Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)





okna wiszą w ciemności jak zimne akwaria

miasto głęboko pod nami mruczy
w kablach
w rurach
w wybebeszonych ulicach

wchodzę do windy

metalowa matryca

lustra powielają milczenie tracąc
kształt w nieskończoności

szklane oko kamery w narożniku sufitu
żre obecność bez mrugnięcia jak bezduszny świadek
który nie odróżnia modlitwy
od erekcji
od głodu
od drżenia ciała

drzwi prawie się schodzą i wtedy twoja ręka przebija je w ostatnim calu

wchodzisz gwałtownie jakby noc wciąż trzymała cię za kark

pachniesz lodowatym tlenem
mokrym asfaltem
i tym nagłym zwierzęciem
które wibruje pod twoją skórą

drzwi ryglowane ciężkim klik

krwawe cyfry nad nami
rosną w neonowym odliczaniu

w szybie wysoko nad kabiną stalowy kabel wyje pod ciężarem naszej ciszy

jedyny nerw wyrwany z krtani miasta napięty do pęknięcia
napięty tak mocno że zaczyna pamiętać ból

stoimy za blisko
zbyt blisko na obcych
to już jest wtargnięcie

twoje ramię parzy moje
ten dotyk nie znika
wgryza się
znajduje drogę do tętnic

winda szarpie w górę
lekki wstrząs
metal dyszy

twoje oczy są gęste
niecierpliwe pełne nocnego żaru
patrzysz tak jakbyś mnie rozcinała
jakbyś przypominała sobie topografię moich blizn i moich szwów

smak soli na karku

twoja dłoń kotwiczy na moim biodrze
a grawitacja zdycha bez pytania

to jest spokój drapieżnika
który odnalazł swoje terytorium
swoją własność

piętra mijają
dziewięć
dziesięć
jedenaście

w tej ciasnej puszce powietrze zaczyna drżeć i gęstnieć
od skóry
od potu
od ciepła

twoje włosy na mojej szyi są jak zapalnik cichy prąd idzie po kręgach w dół kręgosłupa

twój oddech jest za krótki
zbyt gorący na miejsce
gdzie ludzie mają tylko stać i milczeć czekając na ocalenie drzwi

twoje usta przy moich bez słów

ciało wykłada swoją rację
powoli
brutalnie
cierpliwie
nieodwołalnie

palce ryją nowy alfabet
- mój ból i rozkosz

w szybie windy metal skowyczy
jakby budynek poczuł
że w jego sterylnym wnętrzu
pękło coś żywego krwistego i niebezpiecznego

twoje udo twarde ciepłe i czułe
dyktuje moją uległość

twarz przy twarzy
usta tak blisko że ślina miesza się ze śliną
że oddech miesza się z oddechem

ta stalowa klatka
zawieszona w próżni szybu
staje się jedyną amboną świata
gdzie liczy się tylko prawo skóry

przyciągasz mnie
nie ma już pomiędzy
jest tylko łomot serca
i to bezwstydne wycie mięśni

głód który nie potrzebuje nazwisk bo jest starszy niż język

nasze tkanki pamiętają się
z jakiegoś pierwotnego błotnistego życia gdzie ciało było jedyną mową

winda zwalnia
świat pod nami karleje
świat nad nami jeszcze nie wie

a tutaj w tej skrzyni uniesionej w noc
twoje usta pożerają mój oddech zachłannie jak ostatni haust powietrza pod wodą

ciało wierzy natychmiast

choć drzwi zaraz wyplują nas
w jasny korytarz
choć beton upomni się o schematy
i swoje reguły
przez te kilka sekund
między jednym piętrem a drugim
 - zewnątrz nie istnieje

wieżowiec jest tylko klatką piersiową
w której bije nasze wspólne jedyne tętno

ten beton
ta noc
to miasto
są tylko tłem dla potu na twojej skórze
dla tego krótkiego czarnego pożaru
który trawi nas bez pytania
który zapala się między ludźmi

dwoje obcych ludzi
w mechanicznym sercu kolosa
zatrzymało obrót ziemi
w jednym wspólnym
spalającym nas
oddechu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Migrena

To bardzo mocny wiersz narracyjno-erotyczny o dużej intensywności obrazowej. Można go czytać zarówno jako scenę fizycznego napięcia między dwojgiem ludzi, jak i jako metaforę wybuchu pierwotnej energii w sterylnej przestrzeni nowoczesnego miasta.

To wiersz o nagłym wybuchu instynktu i bliskości w przestrzeni całkowicie kontrolowanej przez technologię i społeczne reguły. Kolejny rozdział wielkiej poetyckiej opowieści o nich…

Opublikowano

@Migrena

 

To bardzo mocny, drapieżny i niezwykle zmysłowy wiersz. 

