Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Gortatów – dom wakacji” – 5

 

Do tej obory garaż był dobudowany.

Stał tam motocykl „Jawa”, rzadko używany.

Często, jak nikt nie widział, to na nim siadałem

i po całym świecie sobie podróżowałem.

 

Pędziłem drogami, czasem nawet latałem.

Kulę ziemską chyba sto razy objechałem.

Przez świat mnie prowadziły stare okulary,

które upiększały mego świata rozmiary.

 

Zakurzony, stary kask na głowę wkładałem,

odgłos silnika wargami wytwarzałem.

I ruszałem z piskiem opon, na jednym kole,

w trasę po tym naszym, ziemskim całym padole.

 

Zwiedziłem świata kawał tymi podróżami.

Wakacje w marzeniach, z zamkniętymi oczami.

Motocykl stał zepsuty z jakiejś tam przyczyny,

ale ze mną objeżdżał świat w ciągu godziny.

 

Świat, który zwiedzałem, był inny od naszego.

Nie wiedzieć dlaczego, widziałem go lepszego.

Był słodko-kolorowy, ludzie lepiej się mieli,

byli uprzejmi, uśmiechnięci i weseli.

 

Kiedy padał deszcz, na motorze się bawiłem,

albo też na strych dużego domu wchodziłem.

Do gołębi się wspinałem, aż na piętro trzecie,

bo wszędzie mnie nosiło tam, z tych nudów przecież.

 

Dom był wysoki, a schodów już tam nie było,

więc na ten poziom po drabinie się wchodziło.

Tam były gołębie i gołębie pisklęta.

Gołębnik bardzo wielki, na całości piętra. 

 

I znów były tam półki i gniazd niezliczenie,

i przepięknych gołębi całe zatrzęsienie.

Były te bojące się, co na jajkach siedziały,

i te, które pisklęta sobą zastawiały.

 

Wchodziłem tam często, kiedy deszcze padały.

Gołębie na zewnątrz wtedy nie uciekały.

A było ich tak dużo, jak w mrowisku mrówek,

siedziały i dbały o swój cały przychówek.

 

Niektóre dotknąć piskląt swoich pozwalały, 

inne mnie odważnie skrzydłami przeganiały. 

Nieraz na ubraniu kupami mnie zbrudziły,

nie żeby ze złości – po prostu się załatwiły.

 

A tych kupich łajenek było wszędzie pełno,

na podłodze warstwa – z pół metra na pewno!

I ten zapach tak dziwny, nawet nie śmierdzący,

w nosie jakby szczypiący, a w oczach kłujący.

 

Po tym, jak się wyszło na powietrze świeże,

to aż tchu brakowało w świeżości plenerze.

I nikt nic nie tłumaczył, co i jak, i dlaczego.

Przeżycia te pamiętam do dnia dzisiejszego.

 

– cdn.

 

Leszek Piotr Laskowski.

Opublikowano

Witaj - też jeździłem na niby w dzieciństwie dziadka simsonem -  zabaw na całego - no i oczywiście

            jak nikt nie widział to zaspokajałem swoją dziecinną ciekawość na strychu mimo że strach

            miałem w oczach -  świetne są te twoje wiersze przypominają minione czyli są cenne - 

                                                                                                                                                             Pzdr. 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @viola arvensis     są wiersze które się czyta i są takie które po prostu cicho zostają w człowieku   ten jest właśnie z tych   piękny spokojny i prawdziwy      
    • @Waldemar_Talar_Talar – moja ulubiona seria z pająkiem

