Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tamtego dnia Mistrz przyszedł po mnie do mojego pokoju. Cały dzień szukał Drugiego, lecz nie mógł go odnaleźć i potrzebował pomocy. Nie było już zbyt wiele czasu do roztrwonienia. Wszak niedługo mieliśmy wspólnie towarzyszyć Mistrzowi w kolejnym niezwykłym dniu. Ale o tym później.
Drugiego zastaliśmy w ogrodzie. Przy stoliku. Pod parasolem. Niczym umęczony filozof spał w dziwacznej pozycji z głową na książce. Mistrz popatrzył na niego z litościwym uśmieszkiem, po czym zwrócił się do mnie;
- Ten to usnąłby nawet na połamanym krześle. – wskazał na śpiącego filozofa, z trudem powstrzymując śmiech. Miał wyjątkowo dobry humor. Zważywszy na to, że przed nim stało nie lada wyzwanie. Ale o tym później.
Stłamszonym śmiechem zgodziłem się z jego słowami. W tym czasie przybliżył się do Drugiego.
– Drugi! – żadnej reakcji. – Drugi! – krzyknął ponownie. Uniosła się jedna powieka. Gdy oko dojrzało twarz Mistrza, a mózg połączył ją z konkretną osobą na efekt nie trzeba było długo czekać. Drugi zerwał się na równe nogi zahaczając głową o parasol.
- Witam Mistrzu – rozcierał miejsce kontaktu głowy z parasolem. - Jak mija dzień? – wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu próbując załagodzić sytuację, ale że uśmiech miał okropny, na nic się to zdało.
Mistrz położył obydwie dłonie na swej drewnianej lasce. Przez chwilę postukiwał nią w czubek swego sandała spoglądając w niebo i pogwizdując jazzowo. W końcu się odezwał.
- Wiesz Drugi, jakoś tam leci. Jedni muszą pracować. – spojrzał na mnie. - By inni mogli odpoczywać. Roześmiał się, a my wraz z nim. Miał wyjątkowo dobry humor.
Wziął każdego z nas pod ramię i spytał:
- Gotowi na swój pierwszy Turniej Mistrzów? – zadziwiające, iż mówił o tym ze stoickim spokojem.
Obaj przytaknęliśmy.

Turniej Mistrzów odbywa się co pięć lat. Najprawdopodobniej gdzieś na południu Szwajcarii, ale nie wiadomo dokładnie, gdyż każdy z uczestników dowożony jest na miejsce specjalna karetą. Ponadto przez całą drogę oczy przesłonięte ma przepaską. Uczestnicy przez dokładnie dwadzieścia jeden dni, dwadzieścia jeden nocy, dwadzieścia jeden godzin, dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund mieszkają w malowniczo położonym zamku. Zmagania odbywają się w najróżniejszych konkurencjach, tj.: spirytystyczne szachy, telepatyczne pojedynki na hipnozę, czytanie z żołądka kaszalota i wiele innych. Ostatniego dnia ma miejsce nie tyle konkurencja, co właściwie pokaz. Każdy uczestnik przedstawia swój unikatowy, oryginalny wynalazek. Ten dzień i ta impreza mają decydujący wpływ na wyniki Turnieju. Mistrz wygrywał już pięć razy z rzędu i w tym roku miał zamiar pobić rekord sześciu wygranych dawnego Mistrza Von Ubernauera.
Teraz Ubernauer zasiadał w Radzie Mistrzów, czyli jury i był serdecznym przyjacielem naszego Mistrza. Największym zaś rywalem miał być, jak co roku, Fun Shui, który jako jedyny miał realne szanse na nawiązanie z nim równorzędnej walki. Emocji nie mogło zabraknąć. W dodatku wraz z Drugim mieliśmy szansę, po raz pierwszy, zobaczyć wszystko na własne oczy.
Czuliśmy wielka presję. Mistrz nie mógł się skupić. Wzrokiem ciągle zmieniał punkt odniesienia. Gdy zmęczyła go filiżanka herbaty jego piwne oczy kierowały się na nas, co tylko wzmagało rosnący niepokój i podniecenie.
Ledwie zdążyliśmy dopić wieczornego earl greya, a rozległ się dzwonek do drzwi. Cisza.
- Mistrzu! To do Pana! – zabrzmiał niebiański głos asystentki.
Mistrz zachłysnął się ostatkiem herbaty.
- Już idę. Niech poczeka! – odparł lekko podenerwowany. Jakby ta chwila nadeszła znienacka. A przecież oczekiwał jej od wielu miesięcy. Niedbale narzucił płaszcz i wyszedł na korytarz. Wraz z drugim wyjrzeliśmy nieśmiało wychylając głowy z gabinetu.
W drzwiach stał ciemnoskóry goniec w eleganckim fraku. Wręczył Mistrzowi zapieczętowaną kopertę z symbolem smoka. Ukłonił się nisko.
- Czekam – na jego twarzy nie było żadnych emocji. Jedynie wymuszony uśmiech.
Mistrz przylizał grzywkę i zaczął otwierać kopertę.
- Tak wiem – ręce trzęsły mu się jak portki nastolatka na randce – piętnaście minut. Wiem. Panowie, bagaże! – krzyknął na nas.