 

Winda odgrywa tu rolę najważniejszą - to kapsuła odcięta od świata zewnętrznego. Zwykle jest to miejsce krępującej ciszy ("lustra powielają milczenie"), gdzie obcy ludzie unikają kontaktu wzrokowego. Wiersz łamie tę społeczną konwencję. Winda staje się tu "amboną świata", mikrokosmosem zawieszonym między piętrami ("zewnątrz nie istnieje"). Bohaterowie są zamknięci w puszce, co potęguje napięcie niczym w szybkowarze, doprowadzając do nieuniknionej eksplozji fizyczności.

Erotyzm jest brutalny, bezwarunkowy i pierwotny.

Ciało nie pyta o zgodę umysłu - pożądanie jest tu pokazane jako siła starsza niż cywilizacja ("starszy niż język"), która zrównuje dwoje obcych sobie ludzi do poziomu czystej, czującej tkanki.

 

Świetny tekst - jak zawsze u Ciebie!

Nagły wybuch namiętności okazuje się jedynym sposobem na poczucie, że się żyje. Przeczytałam jednym tchem,

Opublikowano

@aniat.

 

a mnie się bardzo podoba Twój komentarz.

 

jest uroczy.

 

dziękuję pięknie :)

 

 

 

@huzarc

 

dzięki wielkie za super analizę.

pozdrawiam.

 

 

@Berenika97

 

Bereniko.

 

co moge powiedzieć ?

 

piszesz świetne wiersze.

 

przebogate komentarze.

 

jesteś duchem poetyckiego piękna.

 

bardzo za wszystko dziękuję :)

 

cudowności dla Ciebie :)

 

 

Opublikowano

@Migrena

Niesamowity wiersz!

