Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Michał nie mógł doczekać się weekendu. Siedząc na parapecie, beznamiętnie wpatrywał się w szkolny korytarz i roztaczał fascynujące wizje, w których jawił się cudowny pod każdym względem ogródek działkowy wraz z przyległym domkiem.
- Misiu dlaczego jesteś taki smętny? – Gośka szturchnęła go w ramię.
- Jeszcze trzy dni, trzy dni... – odpowiedział, nie odrywając wzroku od wielkiego portretu dyrektora, który górował nad wizerunkami polskich Noblistów.
- Spoko, zaliczymy tylko klasówkę z matmy i wybywamy.
- Nie rozumiesz, zagrożenie z polskiego, geografii... Już czerwiec, co ja potem...
- Będziesz miał najwyżej poprawkę. Ale zdasz spokojnie. Pomyśl, zbliża się długi weekend, trzy dni pierdzenia w stołki, chlania do nieprzytomności i kąpieli w pięknej, przejrzystej, wiejskiej wodzie...
- Masz rację, ale...
- Cśśś nie ma żadnego ale.
- Ale... – Gośka stłumiła zapał młodzieńca, posyłając mu pocałunek śmierdzący tanimi papierosami monte carlo z mety. Chłopak lotem koszącym zmienił zdanie.

Oprócz Gośki i Michała na wieś wybierało się kilka osób: Weronika, właścicielka domku (posiadała we wsi wiele korzystnych, z punktu widzenia alkoholika, znajomości), Kamil i Wiolka. Wszyscy zebrali się w piątek rano, w umówionym miejscu, przy śmietniku pod blokiem Kamila, który był szczęśliwym posiadaczem poloneza caro.
Podczas podróży naszymi bohaterami rzucało niemiłosiernie. Niemały wpływ na ten fakt miały kocie łby, którymi w większości wybrukowane zostały wiejskie bezdroża. Jednak Kamil jako wytrawny kierowca zachował zimną krew i zdołał dowieźć całą ekipę w prawie (nie licząc kilku krwiaków na nogach i łokciach) nienaruszonym stanie.
Kiedy młodzież wywlokła się z samochodu, nareszcie mogła odetchnąć pełną, choć nieco obolałą piersią.
- To co? Teraz pokażę wam kawałek okolicy, a później wracamy zabalować przy ognisku – zaproponowała Weronika. Kamil nieszczęśliwy ''nosiciel'' choroby lokomocyjnej odpowiedział jej niewyraźnym uśmiechem, gdyż jeszcze przed chwilą wymiotował, klęcząc na trawniku. Reszta cieszyła swoje młode twarze czerwcowym słońcem.

Zbliżała się północ. Półprzytomny Michał sterczał nad ogniskiem z przepalonym kijem i niedbale zaczepioną nań kiełbasą. Promile szumiały mu w głowie niczym najpotężniejszy blizzard, a każdy lot ćmy przypominał świst zatrutych strzał, wysyłanych przez czerwonoskórych w trakcie bitwy. Niestety Kamil nie był w tak dogodnej sytuacji. Każda próba powstania z wilgotnej ziemi oraz ulokowania swoich zgrabnych i wyćwiczonych przez siedmioletnie treningi karate czterech liter kończyła się niezwykle bolesnym lądowaniem na kancie drewnianej ławki. Weronika spojrzała na kolegę z niedowierzaniem, niczym najtroskliwsza matka i rzekła do Michała:
- Słuchaj. Nie jesteś jeszcze aż tak wstawiony... Jutro jak wstanie Kamil to będzie się męczył okrutnie. Choć skoczymy do sąsiadki, dwa domki dalej dokonać zakupu nowej partii alkoholu.
Michał pomału odwrócił głowę do koleżanki. Po kilku sekundach dotarło do niego co powiedziała.
- No dobrze, chodź.
Pani Wieńczysława – sąsiadka to bardzo miła, starsza pani – twierdziła Wera.
Po dwóch minutach marszu znaleźli się przed jej domem. Zastukali przerdzewiałą klamrą z łbem lwa.
- O! Cieńobry dzieci – staruszka przywitała ich z niezwykłą dozą humoru.
- A cieńobry pani Wieńczysławo! My w sprawie... – Weronika próbowała się szybko spoufalić, prawdopodobnie w celu uzyskania choćby drobnego rabatu.
- Wiem dzieci, wy w potrzebie. Ale ja wam pomogie.
- Kochana pani.
- A ile chcecie?
- Dwa literki?
- Spoko jak to we waszej wiosce mówią. Ty Weruś wiesz co? Ty do domu idź, a kawaler zaczeka, ja zaraz przyniosę pakunek i weźmie.
- Ale on trochę wstawiony...
- Da radę! Młody jest.
- Sama nie wiem...
- Zaufaj.
- No dobrze – Weronika uśmiechnęła się w kierunku Michała niczym wrząca woda i po chwili znikła za drzwiami.
- Czekaj no kawaler, zaraz przyniosę...
Jednak nim kobieta zdążyła wrócić, Michał pogrążył się w kamiennym śnie. Za poduszkę służyła mu miska dorodnych ogórków, a jedyną pościelą był noc wdzierająca się przez niedomknięte drzwi.