Potykając się o własne nogi i zahaczając o wszystkie dywany w domu pobiegliśmy z Drugim po bagaże. Mistrz w tym czasie udał się do swojego gabinetu. Medytował i nałożył specjalny strój wymagany na Turnieju. Strój barwy złotej (barwa ubiegłorocznego triumfatora) był hybrydą eleganckiego smokingu i sportowego dresu. Mistrz odszykowany i pełen bojowego optymizmu pojawił się na korytarzu. Aparycją zrobił olśniewające wrażenie na wszystkich obecnych. Asystentka pisnęła w wysokiej tonacji, czarnoskóry goniec patrzył na Mistrza, niczym na bożyszcze. Z Drugim w międzyczasie załadowaliśmy bagaże na powóz. Mistrz pożegnał się z asystentką. Wręczył gońcowi przełamaną kopertę. Czarnoskóry chłopak odebrawszy potwierdzenie odebrania wiadomości uchylił drzwiczki karety. Założył wszystkim przepaski na oczy. Mistrz wsiadł pierwszy, a my tuż za nim. Ruszyliśmy.
Mistrz wyciągnął fajkę i zaczął rytmicznie pykać. Zapach waniliowego tytoniu wypełnił wnętrze. Drugi wyjął książkę filozoficzną. Uniosłem lekko opaskę, by dojrzeć tytuł: „Dendrologia, a zachowania godowe samicy komara andaluzyjskiego”. Miał wszystkie klasyki filozofii elitarnej w wydaniu dla niewidomych. Jako, że znał Braille’a nie miał problemów z wypełnieniem sobie czasu. Mistrz wyczuł, że moja przepaska nie jest na swym miejscu i natychmiast zganił mnie zostawiając drewniany zapach swojej laski na mojej ręce. Przesłoniłem oczy i zasnąłem. Sądząc po charakterystycznym ujadaniu wilków obudziłem się, gdzieś w okolicach Transylwanii. Mistrz wciąż pykał fajkę, Drugi zasnął z ręką na dwunastym rozdziale. Powóz gnał na złamanie karku po niezbyt równej, kamienistej drodze.

- Już niedługo – rzekł Mistrz.
Jego zęby coraz mocniej wbijały się w ustnik fajki. Dym wypełniał powietrze z narastającą częstotliwością. Nerwowo przebierałem nogami. Mistrz poklepał mnie po ramieniu.

- Nie przejmuj się. Będzie dobrze – pocieszał mnie nadaremno. Położył dłoń na mojej twarzy i po raz kolejny pogrążyłem się we śnie.

