Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@jan_komułzykant Janko,

ten wiersz jest po prostu przejmująco piękny i mądry. Choć zaczyna się melancholijnie, to bije z niego niesamowita, życiowa siła i nadzieja. Twój manifest, by się nie zamykać i szarpać z losem do końca, zostawia czytelnika w niesamowicie pogodnym nastroju. 
Mądry wiersz to idealny plaster miodu na serce portalu i nasze.

Ostatnia strofa to majstersztyk motywacji.

Dziękuję za ten tekst i pozdrawiam ciepło! :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Droga Alu 

Ciebie to nawet trzeba gonić za wolne wiersze, bo Ty masz warunki, Ty umiesz i potrafisz. (bez litości za uszy do góry)

Rym i rytm w Twojej dłoni to jak batuta w ręku von Karajana. A u mnie jak zwykle wprawki. Nie mam obecnie weny ani nastroju do pisania. Przytłacza mnie świat wokół. 

Opublikowano

@Alicja_Wysocka

Mądry jest Twój komentarz Alu i bardzo miły do tego :

(chyba mnie zarumienił)> Manifest mówisz, hmm... ;)) 

Dziękuję pięknie Alu, a za plaster miodu w szczególności 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

@Anastazja1 

Dziękuje bardzo i za słuchanie również.

 

 

 

@aff

Kiedyś bywa mylące, bo może być również jutro, więc to jest podobnie jak z pokojem

- trzeba się zbroić, żeby trwał nadal. przekaz... myślę, że każdy znajdzie coś dal siebie.

Dziękuję serdecznie.

 

 

@Jacek_Suchowicz

Kiedyś o Andrzeju Lepperze i o sobie (tak przy okazji, pewnie dla dystansu;) napisałem - My literaci ;))),

więc właściwie Jacku, czemu nie Artyści? Poza tym jest mi niezmiernie, że zauważyłeś 

Również piękne dzięki za bardzo ceniony przeze mnie rymowany i do tego inteligentny komentarz.

Serdecznie pozdrawiam.

 

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

łoj tam, janie porcelianowy, sie nie gniewam ;)

 

 

 

@obywatel @MIROSŁAW C.  Dziekuję za zatrzymanie 

Opublikowano

@jan_komułzykant

 

Świetny tekst  - metafory „wycinania głowy ze zdjęć” czy „wmiatania pamięci pod dywan” doskonale oddają dramat samotności.

Najbardziej jednak urzeka mnie rytm i dynamika tego wiersza.

Powracające jak refren zawołanie „rozdzieraj szarp zdążysz odpocząć” działa  jak dzwon, który budzi do życia i nie pozwala się poddać. Piękna poezja z głębokim przesłaniem. Pozdrawiam. 

Opublikowano

@Berenika97

Serdecznie dziękuję, to naprawdę powalający komentarz dla mnie.

Nieźle „czujesz” to na czym mi zależało. Rytm zawsze był dla mnie ważny.

Jedna poprawka – pamięć wynoszona była kubłami, ale to drobiazg ;)

Poza tym pomyliłem się, bo wiersz miał wylądować w „Śpiewniku”,

a te powtórki miały być refrenami. Niestety, niechcący wpadł do gotowych.

Muzyka być może – ‘kiedyś’.