Przez okna wszedł poranek, zapachniały kwiaty. Michał zbudził się w asyście zapachów doskonałych, nawet Gośki nie byłoby na takie stać. Obok niego leżała roznegliżowana pani Wieńczysława.
- Ach kotku byłeś wspaniały – wycedziła przez fikuśny całus z odległości.
Michał potrafił odnaleźć się w każdej, niemal pogranicznej sytuacji, jednak tutaj zahaczył o punkt o podłożu skandalicznym. Wieńczysława odgarnęła pęk siwych włosów za ucho.
- No jak, nie mów, że ci się nie podobało.
- Ale ja nic... Ja nic nie pamiętam.
- Chcesz? Mogę ci opowiedzieć. Najpierw baraszkowaliśmy w ciemnościach...
- Dość! Nie chcę tego słuchać. To był gwałt!
Nagle drzwi do domu ktoś kopnął, wynosząc przerdzewiałe śruby z zaryglowanego na maksimum zamka. W progu stanęła Gośka, Weronika i patrzący metafizycznie Kamil.
- Ty, ty... – Gośka załkała, zamotała się w słowach, których jej w efekcie zabrakło i rzuciła się w wir łez.
- Ty, ty... – Kamil zmrużył oczy – Stary podziwiam cię.
- Ale to nie tak... – Michał próbował ratować sytuację, z perspektywy neutralnego obserwatora jednoznaczną.
Pani Wieńczysława wrzuciła coś na ruszt drewnianej fajki i po chwili cały pokój zalał nieskazitelny zapach japońskiego tytoniu, pakowanego w suwalskiej fabryce ‘’Ziemia obiecana’’. Michał w końcu zwlókł się z łóżka i w celu odnalezienia swoich majtek zajrzał pod stół. Nie miał siły na dalsze ekspedycje. Czuł się nieswojo, a w dodatku jego delikatną skórę drażnił dym fajki.
- Wychodzę – powiedział zbulwersowany.
- Ty pierdolony sercołamaczu, ja ci pokażę! – krzyknęła Gośka, po czym rzuciła się na wykończonego nocnymi igraszkami chłopaka. Michał zalał się krwią, rażony jej potężnymi, sztucznymi, zakładanymi w znanym salonie kosmetycznym paznokciami, w odcieniu czekoladowy brąz.
Zraniona (ale tylko w przenośni) dziewczyna wybiegła na dwór. Zaraz po niej próg domu przekroczył zraniony cieleśnie, a w dodatku nagi i lśniący jak dwa miecze Michał.
Chłopak nie miał już siły. Stanął na wschodniej rubieży podwórka i wpatrywał się w oddalającą kaczym krokiem Gośkę. Spostrzegł również, że z domu pani Wieńczysławy powoli wytaczają swoje zwaliste cielska jego pozostali przyjaciele.
- To na razie – mruknęła tylko Weronika.
- Do zoba... – odburknął Michał i w tym samym czasie poczuł nieposkromioną chęć na odbycie drzemki. Nie chcąc wracać do domu Wieńczysławy, zajrzał do psiej budy, na której wisiała karteczka z napisem ‘’wakat’’. Było tam w miarę schludnie, buda spełniała minimalne wymogi sanitarne, sprytnie wyłożona sianem prezentowała się niezwykle solidnie.
Nie miał dobrego letargu. Śnił mu się poprzedni właściciel lokalu – pies Burek, a zaraz po nim cały stosunek z panią Wieńczysławą. Kiedy wstał postanowił zmazać z siebie cały brud nocy. Udał się nad jezioro, gdzie zażył tak upragnionej kąpieli.
Kiedy wrócił podziękować za gościnę (w trakcie spaceru powrotnego, zrozumiał, że jest dobrze wychowanym człowiekiem) coś go tknęło. Odwrócił się. Na jego ramieniu uwiesiła się Wieńczysława. Michałowi po plecach przeszły przyjazne dreszcze. W kobiece, która mogłaby być jego prababcią ujrzał osobę dojrzałą, a w połączeniu z sennymi wspomnieniami, mogącą spełnić jego najskrytsze zachcianki.
Zostali parą. Michał rzucił szkołę i zamieszkał z nową ukochaną. Wieńczysława codziennie przynosiła mu śniadanie do łóżka, ciepłą herbatkę i równie ciepłą gazetę wyborczą (wprawdzie niesiona przez całą wieś ze sklepu, robiła się zimna, lecz później grzana na piecu sprawiała dość świeże wrażenie). Byli szczęśliwi. Wieczorami chadzali na długi, letnie spacery, czule objęci (tutaj niekiedy przeszkadzał, dający coraz bardziej znać o sobie reumatyzm Wieńczysławy, jednak Michał zachowywał stoicki spokój).
- Wiesz co Misiek. Heńka pochowałam, Witka już też, Cześka również no i ostatnio Adolfa... Może weźmiem ślub?
- Wieńczysiu – Michał spojrzał głęboko w Wieńczysławowe oczy, niczym klient na słup ogłoszeniowy z ofertą last minute – Jestem zaszczycony, lecz niezwykle zszokowany, ubiegłaś mnie o te kilka chwil, te parę ulotnych sekund i kilka szumów pobliskich trzcin...
- Ach pięknie mówisz, ale przechodź do rzeczy.
- Balansować pomiędzy wierszami w twojej obecności to we mnie rzecz tak zakorzeniona jak niegdyś marihuana w stu dwudziestu donicach mojego brata.
- Co to jest...
- Cśśś. Wieńczysławo Mścisławo Dojsko-Pieńkowska czy wyjdziesz za mnie? Wiem, iż twoi rodzice od ładnych pięćdziesięciu lat leżą na pobliskim cmentarzu, więc ich już nie poproszę o twoją rękę, jesteś dorosła, więc proszę ciebie... Zadecyduj.
- Misiu, co się głupio pytasz. Ale spiszemy intercyzę majątkową na wypadek twojej śmierci co?
- Oczywiście, wszyscy przemijamy, zdaję sobie z tego sprawę kochanie.
- Ale najpierw... – Wieńczysława próbowała, użyć łodygi kwiatu jako nici dentystycznej – noc przedślubna.
To było czyste szaleństwo. Zakochani prawie nie wychodzili z łóżka przez dwa miesiące. A jeżeli już to tylko po warzywa do ogródka czy za stodołę w potrzebie natury fizjologicznej. Dając księdzu na zapowiedzi Michał dostrzegł w jego oku dziwny błysk, błysk, który wydał mu się nad wyraz stereotypowy.

