Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena

 

 

 

noc połyka nas z  samochodem
blacha pod palcami ma chłód cudzego ciała
które zaraz weźmiemy na własność

gardło maszyny
rolety w dół


świat zdycha

zostaje gęsty
biały szum
wibruje w plombach

woda bije w szyby
tysiąc wściekłych cieni
rozmazuje miasto w czarne smugi
neony ciekną w poprzek oczu

jesteś za blisko
para z ust miesza się w jeden gęsty oddech

tu nic nie jest czyste

szczotki idą po karoserii
ciężkie mokre włosy żelastwa
ocierają się rytmem który już w ciebie wszedł

drżenie idzie przez fotele
w kręgosłup
osadza się w biodrach

twoja dłoń nie pyta o zgodę
waży i bierze
zna każdy skurcz zanim się zdarzy

powietrze gęstnieje od pary i ciał
wilgoć wpełza pod ubranie
skóra poci się głodem
lepka

wchodzisz we mnie jak bieg w drapieżną skrzynię
metal o metal
żywa twardość rozrywa chłód


światło miga
krótkie ostre błyski
rozcinające ciemność pod powieką

patrzysz na mnie
to spojrzenie nie ma wyjścia
drzwi bez klamki

woda wali mocniej
kabina drży
coś wielkiego napiera z zewnątrz

a my
coraz ciszej
coraz bliżej

twoje ciepło rozsadza zimne szyby
ogień bez tlenu

palce ryją ślady których nie widać
ale mięśnie je pamiętają

napięcie gęstnieje w podbrzuszu
krew pulsuje grubo
uwięziona pod skórą
zaraz eksplodujemy

twoje palce we mnie to ślepy wyrok
śliski uścisk w którem nie ma oddechu
bierz mnie aż pęknie dno


twoje ciało pod moimi dłońmi
napięte jak struna świata
śliskie od pary
zaraz rozerwiesz mnie od środka

zapadamy się w siebie jak gwiazda
czarna
gęsta grawitacja
rozgniata nas na amen
tu nie ma Jego


szczotki stają
ciemność waży tonę

i wtedy
wszystko pęka naraz

woda wdziera się światłem
żebra pękają
krew za głośna w skroniach
ciało gubi krawędzie
mieszamy się
płynami
oddechem
izolacja zerwana ze świata

maszyna łapie nasz rytm
zaciska go
nie oddaje

nie ma już kabiny
nie ma szyb

jest tylko puls
i to napięcie które nie zna końca

czoło wbite w szkło
zostawia tłusty ślad potu i oddechu
rozmazany jak my
bez powrotu

sekunda nie chce zdechnąć
ciągnie się
rolety w górę
świat wraca za nagle za ostro

ale coś zostaje

w płucach
na skórze
pod żebrami

jak wilgoć
która weszła głębiej niż oddech

myjnia wypluwa nas na asfalt
czystych
błyszczących

a w środku
dalej wrze

parujemy

brudni od siebie

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena

 

 

 

noc połyka nas z  samochodem
blacha pod palcami ma chłód cudzego ciała
które zaraz weźmiemy na własność

gardło maszyny
rolety w dół


świat zdycha

zostaje gęsty
biały szum
wibruje w plombach

woda bije w szyby
tysiąc wściekłych cieni
rozmazuje miasto w czarne smugi
neony ciekną w poprzek oczu

jesteś za blisko
para z ust miesza się w jeden gęsty oddech

tu nic nie jest czyste

szczotki idą po karoserii
ciężkie mokre włosy żelastwa
ocierają się rytmem który już w ciebie wszedł

drżenie idzie przez fotele
w kręgosłup
osadza się w biodrach

twoja dłoń nie pyta o zgodę
waży i bierze
zna każdy skurcz zanim się zdarzy

powietrze gęstnieje od pary i ciał
wilgoć wpełza pod ubranie
skóra poci się głodem
lepka

wchodzisz we mnie jak bieg w drapieżną skrzynię
metal o metal
żywa twardość rozrywa chłód


światło miga
krótkie ostre błyski
rozcinające ciemność pod powieką

patrzysz na mnie
to spojrzenie nie ma wyjścia
drzwi bez klamki

woda wali mocniej
kabina drży
coś wielkiego napiera z zewnątrz

a my
coraz ciszej
coraz bliżej

twoje ciepło rozsadza zimne szyby
ogień bez tlenu

palce ryją ślady których nie widać
ale mięśnie je pamiętają

napięcie gęstnieje w podbrzuszu
krew pulsuje grubo
uwięziona pod skórą
zaraz eksplodujemy

twoje palce we mnie to ślepy wyrok
śliski uścisk w którem nie ma oddechu
bierz mnie aż pęknie dno


twoje ciało pod moimi dłońmi
napięte jak struna świata
śliskie od pary
zaraz rozerwiesz mnie od środka

zapadamy się w siebie jak gwiazda
czarna
gęsta grawitacja
rozgniata nas na amen
tu nie ma Jego


szczotki stają
ciemność waży tonę

i wtedy
wszystko pęka naraz

woda wdziera się światłem
żebra pękają
krew za głośna w skroniach
ciało gubi krawędzie
mieszamy się
płynami
oddechem
izolacja zerwana ze świata

maszyna łapie nasz rytm
zaciska go
nie oddaje

nie ma już kabiny
nie ma szyb

jest tylko puls
i to napięcie które nie zna końca

czoło wbite w szkło
zostawia tłusty ślad potu i oddechu
rozmazany jak my
bez powrotu

sekunda nie chce zdechnąć
ciągnie się
rolety w górę
świat wraca za nagle za ostro

ale coś zostaje

w płucach
na skórze
pod żebrami

jak wilgoć
która weszła głębiej niż oddech

myjnia wypluwa nas na asfalt
czystych
błyszczących

a w środku
dalej wrze

parujemy

brudni od siebie

 

 




×
×
  • Dodaj nową pozycję...