawiam, co mi tam.

Opublikowano

magda:
jest długi i trudny, ale magiczny. wgryzam się po kawałku. choć nie mam wielkiej nadziei na dojście do dna, bardzo osobista symbolika. zabieram do rozgryzania po kawałku.

Bo realizm magiczny jest trudny i przeznaczony dla czytelników o wysublimowanym smaku, nieprzeciętnej wrażliwości i niewątpliwej inteligencji :) Ja wiem, czy osobista? Raczej nie. Może po prostu wczułam się w postacie tak dalece, że emanują autentycznością swej traumy. Nie, Magdo: wszelkie podobieństwo jest niezamierzone i przypadkowe. Upuściłam cugle i pojechałam galopem na całego :)
Dzięki za dobre słowo i gratuluję intuicji.
Pozdrawiam

Opublikowano

Dorma:
> Bylam, widzialam, przeczytalam( choc z trudem)
Dzięki, że dobrnęłaś do końca :)
Chcesz? Na złość wszystkim krzykaczom powiem Ci, o czym jest ta bajka:

Dziewczyna nie mogła mieć dzieci, więc postanowiła sobie odebrać życie. Facet ją uratował, ale zabrali ją do zakładu dla obłąkanych. Tam podejmowała kolejne próby. W tym czasie facet zwariował i spalił chałupę razem z sobą w środku. Kiedy wszyscy gasili pożar - Emma w końcu dopięła swego. Piękne, nie? Nie cierpię szczęśliwych zakończeń :)

> żałosne te wasze komentarze..Ile w was agresji..
Agresja najczęściej rodzi się z poczucia zagrożenia. Tylko przed czym? Doprawdy nie rozumiem. Ale nie ma sensu zawracać sobie głowy męskimi atawizmami :>

pozdrawiam

Opublikowano

czydziestek:

no nie coraz bardziej mnie pani rozbawia :)))))))))))))))))
(...) no i co i juz mam przypisy:)
no nic - podziwiam konsekwancje :)

Ja natomiast podziwiam konsekwencję pewnej części tubylców: im lepszy wiersz, tym więcej objawów wścieklizny. Więcej godności, Panowie, uczcie się od stoików (a bawię się świetnie; przy okazji ćwiczę riposty - same korzyści :D)

Opublikowano

Wracam tu po raz nie wiem który z kolei i chyba dopiero teraz jestem w stanie coś napisać. Trudno przebrnąć przez gąszcz słów i wyłowić z nich znaczenie. Po pierwszych kilku podejściach docierały do mnie tylko obrazy, emocje, które trzeba było sobie poukładać i "dopasować" do sytuacji. Wiedziałam, ze są mi one bliskie, musiałam jeszcze tylko zrozumieć dlaczego. Wyszła z tego interesująca wycieczka do wewnątrz samej siebie. Niestety - dość przygnębiająca. Mimo to doceniam prawdziwą maestrię tkania obrazów i uczuć, obecną zresztą we wszystkich Twoich wierszach. Podziwiam i dziękuję, j.
PS
Nic co wartościowe nie przychodzi łatwo. Naprawdę warto było sie potrudzić. I jeszcze prośba: nie zamieszczaj nigdy takich dosłownych interpretacji - zabierasz magię swoim wierszom. A one, po napisaniu, nie należą już do Ciebie ;)

Opublikowano

joaxii:
Wiedziałam, ze są mi one bliskie, musiałam jeszcze tylko zrozumieć dlaczego. Wyszła z tego interesująca wycieczka do wewnątrz samej siebie. Niestety - dość przygnębiająca. Mimo to doceniam prawdziwą maestrię tkania obrazów i uczuć, obecną zresztą we wszystkich Twoich wierszach. Podziwiam i dziękuję, j.

jezu, trafił mi się czytelnik idealny! Wcale nie dlatego, że chwali, ale czyta kilkakrotnie, za każdym razem odkrywając nowe znaczenia, zastanawia się, drąży, po prostu myśli. Jesteśmy zachwyceni! (rzeknę niczym kocur do Małgorzaty :)

(...)I jeszcze prośba: nie zamieszczaj nigdy takich dosłownych interpretacji - zabierasz magię swoim wierszom. A one, po napisaniu, nie należą już do Ciebie ;)

Wobec tak kulturalnej prośby doprawdy nie można pozostać obojętnym.
Choć musisz zrozumieć, jak trudno jest mi się nieraz powstrzymać :)

Opublikowano

dobra, dziś część przeczytałem, a w sumie to nawet całość,
wynika więc z tego, iż jakkolwiek tekst byłby ciekawy, w jakiś sposób nie zachęca, by zagłębić się w kolejne obrazy

za długie, przeintelektualizowane i tak dalej.