Pięknego, rozkosznego, malowanego niczym słoneczko na murze zakładu karnego dnia kościół został wypełniony po brzegi ludźmi. Przy ołtarzu stał miejscowy kapłan ks. Heniek, wyczekując z niecierpliwością na parę młodą. Pierwszy do świątyni wszedł Michał. Od razu jego uwagę przykuły dość nietypowe pary. Cały kościół był wypełniony kobietami w przedziale wiekowym ok. 80-100 wraz z małżonkami (tutaj różnica wieku balansowała na granicy ok.18-25). Chłopak przystanął na chwilę i podrapał się po głowie. Huragan myśli pustoszył jego ogoloną na pałę i w efekcie przyozdobioną licznymi bliznami po kijach baseballowych mózgownicę. Po krótkim zawahaniu ruszył ponownie i stanął przed księdzem. Po kilku minutach zjawiła się Wieńczysława, wprowadzana pod rękę przez miejscowego samozwańczego hrabiego, właściciela sklepu monopolowego pana Izydora Kordiana Chlorowodorowego.
Po całej ceremonii zakochani zjawili się w domu. Wieńczysława była dość dziwną kobietą. W centralnym punkcie dużego pokoju jej dwudziestowiecznej posesji stało akwarium z piraniami, sprowadzonymi specjalnie z Afryki, a w sypialni terrarium z spasionym ptasznikiem.
Sielanka trwała w najlepsze. ‘’Młodzi’’ śmiali się, płakali (głownie podczas wizyt na autorskich odczytach książek harlequin), ale byli razem. Pewnego dnia Michał, okryty kuchennym fartuchem, w poszukiwaniu wałka do placków, udał się na strych. Widok jaki tam zastał, przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Na podłodze walały się zdjęcia, kąpiących z piraniami poprzednich mężów Wieńczysławy. Ich przerażone twarzy mówiły wszystko – byli daniem głównym rybek.
Michał gasł w oczach. Z dnia na dzień przestał kochać Wieńczysławę. Z początku tego nie okazywał, jednak gdy nadszedł termin wizyty babć z miejscowego kółka różańcowego, nie wytrzymał. Uwijał się pomiędzy stołami jak młoda sarna po dziewiczych lasach Wigierskiego Parku Narodowego, przykuwając wzrok posuniętych wiekowo kobiet.
Pewnej nocy, kiedy spał sam, gdyż wcześniej doszło do małżeńskiej sprzeczki, nawiedził go przerażający koszmar. Śniło mu się, że na strychu domu jest wielki basen, a on kąpał się w nim i kąpał... Po chwili obudził się z ręką w nocniku – dosłownie. Z dłonią zabetonowaną w pokaźnym piętnastolitrowym naczyniu siedział na dnie akwarium pełnego najdorodniejszych piranii.
Następnego dnia Wieńczysława tak jak każdego poranka zażywała kąpieli. Zamiast wody, wannę jak zawsze wypełniło dwieście litrów feromonów. Po kilku godzinach była gotowa. Do domku obok przyjechała kolejna młoda ekipa. Około południa jej męska część przyszła kupić trochę bimbru.

