noc połyka nas z samochodem
blacha pod palcami ma chłód cudzego ciała
które zaraz weźmiemy na własność
gardło maszyny
rolety w dół
świat zdycha
zostaje gęsty
biały szum
wibruje w plombach
woda bije w szyby
tysiąc wściekłych cieni
rozmazuje miasto w czarne smugi
neony ciekną w poprzek oczu
jesteś za blisko
para z ust miesza się w jeden gęsty oddech
tu nic nie jest czyste
szczotki idą po karoserii
ciężkie mokre włosy żelastwa
ocierają się rytmem który już w ciebie wszedł
drżenie idzie przez fotele
w kręgosłup
osadza się w biodrach
twoja dłoń nie pyta o zgodę
waży i bierze
zna każdy skurcz zanim się zdarzy
powietrze gęstnieje od pary i ciał
wilgoć wpełza pod ubranie
skóra poci się głodem
lepka
wchodzisz we mnie jak bieg w drapieżną skrzynię
metal o metal
żywa twardość rozrywa chłód
światło miga
krótkie ostre błyski
rozcinające ciemność pod powieką
patrzysz na mnie
to spojrzenie nie ma wyjścia
drzwi bez klamki
woda wali mocniej
kabina drży
coś wielkiego napiera z zewnątrz
a my
coraz ciszej
coraz bliżej
twoje ciepło rozsadza zimne szyby
ogień bez tlenu
palce ryją ślady których nie widać
ale mięśnie je pamiętają
napięcie gęstnieje w podbrzuszu
krew pulsuje grubo
uwięziona pod skórą
zaraz eksplodujemy
twoje palce we mnie to ślepy wyrok
śliski uścisk w którem nie ma oddechu
bierz mnie aż pęknie dno
twoje ciało pod moimi dłońmi
napięte jak struna świata
śliskie od pary
zaraz rozerwiesz mnie od środka
zapadamy się w siebie jak gwiazda
czarna
gęsta grawitacja
rozgniata nas na amen
tu nie ma Jego
szczotki stają
ciemność waży tonę
i wtedy
wszystko pęka naraz
woda wdziera się światłem
żebra pękają
krew za głośna w skroniach
ciało gubi krawędzie
mieszamy się
płynami
oddechem
izolacja zerwana ze świata
maszyna łapie nasz rytm
zaciska go
nie oddaje
nie ma już kabiny
nie ma szyb
jest tylko puls
i to napięcie które nie zna końca
czoło wbite w szkło
zostawia tłusty ślad potu i oddechu
rozmazany jak my
bez powrotu
sekunda nie chce zdechnąć
ciągnie się
rolety w górę
świat wraca za nagle za ostro
ale coś zostaje
w płucach
na skórze
pod żebrami
jak wilgoć
która weszła głębiej niż oddech
myjnia wypluwa nas na asfalt
czystych
błyszczących
a w środku
dalej wrze
parujemy
brudni od siebie