Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Otworzyłem obitą i zdartą szufladę,

dębowego, zabytkowego biurka.

Narobiła hałasu jak zawsze,

gdy potrzebowałem jej nieocenionej pomocy w ukryciu kolejnej mojej ofiary.

To jest, maszynopisu 

zaczętego ledwie rozdziału książki,

która kuła nie tylko moje, 

przekrwione i wypełnione obawą 

oczy autora.

Ale szczególnie

zainteresowałaby tych z góry.

Recenzentów, wydawców, edytorów 

a w szczególności cenzorów.

Oni najchętniej cisnęliby ją w ogień

a mnie do celi na Kriestach

a potem kula do nogi lub do głowy.

Droga na Kołymę 

lub do ziemnej dziupli grobu.

Poeta-śpiewak wśród ludu.

Pomazaniec boży między szarakami.

Król Lir, siedzący jednak 

na tronie ze szpilek i gwoździ,

zamiast na kremlowskim tronie 

czerwonego terroru.

 

 

Mimo środka,

krótkiego styczniowego dnia,

w pokoju panował półmrok.

Wszędzie tylko szare kontury mebli,

czarne zagłębienia i zaułki,

ciemne dusze postaci na ścianach,

które słuchają

każdego osobnego oddechu

i raportują o nim dalej.

Dzień i noc.

Drzwi były liche, miękkie, prześwitujące.

Nie spełniały się w roli 

zachowania intymności.

Zamek nie był w pozycji zamkniętej.

Każdy mógł sobie wejść

i przeszukać pokój,

moje ciało i duszę.

Nie miałem nic do ukrycia.

To maszyna wypluwała z siebie 

litery i całe zdania.

To szuflada kolaborowała z zachodem.

Ich zesłać do łagrów

a poetę zostawić w spokoju.

I tak zdechnie.

Bo jaką może mieć inną rolę 

w teatrze czerwonych kukiełek?

 

 

Sięgnąłem po butelkę samogonu,

czekającą cierpliwie na swą kolej.

Pociągnąłem zdrowy łyk.

Duży i łapczywie.

Jak dziecko, przywarte do piersi matki.

Wreszcie odetchnąłem.

Nie z powodu mocy alkoholu a ulgi.

Pomoże uciec mi w sen.

Nie spokojny i głęboki

oraz nie ten kolorowy.

Czarno biała projekcja umysłu.

Wszystko rozmyte w szarości.

Ludzie, drzewa, budynki, place…

i serca ludu.

Wszyscy wokół solidarnie, umyli ręce.

Przemyli swe twarze.

I zrozumieli, że jednak można tu żyć.

Bez głębi potrzeb.

Bez uczuć wyższych.

Bez cudownie ocalonych wybawicieli.

Ich jedynym prawem była niewola.

 

 

Złożyłem zbyt mocne okulary 

i wsadziłem je do kieszeni.

Znów straciłem dzień.

A może wygrałem kolejny.

Wszystko tutaj jest nieoczywiste 

i stoi na głowie.

Nic nie wydaje się zbyt groteskowe.

Zbyt fantastyczne.

Zbyt niedorzeczne.

A jednak świat potrafi

płatać dziwne figle.

 

 

Ktoś zapukał do otwartych drzwi.

A więc to już czas.

Przyszli i tutaj.

Po mnie i mój maszynopis.

Cudownie.

Otwarte, rzuciłem zbyt srogo 

i odważniej niż zamierzałem.

Drzwi ustąpiły lekko.

Klamka zapadła się 

pod ciężarem czyjejś dłoni.

Na granicy progu, stały dwie postaci.

 

 

Mężczyzna około pięćdziesiątki 

oraz jego towarzysz…

bezsprzecznie był to 

duży, dorodny, czarny kocur,

stojący niczym człowiek

na tylnych łapach.

Mężczyzna ubrany był 

w płaszcz podbity futrem, 

grube walonki i czapę z gronostaja.

W ręku dzierżył 

srebrną, elegancką laseczkę 

zakończoną głową węża.

 

 

O dziwo kot nie był jedynie 

w swym naturalnym futrze.

Narzucił na nie całkiem szykowny,

z pewnością drogi 

i dobry gatunkowo smoking.

W butonierce spoczywała, 

żywa, czerwona róża.

Nie miał na łapkach butów,

lecz na łebku spoczywał mu,

skórzany, wąski cylinder,

przepasany białą, jedwabną wstęgą.

Dopełnieniem stroju był biały długi szal

oraz tożsama lecz krótsza laska,

tak jak w przypadku mężczyzny.

