Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mateusz kątem oka widząc zamieszanie w sali Beaty zaczął niecierpliwie przystępować z nogi na nogę. W końcu udało mu się dowiedzieć od wychodzącej pielęgniarki, że Beata zasłabła i musi odpocząć. W chwilę potem wyszła lekarka.
- Pani doktor?
- Tak?
- Co z Beatą?
- To straszny cios dla młodej matki, musi nabrać sił by się z nim zmierzyć.
- Ale co jej jest?!
- A pan nie jest ojcem dziecka?
- Nie.
- Przykro mi, ale nie mogę udzielać takich informacji. Pani Beata, gdy poczuje się lepiej sama z panem porozmawia.
- Rozumiem. Ale proszę mi powiedzieć, czy to poważna sprawa? – lekarka spojrzała wymownie na Mateusza.
- Jeśli jest pan jej dobrym znajomym, będzie pana potrzebować.

Kubicki nie był pewien, czy jest jej dobrym znajomym, ani nawet czy kiedykolwiek nim będzie. Spojrzał odruchowo na zegarek, ale nigdzie mu się nie spieszyło. W domu nie czekają na niego dzieci, żona, czy choćby pies, za którego byłby odpowiedzialny. Postanowił się trochę rozerwać w ulubionym barze, tam przynajmniej nie musi myśleć.

Wrócił do domu po kilku godzinach, ale nie mógł spokojnie zasnąć. Po głowie kłębiły mu się najróżniejsze scenariusze dnia następnego. Zastanawiał się, czy będzie w stanie pomóc Beacie. Fascynowała go. Nie wiedział na czym polega jej urok, ale niewątpliwie go posiadała w jego mniemaniu. Sądził, że dobrze zna się na kobietach, ma za sobą lata doświadczeń, tych lepszych i tych gorszych. Beata była czymś świeżym, zasługującym na zainteresowanie. Do tego z niewiadomych przyczyn budziła w nim instynkt opiekuńczy. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek któraś z jego partnerek wyzwalała w nim podobne uczucia. Pragnął odgadnąć na czym polega fenomen Beaty. Zastanawiał się, czy to możliwe, by decydował wyłącznie wiek?

Tymczasem Beata po silnych lekach przespała całą noc. Jednak nad ranem chwyciły ją silne mdłości. Jej stan psychiczny mocno wpłynął na organizm, który nie mógł sobie poradzić z tyloma sprzecznymi emocjami. Z jednej strony pragnęła mieć nadzieję, że dziecko da się uratować. Z drugiej obawiała się reakcji rodziców. Z jeszcze innej dochodziła do wniosku, że nie jest gotowa na bycie mamą. Ten mętlik pogorszył jej stan do dramatycznego. Lekarz prowadzący stwierdził, że jeśli się nie uspokoi może doprowadzić do poronienia.
Jak łatwo się domyślić ta wiadomość nie pomogła Beacie - zaczęła wpadać w histerię.

- Pani Beato, naprawdę, proszę się uspokoić.
- Nie! Nie chcę więcej leków, to je zabije!
- Nie podajemy pani nic, co mogło by zaszkodzić dziecku. Proszę..
- Aaaa...! – dziewczyna silnie szarpnęła się na łóżku i straciła przytomność.




- Nie ma go, nie ma go, nie ma go, nigdy nie było, nie istniało, nie ma... – Beata dopiero wieczorem odzyskała przytomność, ale nie można powiedzieć by doszła do siebie, nie potrafiła, nie w tej sytuacji.

Mateusz cały dzień próbował się do niej dostać jednak nie został wpuszczony na salę. Za to rodzice, powiadomieni przez szpital o sytuacji Beaty odwiedzili ją. Mieli pretensje do służby zdrowia, że wcześniej nikt ich nie powiadomił. Mimo szoku, jaki wywołała wiadomość, że ich córka była w ciąży starali się nie prawić jej kazań. Matka widząc Beatę w stanie skrajnego wyczerpania nie potrafiła nic powiedzieć. Siedziała przy niej i głaskała po ręce, co chwila ocierając z łez to swoją, to córki twarz. Ojciec po zapoznaniu się z całą sytuacją postanowił się nie mieszać i zostawić je same.
Ostatnio nie najlepiej układały się relacje między nim a Beatą, wiedział o tym. Świadomość, że nie może, nie potrafi jej teraz pomóc, wesprzeć, bolała.