Na miejscu obudził mnie Drugi. Odsłoniłem oczy. Na szczęście przybyliśmy późnym wieczorem, co zmniejszyło cierpienie źrenic. Wyładowaliśmy bagaże, a przed naszymi oczyma zarysował się zamek, bajeczny w swym kształcie i wyglądzie. Wyjęty z innej epoki, zdobił wzgórze gęsto zalesionego szczytu. Najbardziej jednak zastanawiało nas, jak dostaliśmy się na górę karetą, skoro w zasięgu wzroku nie było śladu żadnej drogi, która by tu prowadziła.
Wrota zamku rozwarły trzaskiem kilkusetletnich zawiasów. Mistrz witał się ze znajomymi, a my staliśmy u jego boku i kłanialiśmy się nisko każdemu. Mimo ogólnej sympatii i miłych słów atmosfera była gęsta. Jak dowiedzieliśmy się od Oktawiana Pióropusza kilku uczestników nie wytrzymało presji i doszło do wzajemnego obrzucania się czarami i zaklęciami, co podczas Turnieju było zabronione.
Odpadli głównie początkujący: Calvinius Romus, Eryk z Roztropii, ale także weterani, w tym żywa legenda Hrobak z Silesii. Z jednej strony trochę to Mistrza zmartwiło, zapowiadało bowiem wyjątkowo ostrą konkurencję, z drugiej jednak konkurencja ta znacząco się już wykruszyła.
Nazajutrz Turniej ruszył pełną parą. Prowadzący Charles Strassenburger wypuścił Sowę Mądrości, co oznaczało oficjalną inaugurację rozgrywek. Szare komórki uczestników działały na granicy wytrzymałości neuronów. Sporadyczne błyskawice wydostające się z uszu graczy nikogo nie dziwiły. Mistrz szedł jak burza. Wygrywał kolejne konkurencje: spirytystyczne szachy, telepatyczny pojedynek na hipnozę, wbijanie gwoździ wzrokiem. Jednak Fun Shui cały czas był tuż za nim. W klasyfikacji generalnej zajmował drugie miejsce. Wygrana w decydującej „konkurencji wynalazków” dałaby mu ostateczne zwycięstwo. Mistrz nie mógł do tego dopuścić. Atmosfera była bliska temperatury wrzenia. Komentujący zawody celtycki wróżbita Daryll Starlingate raz po raz wpadał w konwulsyjne spazmy o lekkim zabarwieniu erotycznym. Emocje sięgały wierzchołków drzew, a przypuszczalnie miały jeszcze wzrosnąć.
Ostatniego, dwudziestego pierwszego dnia Turnieju zaczął się konkurs wynalazków. Rywalizacja była zacięta i wielce wyrównana. Każdy z uczestników zasiadał na swoim stanowisku. Jako asystenci wraz z Drugim zajmowaliśmy miejsce za plecami Mistrza, by pomagać mu w prezentacji. Wraz z Fun Shui nie odrywali od siebie oczu. Uśmiechali się jedynie na zasadzie niekontrolowanych tików.
- Zetrę mu z gęby ten miły uśmieszek – wycedził przez zęby nasz Mistrz. – Strzeż się! Bóg wyjechał dzisiaj w interesach. Zostaliśmy tylko my – był gotów sprzedać serce ćpunowi, byle tylko wygrać.

Roland Lutoński zaprezentował swój wspaniały „Odejmator bólu”. Wygrał nim zaściankowy konkurs w zachodniej Burgundii. Na pewno nie można było go lekceważyć. Mistrz zaprezentował swój „Rower na ryby”, który wzbudził, trwającą trzy kwadranse, owację na stojąco. Jednak Fun Shui nie powiedział dotychczas ostatniego słowa. Zaszokował wszystkich „Transcendentalną żniwiarką”. Aplauz był nie mniejszy jak w przypadku naszego roweru. Charles Strassenburger ogłosił przerwę. Rada Mistrzów udała się na obrady. Daryll Starlingate poprosił uczestników, by udali się do swoich pokoi. Odrywając myśli od Turnieju Mistrz położył się na swym łóżku i medytował.
Wraz z Drugim próbowaliśmy skupić się na partyjce utylitarnego pokera, który nie dał nam szczęścia, gdyż temat Turnieju wypłynął od razu.
- Jak myślisz? Mamy szansę? – Drugi najwyraźniej obawiał się o wynik.
- Żartujesz? – podzielałem jego obawy, ale chciałem podbudować morale zespołu. Tak jak i Mistrz zdawałem sobie sprawę z technologicznej doskonałości żniwiarki Funa. – Oczywiście, że wygramy. Nasz „Rower na ryby” jest bezkonkurencyjny.
- Skoro tak mówisz – Drugi przyjął moje słowa jako prawdę objawioną.
- Tu nie ma co gadać. Wygramy bezdyskusyjnie! – zamknąłem temat.