Opublikowano

Hehe, Jay Ty to jesteś szalony:D Zapytałabym Cie o Twoje fantazje erotyczne,ale to chyba nie jest odpowiednie miejsce:P(Nie utożsamiam Cie z Twoimi bohaterami rzecz jasna,tak mi sie jakoś skojarzyło:P)W każdym razie fajnie sie czytało,lubie Twoją lekkość pisania.Pozdrawiam ciepło

Opublikowano

Chłopak lotem koszącym zmienił zdanie.- ?
właścicielka domku Weronika - przestaw szyk i dodaj przecinek
wpływ miały na tę sytuację kocie łby - nie sytuację, lecz fakt
zabalować przy ognisku? – zaproponowała Weronika. - skoro zaproponowała, to ? zędny
nosiciel choroby lokomocyjnej - to nie jest choroba zakaźna, więc nie można mówić o nosicielstwie - no, chyba, że dasz cudzysłów.
Michał sterczał nad ogniskiem z przepalonym kijem - przydałoby się zmienić szyk (z tego zdania możan by sądzić, że to ognisko miałao przepalony kij)
- No dobrze, choć. - chodź
uśmiechnęła się jak wrząca woda w kierunku Michała - szyk!
po krótkim momencie - masło maślane - czy moment może być długi ?
Całość - jak zwykle bardzo pomysłowa, pełna fejerwerków dobrego humoru.

Opublikowano

"- Ty, ty... – Kamil zmrużył oczy – Stary podziwiam cię"
To mój ulubiony fragment. Taki naprawde męski:D.
Doszukałam się jakiegoś błędu w interpunkcji: "posiadała we wsi wiele korzystnych, z punktu widzenia alkoholika znajomości" - po alkoholika postawiłabym przecinek (jako że to wtrącenie).
Śmieszne i zaskakujące. A ten fragment jest fantastyczny:D

buzi.