Ogólnie jesteś fajna poetka, ciekawa i interesująca, ale ten tekst wyżej mnie nie przekonał i tyle.

a poza tym to nie lubię jeszcze jak kropki są w połowie wersu, myślę i myślę nad tym, i się zastanawiam po co to wogóle służy.

uważam, że to taki poetycki bełkot, może mocne słowo, ale... za mocno zamotalaś swoje myśli.

oczywiście ja się nie znam, ale że mam możność wypisywania czego tylko dusza zapragnie, no to sobie napiszę, niemniej zgadzam się z tym co napisałem całkowicie ;)

wiesz co, za bardzo jesteś według mnie spiętą poetką,
na psychologii się może nie znam, a może i nie...
ale oczekujesz od czytelnika czegoś więcej, no cuż, wymagania odnośnie krytyki masz, ale to już nie od Ciebie zależy, bo zawsze znajdzie się taki gość jak ;)
- wredota jeden!

tylko Ty mi się tu na mnie nie obraź,
bo słabo nie piszesz, masz własne zdanie, i coś na pewno ciekawego i interesującego sąbą prezentujesz,

jeśli Cię zdenerwowałem... ...dobrze, że mieszkam daleko ;)

ale ten wiersz, który tu zamieszanie sieje fajne, jeszcze raz na spokojnie przeczytam...

Pozdrawiam,
Kai Fist

Opublikowano

Kai Fist:
dobra, dziś część przeczytałem, a w sumie to nawet całość,
wynika więc z tego, iż jakkolwiek tekst byłby ciekawy, w jakiś sposób nie zachęca, by zagłębić się w kolejne obrazy
za długie, przeintelektualizowane i tak dalej.

Ty, no bez przesady, to nie "Iliada" (rozmiar), ani "Ulisses" (trudność) :)

Ogólnie jesteś fajna poetka, ciekawa i interesująca,(...)

Odnoszę wrażenie, że tutaj większość ludzi zamiast "wrzucać wiersze na warsztat" - przede wszystkim oczekuje akceptacji dla swojej osoby.
Twoja powyższa asekuracja też o tym świadczy. Mam w nosie, czy ktoś z krytyków lubi MNIE; ważne, żeby merytorycznie podchodził do moich wierszy. Jeszcze raz przypominam o haśle "konstruktywna krytyka", nie mająca nic wspólnego z osobistymi wycieczkami. Strona taka jak ta powinna zajmować się poezją, a nie skupiać hermetyczne towarzystwo wzajemnej adoracji.

a poza tym to nie lubię jeszcze jak kropki są w połowie wersu, myślę i myślę nad tym, i się zastanawiam po co to wogóle służy.

Przerzutnia, Słonko. Tworzenie nowych sensów. Na przykład:

(...) odchodził
wraz z ulewą. z twarzą poparzoną łzami. ospowatą
powierzchnią kałuż dryfowała surowa galeria

powyższa przerzutnia sprawia, że zarówno twarz jest ospowata, jak i powierzchnia kałuż.

Albo:
wypruwała zębami drobne ściegi szwów
na nadgarstkach (...)

Zanim nastąpił pierwszy z powyższych wersów - czytelnik sądził, że chodzi o zwykłe szwy na materiale. Przerzucenie nadgarstków do następnego wersu spowodowało element zaskoczenia. W połączeniu z łykaniem garściami prochów oraz igieł - mamy już pewność, że Emma znów próbowała się zabić, na różne sposoby.

Przy okazji stosowanie przerzutni zapobiega nadmiernemu i niczym nieuzasadnionemu szatkowaniu wierszy, które dzięki temu powszechnemu niestety zwyczajowi zdają się ciągnąć w nieskończoność. A w poezji - jak wiadomo (chyba) - ważna jest kondensacja.

uważam, że to taki poetycki bełkot, może mocne słowo, ale... za mocno zamotalaś swoje myśli.

Bełkot jest wtedy, gdy autor sam nie wie, co chce powiedzieć. W tym przypadku - to czytelnik nie rozumie. A to już trąci zwalaniem winy :)

(...)
wiesz co, za bardzo jesteś według mnie spiętą poetką,
na psychologii się może nie znam, a może i nie...

Mylisz się, jestem wyjątkowo luźna, a pisanie bawi mnie i relaksuje :)

ale oczekujesz od czytelnika czegoś więcej,

jezu! To chyba świadczy o szacunku do czytelnika, że wymagam od niego kreatywnego odbioru? Nie mam chyba do czynienia z debilami (zresztą ten tekst wykrzykiwano mi tu już nie raz prosto w nos).

(...) wymagania odnośnie krytyki masz, (...)