Rozległo się pukanie do potężnych, dębowych drzwi apartamentu. Drugi otworzył. Goniec, tym razem o latynoskich rysach, zapraszał nas na dół.
Zapadł werdykt!
Pomogliśmy Mistrzowi nałożyć smoking, po czym udaliśmy się na nasze stanowisko. Salę wypełniały szepty publiczności i harmider domysłów. Charles Strassenburger, z mikrofonem w ręku, wyszedł na środek sali. Bardziej od mikrofonu uwagę wszystkich absorbowała jednak wielka koperta z wynikami. Rada zajęła swoje miejsca na loży. Mistrz Von Ubernauera zajmował w niej centralne miejsce. Spojrzał na Mistrza. Wymienili się koleżeńskimi uśmiechami.
- Proszę o ciszę – apelował Strassenburger.
Rozległ się gong oznajmiający decydujący moment. Jego mosiężny dźwięk zasiał grobową ciszę na sali.
- Decyzją szacownej Rady Mistrzów – kontynuował prowadzący – trzecia nagroda w konkursie wynalazków pozostaje nierozstrzygnięta – rozległa się konsternacja.
To mogło oznaczać, iż Mistrz i Fun podzielą się pierwszym miejscem. Choć nie było to po myśli Mistrza dałoby mu jednak rekord.
- Spokojnie. Proszę zachować spokój. – Strassenburger tracił kontrolę nad tłumem. - Drugą nagrodę, a zarazem Srebrną Sowę Turnieju Mistrzów zdobywają, ex equo, mój serdeczny przyjaciel, Mistrz oraz Fun Shui!
Sala zamarła. Burzliwa owacja przemieszana z konsternacją zaczęła nieśmiało przebijać się przez ciszę. Te słowa były jak kopniak w brzuch. Mistrz ukrył twarz w dłoniach. Mnie zakręciło się w głowie, a potem w żołądku. Drugiemu brakowało rękawów, by ocierać łzy z policzków.
Jednak przegraliśmy. Mistrz odetchnął głęboko, uniósł głowę. W drodze na podium uśmiechał się, ale tak naprawdę chciał teraz dorwać Funa, Strassenburgera i Ubernauera, by się z nimi rozprawić. Odebrał nagrodę, wymienił się uściskami ze Strassenburgerem oraz Funem. Konferansjer wręczył im medale i pamiątkowe dyplomy, po czym wielcy przegrani tej edycji zajęli swoje miejsca na podium.
Pozostała już tylko formalność w postaci wręczenia Złotej Sowy Rolandowi.
Strassenburger nabrał w płuca tyle powietrza, ile był stanie tam zmieścić i zaczął wydzierać się do mikrofonu, który wkrótce był cały opluty.
- Pierwsze miejsce w konkurencji wynalazków jak i zwycięstwo w Turnieju Mistrzów odniósł...Rooooland Luuuuutoński i jego „Odejmator bólu”!
- Roooland Luuuuuuutoński zwycięzcą! – wtórował mu w brazylijskim stylu Starlingate. – Awans z trzeciego na pierwsze miejsce! Roland wygrywa rzutem na taśmę! Proszę Państwa. Cóż to był za Turniej! Nie mieliśmy takich emocji od czasów Emmerycha Wileńskiego, który to w 1878 wygrał pierwsze miejsce swoim niezapomnianym „Szybkowarem jajecznym” – w tej chwili Starlingate nie znał granic ekstazy – a przypomnę Państwu, iż miał do odrobienia tylko jedną pozycję. Tym większe brawa dla Mistrza Rolanda!
Te słowa, prawie godzinne owacje i gratulacje dla zwycięzcy niemal odebrały Mistrzowi chęć życia.

Droga powrotna była niezmiernie długa i niemiłosiernie milcząca. Myśli kotłowały się w naszych głowach. Mistrz wydawał się już pogodzony z porażką, choć niedawno był gotów rzucić na wszystkich jakąś straszliwą klątwę. Ja też w miarę możliwości uporałem się z werdyktem Rady. Drugi był jednak młody i żywiołowy.
- Jak to się mogło stać? – siorbał nosem połykając łzy.
Mistrz odłożył fajkę. Zdjął przepaskę z oczu, po czym wyjął z kieszeni kaszubskie cygaro, które zamierzał zapalić po zwycięstwie. Złamał je i wyrzucił przez okno.
- To tylko życie, nie pomogą reklamacje i gęsto siane tłumaczenia. Cudowne barwy i uroki należą jedynie do trywialnych, wrażeń wizualnych. Być może właśnie turniej ten symbolizuje jedynie taką iluzję, głębsze marzenie? A czyż marzenia nie są najpiękniejsze, gdy są niespełnione?

Nic nie odpowiedzieliśmy. Na subiektywne pytania są tylko subiektywne odpowiedzi, a takie rzadko kiedy bywają prawidłowe.

Opublikowano

Uffff, dobrnęłam do końca, choć miejscami trudno było się skupić. Wymyślne nazwiska i niesamowite tytuły książek oraz wynalazków, choć z początku dowcipne, potem swoim nakładem zaczęły utrudniać czytanie. Masz wyobraźnię, niewątpliwie. Czasem dobrze po szeregu poważnych opowiadań trafić na taką bajkę. Bajkę, która jednak płytka nie jest i swoje przesłanie ma.
:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
    • Aby... błoto lubi bibul: oto łby - ba.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...