Opublikowano

taaa jak spuźnieni kochankowie W. Whortona tylko, że w wersji wiejskiej
lekkie pióro w połączeniu z dozą sarkazmu daje naprawdę niezły efekt końcowy i jeszcze ta tajemniczość (moment w kościele, no i oczywiście końcówka) odemnie duży plus

nisko się kłaniam i pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Berenika97 , nie przeczę, że jest tu satyra. Skoro ją odkryłaś, to pewno jest. Nie znaczy to jednak, że naśmiewam się z przedstawionej tu wizji przyszłej Polski. Nie odrzucam tej wizji Polski, ani jej nie popieram. Są w tej wizji rozwiązania, za które nie mógłbym przejąć odpowiedzialności. Dlatego postawiłem się w wygodnej pozycji pisarza, który pisze powieść, a nie program polityczny.
    • @Leszek Piotr Laskowski Cenię taką religijność. Pozbawioną buty lecz zadającą pytania, czasem wątpiącą lecz pełną oddania...
    • @Leszek Piotr Laskowski sugestywne.
    • @Stukacz nie mogę się doczekać każdego kolejnego.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy przekroczyłem próg świątyni, do której jako dziecko zaglądałem co niedziela i święta  a teraz odwiedzałem ją, jedynie przy okazji  pogrzebów i jednego ślubu. I teraz właśnie  miał to być czas  przeznaczony na mszę pogrzebową. Przed kościołem  nie stał jednak zaparkowany karawan  ani nie było w jego pobliżu żadnych grabarzy. Żałobników również. Nie było łez, wspomnień i kwiatów.     Już od kruchty,  poczułem, nie drażniący swąd  cmentarnego kadzidła  i zapach tlących się parafinowych świec  a świeży i ciepły przeciąg. Za ciężkimi, dębowymi drzwiami prowadzącymi do głównej nawy, powitała mnie zupełna pustka i osamotnienie. Ani jedna postać  nie siedziała lub stała w ławkach  ciągnących się w dwóch długich rzędach  aż do stóp ołtarza. Pod nim nie ujrzałem również  katafalku ani trumny i to już zadało mi ostateczny cios, uświadamiając mnie w tym, że zwyczajnie pomyliłem  jeśli nie dzień to godzinę pogrzebu.     Pomylić dzień byłoby wykluczonym. Czwartek. Dziewiętnasty sierpnia.  Godzina jedenasta. Tak było  bezsprzecznie zapisane w nekrologu. Godzina jedenasta. Pociągnąłem za dewizkę  i uchwyciłem wystający z kieszeni  czarnej kamizelki zegarek. Wskazywał dziesięć minut na jedenastą. A więc niecały kwadrans do uroczystości.     Dzieje się tu coś absolutnie dziwnego. Warto byłoby zapytać u źródła, czyli księdza  lub choć kościelnego czy ministranta. Ich jednak też próżno było szukać wzrokiem. Szedłem powoli  wzdłuż ściany zachodniego skrzydła. Co jakiś czas zerkałem w stronę ołtarza  i przeciwległego skrzydła świątyni. Byłem w niej sam. Zaglądałem do konfesjonałów, licząc na to, że w ich mroku  odnajdę jakiegoś  pogrążonego w zadumie  rozważań lub modlitwy księdza,  który wyjaśni mi to wszystko.     Konfesjonały były puste. Patrząc na te drewniane, pokutne klatki, uświadomiłem sobie, że ostatni raz klęczałem w takiej  przed dwudziestoma pięcioma laty. Były proboszcz, który mnie wtedy spowiadał, był teraz starym, niedołężnym emerytem  z prawie setką lat na karku. A ja z chłopca bogobojnego i ułożonego, wyrosłem na  pozbawionego uczuć, empatii i sumienia. Zimnego psychopatę. Widać i tacy są potrzebni na tym świecie  by wypełniać wolę Pana.     