 

 

Pierwej patrząc na nich 

pomyślałem o trupie cyrkowej 

lub jakimś niesmacznym żarcie 

biura politycznego

towarzystwa literatów.

Mężczyzna miał wzrok ostry 

i nie lubiący sprzeciwu ani walki.

Objął nim najpierw pokój a potem mnie.

Wstałem jak uczniak do odpowiedzi,

bo i spodziewałem się od niego pytań.

 

 

Wy obywatelu jesteście 

Paweł Fiodorowicz Żerebcow?

Tak, odpowiedziałem

pewnie jak na apelu.

Chciałem dodać jeszcze a wy, 

ale jakoś język ugrzązł mi na zębach.

Mężczyzna i kot

weszli śmiało jak do siebie.

Wystawili prawicę na przywitanie

a ja uścisnąłem je,

może trochę zbyt mocno.

 

 

- Nazywają mnie Mistrzem, 

obywatelu Żerebcow a to mój przyjaciel …

ekhmm … - kot chrząknął tak jak gdyby 

chciał dać znać Mistrzowi 

by ten się nie zagalopował i nie powiedział zbyt wiele na wstępie -

No tak… ma imię

lecz nie lubi się nim dzielić.

Jest bardzo znane, jak i on sam.

Lecz nad wyraz stronnicze i nie wiedzieć czemu pejoratywne w odbiorze przez ludzi.

 

Kot uśmiechnął się tajemniczo lecz miał przez chwilę dziwnie zły błysk w oku.

 

- Rozumiem, że jest pan oficerem i Mistrz to jedynie przykrywka.

To oczywiste. A kolega kot.

Kamuflaż doskonały.

Zapewne mój kat a może zbawca.

Ale obiecuję iść dobrowolnie,

nie róbmy niepotrzebnej hucpy.

Aha… przeszukanie jest zbyteczne.

Maszynopis jest w szufladzie biurka.

Drżyjcie, palcie, depczcie.

Wszystko jedno.

Kula i tak czeka.

 

Mistrz udał się do wskazanej szuflady 

i wyjął bezsprzeczny dowód zbrodni,

ale i powód do kary. 

 

- Ten maszynopis macie na myśli obywatelu Żerebcow? My w tej sprawie właśnie. Nie sądziliśmy, że pójdzie jak z płatka. Zamiast jednak kuli w skroń czy potylicę mamy dla Was coś lepszego i nie mam na myśli carskich wczasów na Kołymie.

 

Kot przejął maszynopis, poślinił łapkę

i przekartkował całość strona po stronie.

 

- Wspaniała robota Żerebcow. Macie talent i nie boicie się wsadzać kija w mrowisko lub szybciej w ul pełen wściekłych os. Za to jest wyrok śmierci. - podsunął mi książkę pod nos - Ale ja mam dla Was umowę. Wy podpiszecie a mój szef to wyda.

Mało tego, nie wyda Was Żerebcow.

Będziecie wolni, będziecie mistrzem jak ten tutaj - wskazał na Mistrza z uznaniem i szacunkiem 

 

- Podpiszę choćby i wyrok własnej śmierci. Nie boję się niczego.

 

Kot wyjął zza klapy smokingu staromodny pergamin z dwiema pieczęciami u spodu.

 

- Oto kontrakt. Jest trwały… wieczny i jego postanowienia nie podlegają żadnym późniejszym zmianom ani modyfikacjom. Wy mistrzem a mój szef panem i władcą waszej … ekhmm

 

Tym razem Mistrz uciszył Kota. 

Ten zrozumiał rychło swój błąd i dokończył

 

- Twórczości i talentu … bo przecież nie duszy - uśmiechnął się pod długim wąsem. - To co podpisujecie obywatelu Żerebcow? 

 

Wziąłem pióro ze stołu i już chciałem nachylić się do złożenia podpisu, gdy Kot chwycił mnie za przegub. 

 

- Jeśli można to wolimy podpis krwawym atramentem. To nie boli.

 - Mistrz wyszedł przede mnie. Trzymał w ręku lekko zakrzywiony nóż. Naciął nim skórę na moim serdecznym palcu i przyłożył go do pergaminu. Krew się zagotowała i zostawiła trwałe odbicie linii papilarnych. Kot podpisał piórem obok znaku. Podpis brzmiał, Behemot.

Diabeł czy nie Diabeł było mi wszystko jedno.

 

- Teraz czekajcie na decyzję Towarzystwa Literatów. Dobrego dnia.

 

Zwinęli cyrograf, zabrali maszynopis. 

Ukłonili się serdecznie i zniknęli za progiem.

 

A ja wiedziałem, że Diabeł nie tkwi w szczegółach, nie w sztuce a w duszy każdego z nas.

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...