Miasto jako organizmu - kable, rury, szyby windy tworzą niemal anatomiczną strukturę, w której ciało ludzkie nagle odzyskuje swój pierwotny język.Winda staje się tu miejscem  w której na chwilę pęka porządek miasta i dochodzi do głosu coś starszego niż kultura. Super!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszek Piotr Laskowski Cenię taką religijność. Pozbawioną buty lecz zadającą pytania, czasem wątpiącą lecz pełną oddania...
    • @Leszek Piotr Laskowski sugestywne.
    • @Stukacz nie mogę się doczekać każdego kolejnego.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy przekroczyłem próg świątyni, do której jako dziecko zaglądałem co niedziela i święta  a teraz odwiedzałem ją, jedynie przy okazji  pogrzebów i jednego ślubu. I teraz właśnie  miał to być czas  przeznaczony na mszę pogrzebową. Przed kościołem  nie stał jednak zaparkowany karawan  ani nie było w jego pobliżu żadnych grabarzy. Żałobników również. Nie było łez, wspomnień i kwiatów.     Już od kruchty,  poczułem, nie drażniący swąd  cmentarnego kadzidła  i zapach tlących się parafinowych świec  a świeży i ciepły przeciąg. Za ciężkimi, dębowymi drzwiami prowadzącymi do głównej nawy, powitała mnie zupełna pustka i osamotnienie. Ani jedna postać  nie siedziała lub stała w ławkach  ciągnących się w dwóch długich rzędach  aż do stóp ołtarza. Pod nim nie ujrzałem również  katafalku ani trumny i to już zadało mi ostateczny cios, uświadamiając mnie w tym, że zwyczajnie pomyliłem  jeśli nie dzień to godzinę pogrzebu.     Pomylić dzień byłoby wykluczonym. Czwartek. Dziewiętnasty sierpnia.  Godzina jedenasta. Tak było  bezsprzecznie zapisane w nekrologu. Godzina jedenasta. Pociągnąłem za dewizkę  i uchwyciłem wystający z kieszeni  czarnej kamizelki zegarek. Wskazywał dziesięć minut na jedenastą. A więc niecały kwadrans do uroczystości.     Dzieje się tu coś absolutnie dziwnego. Warto byłoby zapytać u źródła, czyli księdza  lub choć kościelnego czy ministranta. Ich jednak też próżno było szukać wzrokiem. Szedłem powoli  wzdłuż ściany zachodniego skrzydła. Co jakiś czas zerkałem w stronę ołtarza  i przeciwległego skrzydła świątyni. Byłem w niej sam. Zaglądałem do konfesjonałów, licząc na to, że w ich mroku  odnajdę jakiegoś  pogrążonego w zadumie  rozważań lub modlitwy księdza,  który wyjaśni mi to wszystko.     Konfesjonały były puste. Patrząc na te drewniane, pokutne klatki, uświadomiłem sobie, że ostatni raz klęczałem w takiej  przed dwudziestoma pięcioma laty. Były proboszcz, który mnie wtedy spowiadał, był teraz starym, niedołężnym emerytem  z prawie setką lat na karku. A ja z chłopca bogobojnego i ułożonego, wyrosłem na  pozbawionego uczuć, empatii i sumienia. Zimnego psychopatę. Widać i tacy są potrzebni na tym świecie  by wypełniać wolę Pana.     Miałem zamiar udać się  do kancelarii na zachrystii. Tam też byłem już kiedyś. Jakieś dziesięć lat wstecz. By przynieść druk apostazji. Pytano mnie wtedy o powód. Wróciłem do wiary prawdziwych przodków. Wolę prawdziwy, rodzimy kult słońca niż syjonistyczną sektę  narodzoną gdzieś na izraelskiej pustyni. Podpisali bez słowa i wahania.     Postawiłem stopę  na pierwszym marmurowym schodku  prowadzącym do drzwi na zachrystię, gdy te rozwarły się szeroko  i zanim jeszcze  próg przekroczyła jakakolwiek osoba, dało się słyszeć przeciągły  i niesamowicie głośny płacz niemowlęcia. Widać płakało już długo. Chrypło i spazmatycznie łapało  zbawczy oddech.     Przez drzwi wszedł ksiądz  w o dziwo czarnej szacie, jakiej jeszcze nigdy w kościele nie widziałem. U jego boku jak mały, wierny pies kroczył ministrant ubrany tożsamo w czarną komżę, haftowaną  w jakieś dziwne litery i wzory, których znaczenia nie znałem. Za nimi wyszli do nawy rodzice dziecka. Ojciec, brunet o dość ciemnej karnacji, niski i chuderlawy,  trzymał w dłoniach zawiniątko z dzieckiem.     Małżonka jego była aniołem  i to nie tym z nieba a z piekła męskiego pożądania. Wyższa nawet ode mnie. Jej błyszczące, niebieskawymi refleksami, krucze włosy, ciągnęły się za linie, kuszących, pełnych bioder. Oczy z turmalinową głębią  wbite były daleko w przestrzeń przed sobą,  jak gdyby oglądały piękno  oddalonych o millenia galaktyk. Suknia była prosta i sięgająca ziemi. Tren ciągnął się za nią jak mój wzrok. Blade, odsłonięte plecy  z mocno zaznaczonym  pod skórą kręgosłupem  a pod nimi zapięcie sukni. Zamek schodzący w dół, prowadzący na zatracenie zmysły. Był bramą do  niewysłowionych rozkoszy jej ciała.     Jeden raz tylko odwróciła wzrok  by spojrzeć właśnie na mnie. Blado się uśmiechnęła. Przez potok łez. Bo właśnie przedziwne było to, że podobnie do dziecka, ona też zalewała się łzami. Była załamana i dojmująco smutna. Załamana ale i złamana. Pogodzona z losem. Widać trafiłem na chrzest  a czułem się tak jakbym oglądał pogrzeb.     