- Przepraszam, ale kim pan jest?
- Mateusz Kubicki. Jestem... znajomym Beaty. To ja ją tu przywiozłem, gdy zemdlała wczoraj. Proszę mi powiedzieć, jak ona się czuje?
- Hm, jakoś o panu pierwsze słyszę. Źle się ma. A jak ma się mieć dziewczyna po stracie dziecka? – Mateusz nie był w stanie wykrztusić słowa – Czemu nas pan nie zawiadomił? Dzwoniliśmy po wszystkich jej znajomych, podobno nie było jej tego dnia na zajęciach. Była z panem?
- Nie mogłem się wczoraj dostać do Beaty, by poprosić ją o kontakt z państwem. Ona bardzo się bała państwa reakcji.
- Mhm. - tata Beaty obrzucił Mateusza wzrokiem - Nie wygląda mi pan na kolegę, studenta.
- Jestem architektem. Współpracuję z firmą Designerium. Z Beatą poznaliśmy się przypadkiem.
- Aha, przypadkiem?
- Tak, przechodziłem właśnie koło... – nie dokończył, bo stanęła przy nich matka Beaty, pani Jolanta. – Dobry wieczór, nazywam się... – znów nie dokończył, bo tym razem przerwał mu tata dziewczyny.
- To Mateusz, znajomy córy.
- Pan? – kobieta wyraźnie się zdziwiła, zaraz jednak zwróciła się do męża. – Chodź już, przyjedziemy tu jutro po pracy.
- Dobranoc panu.
- Dobranoc państwu. – Mateusz niepewnym wzrokiem odprowadził rodziców Beaty do końca korytarza. Nie pozostało mu nic innego jak powrót do własnego domu.


Rankiem ostro zabrał się do realizacji bieżącego projektu. Wiedział, że dzień zwłoki, na jaki pozwolił sobie wczoraj należy jak najprędzej odpracować. Miał zamiar uwinąć się jeszcze przed 16-tą, by zdążyć odwiedzić Beatę. Niestety - nowe dane, telefon od klienta, który postanowił trochę zmienić swoje poprzednie zamówienie – nie dał rady.

Zobaczył się z nią w sobotę, koło południa. Rodzice Beaty jeszcze nie przyjechali.