Miałem zamiar udać się  do kancelarii na zachrystii. Tam też byłem już kiedyś. Jakieś dziesięć lat wstecz. By przynieść druk apostazji. Pytano mnie wtedy o powód. Wróciłem do wiary prawdziwych przodków. Wolę prawdziwy, rodzimy kult słońca niż syjonistyczną sektę  narodzoną gdzieś na izraelskiej pustyni. Podpisali bez słowa i wahania.     Postawiłem stopę  na pierwszym marmurowym schodku  prowadzącym do drzwi na zachrystię, gdy te rozwarły się szeroko  i zanim jeszcze  próg przekroczyła jakakolwiek osoba, dało się słyszeć przeciągły  i niesamowicie głośny płacz niemowlęcia. Widać płakało już długo. Chrypło i spazmatycznie łapało  zbawczy oddech.     Przez drzwi wszedł ksiądz  w o dziwo czarnej szacie, jakiej jeszcze nigdy w kościele nie widziałem. U jego boku jak mały, wierny pies kroczył ministrant ubrany tożsamo w czarną komżę, haftowaną  w jakieś dziwne litery i wzory, których znaczenia nie znałem. Za nimi wyszli do nawy rodzice dziecka. Ojciec, brunet o dość ciemnej karnacji, niski i chuderlawy,  trzymał w dłoniach zawiniątko z dzieckiem.     Małżonka jego była aniołem  i to nie tym z nieba a z piekła męskiego pożądania. Wyższa nawet ode mnie. Jej błyszczące, niebieskawymi refleksami, krucze włosy, ciągnęły się za linie, kuszących, pełnych bioder. Oczy z turmalinową głębią  wbite były daleko w przestrzeń przed sobą,  jak gdyby oglądały piękno  oddalonych o millenia galaktyk. Suknia była prosta i sięgająca ziemi. Tren ciągnął się za nią jak mój wzrok. Blade, odsłonięte plecy  z mocno zaznaczonym  pod skórą kręgosłupem  a pod nimi zapięcie sukni. Zamek schodzący w dół, prowadzący na zatracenie zmysły. Był bramą do  niewysłowionych rozkoszy jej ciała.     Jeden raz tylko odwróciła wzrok  by spojrzeć właśnie na mnie. Blado się uśmiechnęła. Przez potok łez. Bo właśnie przedziwne było to, że podobnie do dziecka, ona też zalewała się łzami. Była załamana i dojmująco smutna. Załamana ale i złamana. Pogodzona z losem. Widać trafiłem na chrzest  a czułem się tak jakbym oglądał pogrzeb.     Za nimi weszła ostatnia postać. Kobieta wyglądająca jak siostra matki dziecka Równie wysoka, piękna ale zimna. Jak głaz. Dało się to wyczuć natychmiast. Znałem ten grymas. Znałem ten wzrok. Bezlitosny i pogardliwy. Ja używałem go na codzień i ona widać też. Omiotaliśmy się nim nawzajem, jak dwa nadrzędne drapieżniki. Zabrakło jedynie warkotu i szczerzenia kłów. Demon zawsze wyczuję drugiego demona.   Wcześniej umknęło mi to, że co prawda przed ołtarzem nie było wyczekiwanej przeze mnie trumny, lecz zamiast niej stała tam kamienna, obszerna, owalna chrzcielnica. A więc faktycznie trafiłem na chrzest. Dziwny chrzest.     Postaci zebrały się wokół chrzcielnicy. Woda w niej z pewnością nie była święconą. Była lepka, gęsta i zupełnie nieprzejrzysta. Czarna jak polarna noc.     Ksiądz nachylił się do ucha matki  i zadał widać jakieś krótkie pytanie. Ta pokiwała głową i… wskazała na mnie.     Wszyscy wbili wzrok  w moją nieruchomą postać na schodku. Wreszcie ksiądz przerwał niezręczną ciszę. Czyli pan jest chrzestnym? Proszę podejść bliżej. Zaczynamy.     Jego słowa były chyba ponurym żartem. Ja chrzestnym!? Wykluczone proszę księdza. Ponad dziesięć lat temu składałem apostazję, zresztą wcześniej  i tak nie miałem bierzmowania. To nieistotne teraz drogi Panie. Dziecko musi mieć ojca chrzestnego. Ziemskiego opiekuna swych praw. Błogosławię Pana do tej roli. Proszę podejść.     