Za nimi weszła ostatnia postać. Kobieta wyglądająca jak siostra matki dziecka Równie wysoka, piękna ale zimna. Jak głaz. Dało się to wyczuć natychmiast. Znałem ten grymas. Znałem ten wzrok. Bezlitosny i pogardliwy. Ja używałem go na codzień i ona widać też. Omiotaliśmy się nim nawzajem, jak dwa nadrzędne drapieżniki. Zabrakło jedynie warkotu i szczerzenia kłów. Demon zawsze wyczuję drugiego demona.   Wcześniej umknęło mi to, że co prawda przed ołtarzem nie było wyczekiwanej przeze mnie trumny, lecz zamiast niej stała tam kamienna, obszerna, owalna chrzcielnica. A więc faktycznie trafiłem na chrzest. Dziwny chrzest.     Postaci zebrały się wokół chrzcielnicy. Woda w niej z pewnością nie była święconą. Była lepka, gęsta i zupełnie nieprzejrzysta. Czarna jak polarna noc.     Ksiądz nachylił się do ucha matki  i zadał widać jakieś krótkie pytanie. Ta pokiwała głową i… wskazała na mnie.     Wszyscy wbili wzrok  w moją nieruchomą postać na schodku. Wreszcie ksiądz przerwał niezręczną ciszę. Czyli pan jest chrzestnym? Proszę podejść bliżej. Zaczynamy.     Jego słowa były chyba ponurym żartem. Ja chrzestnym!? Wykluczone proszę księdza. Ponad dziesięć lat temu składałem apostazję, zresztą wcześniej  i tak nie miałem bierzmowania. To nieistotne teraz drogi Panie. Dziecko musi mieć ojca chrzestnego. Ziemskiego opiekuna swych praw. Błogosławię Pana do tej roli. Proszę podejść.     Ja przyszedłem tu na pogrzeb! Kiedy odbędzie się pogrzeb  zaplanowany tu na godzinę jedenastą? Chcę wiedzieć tylko tyle i już mnie tu nie ma. Ksiądz nie dał się zbić z tropu. Ta świątynia nie prowadzi  mszy pogrzebowych,  tylko chrzty i komunie święte. Został Pan wybrany na ojca chrzestnego, chyba Pan teraz nie odmówi dziecku?     Jak to nie prowadzicie pogrzebów?! Od kiedy?! Byłem tu wielokrotnie na pogrzebach, na ślubie też,  ledwie w zeszłe lato. Teraz powołujemy jedynie nowych wiernych, chrzcząc ich i nadając im imię. Niech Pan nie robi scen w domu Bożym i stanie w swej roli dla dobra tej dzieciny.     Chyba ksiądz mnie nie zrozumiał. Nie jestem katolikiem  ani nawet chrześcijaninem. Przyszedłem na pogrzeb bo tak trzeba, ale nie mogę brać udziału  w żadnym chrzcie ani w liturgii. Z szacunku do Was wiernych  jak i swoich przekonań i wiary. Jestem rodzimowiercą. Wierzę w duchy, demony i magię. Tą najczarniejszą również. Praktykuję ją na codzień. Modlę się do swojej patronki. Przenajświętszej Śmierci. Nie o łaski dla mnie  a o zemstę, sprawiedliwość  i śmierć dla moich wrogów. Więc przepraszam  ale będzie ze mnie kiepski chrzestny. Idealny.     To jedno słowo rozcięło ciszę jak nóż. A padło z ust chrzestnej matki. Dalej patrzyła na mnie drapieżnie i dziko. Jest Pan idealny dla mnie  jako Pana chrzestnej partnerki  i dla rodziców małej. Proszę się zgodzić. Wyciągnęła ku mnie dłoń  w zapraszającym geście.     Oszalałem widać, lecz dałem za wygraną. Przeszedłem w ich stronę i złapałem jej dłoń. O dziwo była ciepła  a wręcz lekko spocona i gorąca. Ale gdy ścisnąłem ją troszkę mocniej, nie wyczułem pulsu tam gdzie zwyczajnie powinien odbijać się echem serca w żyłach. Spojrzałem na nią z bliska. Teraz już uśmiechała się szczerze  ale nadal zimno. Z profilu przypominała  kapłanki Świętej Śmierci a może sama nią była. Jeśli nawet tak było, to już nie bałem się. Bezbronnemu nie grozi kara.     Ksiądz spojrzał na mnie  i zwrócił się tymi słowami. Na chrzcie świętym nadano Ci imię skały  na której miałeś zbudować kościół. Ty zbudowałeś go  a potem doszczętnie zrujnowałeś  a na końcu spaliłeś. Przyjąłeś demona do swego serca  i nadałeś mu imię tego,  który pomagał dźwigać krzyż na Golgotę. Bo on pomaga Ci dźwigać ciężar żywota. Wyniosłeś go  ponad wszelkie stworzenie i uczucie  byś już nigdy nie wrócił  do postawy człowieka. Wezwałeś święte oblicze Śmierci  do swego życia  aby oddawać jej hołd  i uciec pod Jej protekcję. Ona chroni Cię od wrogów  i zadaje im krwawą sprawiedliwość. Stałeś się ambasadorem Jej praw. Piewcą Jej chwały. Jej wilczym omenem,  który wykonuje Jej nieomylne wyroki. Godnym jesteś kapłanem  by nadać imię temu dziecku. A wtedy mechanicznie wręcz wyrzekłem A więc niech przyjmie imiona. Angelisa Angela Luna Sol de Muerte.     Dzwonnica rozgorzała  potęgą spiżowych dzwonów. Ksiądz zanurzył dziewczynkę we krwi. Już nie płakała. Miała zimne, czarne oczy śmierci. Wyrośnie na piękna kapłankę. Ministrant trzymał w dłoniach złoty pucharek  z komunią w środku. Były to szczątki ciała wrogów  umoczone we krwi. Rozdał je pośród zebranych. Każdy dopełnił ofiary. Wiążąc zaklęte w nich dusze Na wieki w potępieniu.                          
    • @Proszalny  ... lubię patrzeć wychodząc do pracy na sukienkę wiszącą na krześle    myśli blisko anatomii rozgrzewają... ... Pozdrawiam serdecznie  Miłego dnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...