- Cześć. – powiedział nieśmiało. Czuł się trochę skrępowany wagą sytuacji. Beata odwróciła się w jego stronę, zmierzyła wzrokiem i westchnęła.
- Pan jeszcze tu... – Kubicki poczuł ukłucie w sercu na beatowe „pan”.
- Przepraszam, że wczoraj nie zdążyłem, ale miałem masę pracy.
- Nie tłumacz się, nie jestem Twoją żoną. – ta próba żartu nieco go rozluźniła. Na co odpowiedział uśmiechem. – Ciebie to cieszy? – powiedziała z lekkim wyrzutem.
- Nie Beato, nie cieszy. Kiedy Cię wypisują?
- Daj mi spokój. Idź sobie. – Mateusz próbował wyczytać z jej oczu na ile mówi prawdę.
- Naprawdę chcesz bym poszedł? – dziewczyna chwilę patrzyła na niego, po czym potakując głową szepnęła:
- Nie... – i ukryła twarz w dłoniach. Mateusz usiadł przy niej i starał się dać z siebie tyle ciepła, ile tylko zdoła. – Kim Ty jesteś?
- Chcę Ci pomóc.
- Ale dlaczego? – to nie było najwłaściwsze pytanie, ponieważ sam nie potrafił sobie na nie odpowiedzieć.
- Lubię Cię. Chcę Cię bliżej poznać.
- Nic więcej?
- Nic. – Beata była trochę zaskoczona jego szczerością. Spodziewała się jakichś bajerów, słabo pamiętała ich środowe spotkanie i chciała sprawdzić na ile dobrze kojarzy jego osobę.
- Mhm...
- To jak, kiedy będę mógł zabrać Cię do kina na jakąś pokręconą komedię? – odpowiedział mu delikatny uśmiech. – Zostawię Ci swój numer i nie będę więcej nękał w szpitalu. Jak wyjdziesz i będziesz miała ochotę, to zadzwoń, umówimy się.
- Ty nie żartujesz? – Beata wolała upewnić się, co do zamiarów Mateusza.
- Nie. A co, nie chcesz iść do kina? To możemy wpaść do mnie, mam kilka ciekawych filmów w..
- No chyba teraz pseszadzasz – z pokaleczonym oburzeniem weszła mu w słowo.
- Tak?
- Czy Ty wiesz ile ja mam lat?
- Wiem, mniej więcej.
- Nie widzisz w tym nic niepojącego... ko, niepokojącego? – silne leki antydepresyjne nie najlepiej wpływały na jej dykcję.
- Nie – odpowiedział z uśmiechem – i Ty też nie powinnaś, przecież będziemy po prostu miło spędzać czas, co w tym złego? I co ma do tego wiek? – Beata zamyśliła się i nie za bardzo chciała odpowiedzieć. – Nie obawiaj się, nie chcę Cię wykorzystać. Fakt, że mieszkam obecnie sam, ale często spotykam się z kobietami.
- Nie interesuję Cię jako kobieta? – Kubicki wiedział, że dla dobra sprawy nie powinien mówić jeszcze prawdy.
- Jeszcze nie oszalałem. Prawdopodobnie mogłabyś być moją córką. Jesteś ciepłą osobą, z którą chciałbym się bliżej poznać, nic więcej.
- Mhm...
- Co? Powiedziałem coś nie tak?
- Nie, ale idź już. Rodzice zaraz przyjdą, nie chcę żeby Cię widzieli.
- Już się poznaliśmy – na te słowa dziewczyna uniosła wysoko brwi.
- Co? – szepnęła.
- Przedwczoraj rozmawiałem chwilę z Twoim ojcem.
- Nie miałeś prawa! – syknęła wściekle.
- Nic się nie stało. Nie powiedziałem nic złego. Przestań panikować.
- Idź już – Kubicki wstał i wyciągnął z kieszeni wizytówkę.
- Proszę, zadzwoń jak będziesz chciała pogadać, albo zdecydujesz się na kino – Beata nie patrząc odłożyła wizytówkę na stolik obok łóżka.
- Pa.
- Trzymaj się dzielnie, pa pa.





c.d.n.

Opublikowano

Perfekcyjny i wciągający tekst.
mam jedynie wątpliwoci co do sformułowania: Mateusz niewyraźnym wzrokiem odprowadził rodziców - dlaczego niewyraźnym? może niepewnym?
Jeden bład techniczny: - Już się poznaliśmy. – na te słowa dziewczyna uniosła wysoko brwi.
albo bez kropki po dialogu, albo z wielkiej litery.

Opublikowano

Bardzo dobrze się czyta Twoje teksty. Brak tu niejasności i przegadania. Dialogi, o których walorach pisałam już w poprzedniej części.
Mam tylko jedną wątpliowość natury technicznej:
"Jeśli obawiasz się, że chcę cię wykorzystać to przestań" - może lepiej byłoby: Nie bój się, nie chcę cię wykorzystać /albo/ Przestań się mnie obawiać, nie zrobię ci krzywdy.
W ostateczności w pierwowzorze przed "to" musi być przecinek.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

wciąz nie ma rozwiazanie, sytuacja ciagle niejasna. facio w dalszym ciągu poszukuje drogi do serca panny. niech lapiduchy już więcej nie faszeruje Beatki lekami, bo to jej mąci w głowie i przez to za dlugo zwodzi zakochanego. a ja chce dalej...ogolnie bez zastrzezeń. o kurde, wlasnie sobie przypomnialem , ze mialem nie komentowac tego opka, nim go nie ukończysz. to co, usunąc ten koment?

Opublikowano
- No chyba teraz pseszadzasz – z pokaleczonym oburzeniem weszła mu w słowo. --> interesuje mnie niezmiernie, co to takiego jest, owo "pokaleczone oburzenie", hmmmm?

idę czytać dalej
mam uwagę jak J. J. K. --> mnie też nie bardzo rusza banalna fabuła --> ale czytam, bo czyta się dobrze

pozdrawiam
Opublikowano

pokaleczone oburzenie? chodziło mi o to, że język pokaleczony, słowa formułuje nieporadnie przez leki, a to miało być oburzenie pełne siły, ładu i składu :) nie wyszło, więc jest pokaleczone, takie kulawe.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...