Ja przyszedłem tu na pogrzeb! Kiedy odbędzie się pogrzeb  zaplanowany tu na godzinę jedenastą? Chcę wiedzieć tylko tyle i już mnie tu nie ma. Ksiądz nie dał się zbić z tropu. Ta świątynia nie prowadzi  mszy pogrzebowych,  tylko chrzty i komunie święte. Został Pan wybrany na ojca chrzestnego, chyba Pan teraz nie odmówi dziecku?     Jak to nie prowadzicie pogrzebów?! Od kiedy?! Byłem tu wielokrotnie na pogrzebach, na ślubie też,  ledwie w zeszłe lato. Teraz powołujemy jedynie nowych wiernych, chrzcząc ich i nadając im imię. Niech Pan nie robi scen w domu Bożym i stanie w swej roli dla dobra tej dzieciny.     Chyba ksiądz mnie nie zrozumiał. Nie jestem katolikiem  ani nawet chrześcijaninem. Przyszedłem na pogrzeb bo tak trzeba, ale nie mogę brać udziału  w żadnym chrzcie ani w liturgii. Z szacunku do Was wiernych  jak i swoich przekonań i wiary. Jestem rodzimowiercą. Wierzę w duchy, demony i magię. Tą najczarniejszą również. Praktykuję ją na codzień. Modlę się do swojej patronki. Przenajświętszej Śmierci. Nie o łaski dla mnie  a o zemstę, sprawiedliwość  i śmierć dla moich wrogów. Więc przepraszam  ale będzie ze mnie kiepski chrzestny. Idealny.     To jedno słowo rozcięło ciszę jak nóż. A padło z ust chrzestnej matki. Dalej patrzyła na mnie drapieżnie i dziko. Jest Pan idealny dla mnie  jako Pana chrzestnej partnerki  i dla rodziców małej. Proszę się zgodzić. Wyciągnęła ku mnie dłoń  w zapraszającym geście.     Oszalałem widać, lecz dałem za wygraną. Przeszedłem w ich stronę i złapałem jej dłoń. O dziwo była ciepła  a wręcz lekko spocona i gorąca. Ale gdy ścisnąłem ją troszkę mocniej, nie wyczułem pulsu tam gdzie zwyczajnie powinien odbijać się echem serca w żyłach. Spojrzałem na nią z bliska. Teraz już uśmiechała się szczerze  ale nadal zimno. Z profilu przypominała  kapłanki Świętej Śmierci a może sama nią była. Jeśli nawet tak było, to już nie bałem się. Bezbronnemu nie grozi kara.     Ksiądz spojrzał na mnie  i zwrócił się tymi słowami. Na chrzcie świętym nadano Ci imię skały  na której miałeś zbudować kościół. Ty zbudowałeś go  a potem doszczętnie zrujnowałeś  a na końcu spaliłeś. Przyjąłeś demona do swego serca  i nadałeś mu imię tego,  który pomagał dźwigać krzyż na Golgotę. Bo on pomaga Ci dźwigać ciężar żywota. Wyniosłeś go  ponad wszelkie stworzenie i uczucie  byś już nigdy nie wrócił  do postawy człowieka. Wezwałeś święte oblicze Śmierci  do swego życia  aby oddawać jej hołd  i uciec pod Jej protekcję. Ona chroni Cię od wrogów  i zadaje im krwawą sprawiedliwość. Stałeś się ambasadorem Jej praw. Piewcą Jej chwały. Jej wilczym omenem,  który wykonuje Jej nieomylne wyroki. Godnym jesteś kapłanem  by nadać imię temu dziecku. A wtedy mechanicznie wręcz wyrzekłem A więc niech przyjmie imiona. Angelisa Angela Luna Sol de Muerte.     Dzwonnica rozgorzała  potęgą spiżowych dzwonów. Ksiądz zanurzył dziewczynkę we krwi. Już nie płakała. Miała zimne, czarne oczy śmierci. Wyrośnie na piękna kapłankę. Ministrant trzymał w dłoniach złoty pucharek  z komunią w środku. Były to szczątki ciała wrogów  umoczone we krwi. Rozdał je pośród zebranych. Każdy dopełnił ofiary. Wiążąc zaklęte w nich dusze Na wieki w potępieniu.                          
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...