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Posem   Bardzo obrazowy wiersz - podoba mi się paralela między kruszącymi się liśćmi a wewnętrznym kruszeniem się podmiotu lirycznego, gdy brakuje mu światła. To proste, ale trafne porównanie natury i emocji. Najciekawszy jest obraz "słońca jako małej duszy" – to nietypowa, poetycka metafora, która nadaje wierszowi delikatności i ciepła. Podoba mi się też zaskakujące zakończenie – serce "pełne nie z braku powietrza, lecz z powodu drogi, która jest za zakrętem" – to niejednoznaczne, intrygujące domknięcie, które zostawia przestrzeń do własnej interpretacji (nadzieja? niepokój przed nieznanym?). Subtelna, refleksyjna poezja – dobrze oddaje nastrój niepewności połączonej z cichą nadzieja
    • @Adam Zębala   Ten wiersz ma bardzo mocny oniryczną atmosferę   zawieszenia między jawą a snem, między życiem a czymś więcej. Motyw korytarza i światła na jego końcu jest szczególnie sugestywny - to archetypiczny obraz granicznego doświadczenia, a w połączeniu z "zaśpiewaj po mnie żałobną pieśń" i przezroczystą, nimfopodobną postacią wyłaniającą się z wody, tworzy się bardzo niepokojącą całość.     
    • krew piach pot i łzy         "nie żyjesz dopóki nie spłoniesz a miłość to jedyny płomień który nigdy nie gaśnie" - Migrena ona miała włosy jak ogień a on śmiał się jak benzyna nie mieli nic oprócz drogi czarnej rany ciągnącej się przez noc i starego motelu za plecami gdzie zostawili klucze resztki rozsądku i wszystko co miało ich zatrzymać wyrwali motor z cienia gdzieś obok chrom błysnął jak ostrze wyciągnięte z gardła nocy i pojechali tam gdzie kończy się mapa w ustach mieli wiatr i pył spalonej drogi a między jej udami sierpień ciężki od żaru co wyło jak silnik na czerwonym wibracja stali wchodziła w mięśnie a ich cienie ścigały się po asfalcie jak wilki głodne światła i krwi zdzierał z jej ust gęstą noc ona wgryzała się w krew jego ramion zostawiając ślady zębów głębokie jak przysięga bez czekania aż krzyk pękał jak grzmot ich krew wyła pod skórą jak przeciążony silnik zsuwali z siebie ubrania wraz z rozsądkiem wbici w siebie tak głęboko jakby śmierć miała pomylić imiona brat i siostra krwi kochankowie bez metryki bez prawa jazdy bez przyszłości tylko drapieżne oczy rozgrzana skóra i słony pot co spływał po kręgosłupie jak gorąca smoła jej piersi pachniały skórą nagrzaną do granicy dnia jego dłonie zapadały się w dno jej brzucha plaża nie miała granic oni też nie gorący piasek pod biodrami gniótł ich bezwstydnie gdy brał ją zapatrzony w ciemność a ona otwierała się przed nim jak noc wypełniona wilgotnym krzykiem i amokiem tam gdzie dotykali ziemi nawet Bóg nie odważył się wypowiedzieć ich imion wokół nich gęsta nieprzenikniona próżnia jakby wygryzali ze świata całe powietrze i zostawiali w nim przerwę na wieczność a on wyssał z jej gardła ostatni czysty krzyk zostawiając na jej ciele nie zapach mężczyzny ale gęsty żywy strach przed zmartwychwstaniem tylko czysty nagi zachwyt ostry jak potłuczone szkło   a potem spali w cieniu wydm wciąż połączeni ciasno splątani z kropelkami soli na napiętych brzuchach jak zgłodniałe wilki syci miłością głodni jutra aż we śnie cień losu przeciął ich jak błysk noża i przez mgnienie zniknęli bez siebie bez tchnienia tylko z echem lecz gdy świt dotknął rzęs szukali swoich ust na ślepo pragnąc siebie znowu od pierwszego oddechu mówili sobie na zawsze z winem na języku i piaskiem w zębach żyli tylko tyle ile potrafili płonąć bo bezpieczne miejsca były grobami dla tych którzy bali się ognia nikt ich nie rozumiał i dobrze miłość była dzika i bezwstydna miała zdarte kolana i uśmiech benzyny a dzikie nie musi się troszczyć o jutro żaden horyzont już ich nie utrzyma jest tylko pusta flaszka po winie na wydmie dwa wgłębienia w gorącym piasku i swąd spalonej gumy dzikie psy nie przepraszają za świt żrą to co zostało z nocy aż po sam stalowy rdzeń      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...