Mam i czuję wielki niedosyt. Krytyka to bardzo trudna sztuka. Wymaga olbrzymiej wiedzy, oczytania i minimum dystansu do osoby autora. Jednym słowem - dojrzałości (niekoniecznie metrykalnej).

tylko Ty mi się tu na mnie nie obraź,

czy Ty masz coś z głową? Niewiele osób próbuje tu z autorem dyskutować. Z reguły zamiast komentarzy czyta się ty egzaltowane westchnienia tudzież ociekające jadem bluzgi. Ty nawiązujesz dialog. "I za to cię, Hela, szanuję!" :)

(...)
ale ten wiersz, który tu zamieszanie sieje fajne, jeszcze raz na spokojnie przeczytam...

Oczywiście, że zamieszanie jest zjawiskiem pozytywnym. Najgorszą cenzurką dla słabego wiersza jest obojętność, cisza w wątku. Jeśli wzbudza emocje, kontrowersje - to znaczy, że jest "jakiś".

pozdrówka, "sapere auso" :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Przecież właśnie na tym polega poezja (nie tylko zresztą - proza czasami też). Z tego, co napisał autor, budujemy własne obrazy na podstawie wzorów, które są w nas. Poezja jest jak woda: przybiera kształt naczynia, do którego została wlana. Natomiast kolor, zapach, temperatura to cechy, które nadaje jej autor. Dlatego poezja jest taka piękna - za każdym razem potrafisz znaleźć w tym samym wierszu coś nowego, jego znaczenie zmienia się wraz z Twoimi doświadczeniami i z Tobą. Tym się różni od reportażu, relacji, sprawozdania. W dodatku jej podstawową funkcja jest szeroko rozumiane piękno i zapis emocji. Wieloznaczność i niedosłowność różnią ją od ekshibicjonizmu, o któy zresztą czasem jest posądzana. Tobie się udaje to osiągnąć. A przynajmniej ja tak to widzę ;)
Pozdrawiam, j.
Opublikowano

dobra, porozumienia w tym wypadku nie będzie,

i całkowicie nie podoba mi sie to:
Zanim nastąpił pierwszy z powyższych wersów - czytelnik sądził, że chodzi o zwykłe szwy na materiale. Przerzucenie nadgarstków do następnego wersu spowodowało element zaskoczenia. W połączeniu z łykaniem garściami prochów oraz igieł - mamy już pewność, że Emma znów próbowała się zabić, na różne sposoby.

- to jest...!!! żeby autorka wypowiadała się za np. mnie, przecież to ja jestem czytelnik, i to ja sądzę. czy to jakieś pranie mózgu? ;)
logicznie czegoś tu nie rozumiem?

Mam i czuję wielki niedosyt. Krytyka to bardzo trudna sztuka. Wymaga olbrzymiej wiedzy, oczytania i minimum dystansu do osoby autora. Jednym słowem - dojrzałości (niekoniecznie metrykalnej).

o tak! krytykiem staje się nagle jednego dnia,
zauważ też, że za krytyka się nie uważam, bo się nie z n a m, i że to jest tylko moja opinia, co do kótrej mam prawo absolutne, nieprawdaż?

czy Ty masz coś z głową?
mam :)
a nie widać?

a tak poza tym jesteś kobietą, i potwierdzasz regułę,
że kobiet nie da się czasem rozumieć

Pozdrawiam,
Kai Fist

P.S.
sapere auso - razem oddzieleni? osobno razem? czy jakiś saper to jest, wybacz, ale łaciny nigdy się nie uczyłem, proszę o oświecenie.

Opublikowano

Kai Fist
dobra, porozumienia w tym wypadku nie będzie,
(...) czy to jakieś pranie mózgu? ;)
logicznie czegoś tu nie rozumiem?
(...) za krytyka się nie uważam,(...)
(...) a tak poza tym jesteś kobietą, i potwierdzasz regułę,
że kobiet nie da się czasem rozumieć.

Na Twoim przykładzie przekonałam się, jakże bolesne bywają rozczarowania. Okazało się, że wszystko spływa po Tobie jak po gęsi.
"Sapere auso" to cytat z Horacego, oznaczający "temu, który odważył się być mądry" (w odniesieniu do Ciebie - jednak okazał się baaardzo na wyrost). Ja co prawda studiowałam filologię klasyczną, ale posiadam również google, w których przeważnie znajduję to, czego mi trzeba. W Twoim przypadku to zwykłe lenistwo. I Wy mi tu mówicie, żeby nie załączać "mapek"? Gdyby nie one - nikomu nie chciałoby się nawet kiwnąć palcem, żeby czegoś poszukać. Oczywiście - wtedy można bezkarnie rozedrzeć japę, że wiersz do dupy, a autor głupi, "bo JA nic nie rozumiem!!!" (tupnięcie nóżką). I pomyśleć, że kiedyś nie było internetu, a po niezbędne informacje chodziło się do biblioteki. Dlatego właśnie ociężałość umysłowa powinna znaleźć na liście chorób cywilizacyjnych współczesnej młodzieży.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...