Serdecznie pozdrawwiam i jeszcze raz dziekuję

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w ostatnim zdaniu brakuje a miedzy tym, a tym (obietnicą?),  osobiście zrezygnowałbym ze zwrotu w pożyciu i z początku w całym zadaniu. Czyżby młode lata filmowego "Och Karol" ?
    • @obywatel Dokładnie. W wierszu pokazałem prawdę jako produkt - bo tak wygląda z zewnątrz.  Ale masz rację, prawdziwy problem zaczyna się później: kiedy zrozumiesz, że ona nie stoi po żadnej stronie.  Wtedy zostaje tylko iść. I to kosztuje całe życie.  
    • @obywatel przejście  od "pękniętej iluzji "  do świata kolorów sprawia ból z odłamków iluzji , nie odwrotnie. Iluzja okaleczyła ale mimo to idę, nie chce wracać.  Dziękuję za polubienie . Pozdrawiam.
    • Już za paręnaście metrów chodnik skręcał w prawo. Winkiel szaro-burego bloku obiecywał schronienie - osłonę przed mroźnym wiatrem poranka, ale również, przede wszystkim, możliwość zdjęcia głupiej wełnianej czapki z jeszcze głupszym, najeżonym frędzlami pomponem. Była bodajże pamiątką z Zakopanego, lecz dla Karola nie posiadała żadnej wartości sentymentalnej, była jedynie symbolem matczynej troski, niezręcznym uściskiem od natrętnej ciotki, z którego tak bardzo starał się teraz uwolnić. Z każdym kolejnym krokiem wełna coraz bardziej świerzbiła skórę, a wzrok mamy przebijał się przez kolejne warstwy podręczników w plecaku, zeszyty, śniadaniówkę i grubą zimową kurtkę, aby ostatecznie falą ciepła rozejść się po jego plecach.      Blok, pod którym Karol spędzał lata swojego dzieciństwa, zbudowany był na planie panoptykonu - skręcał pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, a na każdym piętrze wokół mieszkań rozchodziły się tarasy prowadzące na główną klatkę schodową. Wpół śniący sąsiedzi, niby straż więzienna, przechadzali się nad podwórkiem.     Świąd i ośmieszenie wirowały jak dwa motyle, walcząc o dziecięcą uwagę. Jeszcze parę podręczników i jedenastolatek mógłby porównać się w tym momencie, z dziecinną autentycznością, do Chrystusa w cierniowej koronie. (Karol pierwszą komunię miał już za sobą, lecz przez cały proces przeszedł po łebkach, jedyne co zapamiętał, to jak wieża kościelna, w momencie, kiedy zadzierał ku niej głowę, zdawała się powoli na niego spadać.) Chodnik wyszedł na ulicę, wiatr zamiast zelżeć, zmienił jedynie stronę, kiedy ręka, jakby nagle pozbawiona jakiegoś przytłaczającego ciężaru, wystrzeliła ku górze, w jednym szybkim ruchu zrywając z głowy czapkę, teraz zwisającą z boku jak żałosny sztandar, wymiętoszony strój klauna przewieszony po występie przez kulisowe drzwi.      Miesiąc był jeszcze mroźny, ludzie wypuszczali parę z ust, upodabniając się do stojących na poboczu samochodów, których lekkie, bijące z wydechów ciepło ogrzewało sunących do szkoły uczniów, z rękami tak głęboko w kieszeniach, że wyglądali na przywiązanych do pali. Droga do szkoły, ulica Grochowa, szklista i mokra, kurczyła się z każdą sekundą jak duszona cebula, samochody powoli odjeżdżały do swoich prac na etacie, a Karol zatrzymał się w miejscu, gdzie ulica łączyła się ze swoim małym odgałęzieniem, prowadzącym jedynie do osiedlowego supermarketu.   Mijając drzwi wejściowe, oraz parę okienek wychodzących na kolejne alejki sklepu, można było dojść do wymuszonego końca uliczki. W miejscu, przeznaczonym teraz wyłącznie do zawracania po nieudanym poszukiwaniu miejsca parkingowego, znajdowała się wysoka na trzy wysokości Karola żelazna brama, z chwastem (bardziej - suchym trustem) idealnie wypełniającym odstęp pomiędzy nią a betonem. Po drugiej stronie rudego, zgniło-ceglanego muru, budynki byłych zakładów produkcyjnych szczerzyły ku słońcu ukruszone, szklane zęby,  przeciągając się pod, zalegającą jeszcze, pierzyną wiosennego śniegu.      Karol mijał ją codziennie po drodze do szkoły, lecz wcześniej wiele o niej nie myślał, dopiero niedawno, jakby na skutek jednego z tych bolesnych, romantycznych snów, z których wybudzenie naznacza cały nadchodzący dzień udręką nienasycenia, idąc do szkoły, po raz pierwszy dostrzegł w niej wcześniej nieujarzmione piękno. Fabryka stała się tamtego dnia symbolem, którego każdy nowy nastolatek potrzebuje w swoim życiu, pierwszym romansem z przemijalnością, uruchomieniem męskiej żądzy, niezaspokajalnej żadnym z pięciu zmysłów, żadnym szczodrym dotykiem, czy ciepłymi słowami. Niedoświadczony jeszcze w pożyciu Karol, próbował z początku znaleźć ujście gdzieindziej. Po długo trwającej kampanii, ścierając rudymi włosami swojej koleżanki jej ślinę ze swoich ust, krążył już myślami między czterema, wysuszono-krwistymi ścianami, jedyną obietnicą przyspieszonego tętna, gdzie postawiony pośrodku obelisk wyznaczał moment przekroczenia granicy dziecięcości, tak teraz dla Karola ponętnej.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       @iwonaroma mam nadzieję, serdecznie dziękuję :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...