Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

 

 

Zanim światło popełniło siebie,
nicość była doskonała.

Nie czarna.
Nie pusta.
Bezbłędna.

Milczenie nie było brakiem dźwięku -
było pełnią bez potrzeby odbicia.

Czas?
Czas jest wiecznością która zaczęła się zużywać.

Nieskończoność przegryzła się
na sekundy.

Pierwsze pęknięcie
nie było wybuchem.
Było wahaniem absolutu.

Nicość spojrzała w siebie
i zobaczyła zarys twarzy.

Równowaga nie utrzymała się sama.
Powstał Błąd.
Nie słowo.
Nie myśl.
Rozszczelnienie.
Z niego wyciekła przestrzeń.

Skończoność -
zmarszczka, której nie da się wygładzić.
Z tej zmarszczki zapaliły się gwiazdy.
Nie świecą.
One się spalają,
żeby trwać chwilę dłużej.

Materia jest opóźnieniem rozpadu.

Energia - jego przyspieszeniem.

A potem otworzyło oczy coś,
co nie powinno mieć oczu.

Człowiek.

Hipoteza sensu
w świecie bez pytania.

Przypadek, który nauczył się mówić "jestem”
w próżni bez odpowiedzi.

Patrzy w niebo.
Niebo milczy,
bo milczenie jest jego naturą,
nie okrucieństwem.

Oddycha.

Ciało odmawia nicości posłuszeństwa.

Kocha.

Świadomość próbuje przeciec wolniej.

Pisze,
żeby w nieskończoności powstała rysa.

Każde zdanie
-  zakłócenie w idealnej ciszy.

Każde "ja”
- bunt pyłu, który zrozumiał, że spada.

Wszechświat nie jest świątynią.
Jest procesem.

Światło komplikuje się, żeby dłużej umierać.

A jednak
w tej maszynie przemian
pojawia się coś,
czego nie przewidziała żadna stała.

Czułość.

Dwie skończoności
uznają się za konieczne.

I w tej sekundzie
nicość traci symetrię.

Cofa się
nie o przestrzeń -
o możliwość.

To nie zbawia kosmosu.
Ale zmienia jego rachunek.

Jesteśmy jedynymi bogami, których stać na luksus umierania.

Bo wieczność
niczego nie ryzykuje.

My - wszystko.

Może więc Bóg
nie jest początkiem.

Może jest skutkiem.
Drżeniem materii,
która zbyt długo patrzyła w siebie.

Jestem.

Nie wiem.

Świat we mnie spala się,
bo tylko spalanie daje światło.

Nie szukaj sensu w neuronach.
Tam są reakcje, które nie wiedzą, że coś znaczą.

Sens powstaje
między jednym lękiem
a drugim oddechem.
Między dłońmi.
Tam, gdzie dwie kruche formy
zgadzają się umrzeć
wzajemnie rozpoznane.

I wtedy
nicość musi się cofnąć.

Nie dlatego, że przegrała.

Dlatego, że po raz pierwszy
nie jest sama.

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Migrena

...

nieskończoność 

błądzi w nicości

drobne fale 

na powierzeni 

spoglądają w niebo 

próbują odnaleźć 

sens poszukiwań 

złudzeń 

 

kiedyś 

się przebudzą

 

najbliższy sens 

jest w nas 

dalej 

dalej Boży ład 

kiedyś poznamy 

nie tylko wiarą 

 

może nawet 

zrozumieniemy

...

Pozdrawiam serdecznie

Miłego dnia 

Opublikowano

@Robert Witold Gorzkowski

 

raczej nie.

 

starałem się przedstawić odwrócony proces kreacji.

 

anty-geneza tradycyjnych opisów stworzenia.

 

nie prowokacyjny wobec teorii Boskiego stworzenia świata, tylko ukazujacy stworzenie z przesuniecia  perspektywy.

 

to jest anty-geneza, ale w znaczeniu twórczego namysłu, nie negacji.

 

to kosmogonia bez kazania .

 

 

 

@andrew

 

Twój głos to świetne forum do rozmyslań.

 

do poszerzenia widzenia poza horyzontalnego wobec teorii zaprzeczeń Boskiemu ładowi.

 

dzięki wielkie :)

 

Opublikowano

@Migrena

 

Ten utwór to niezwykle gęsta, filozoficzna próba przepisania mitu o stworzeniu świata na język fizyki, egzystencjalizmu i czułości. 

Odwracasz tradycyjną wizję Genesis. Stworzenie świata nie jest tu triumfem światła, lecz „popełnieniem siebie” - rodzajem ontologicznej pomyłki. Doskonała nicość - zanim powstał świat, panowała pełnia, która nie potrzebowała świadka ani odbicia. Czas i przestrzeń nie są darami, lecz objawami „zużywania się” wieczności. Materia jest tylko „opóźnieniem rozpadu”.

Pojawienie się człowieka w wierszu jest przedstawione jako coś niemal nielegalnego - „coś, co nie powinno mieć oczu”. Nasza świadomość to „rysa na nieskończoności”. 

 

Najważniejszy moment wiersza, gdy sugerujesz, że w bezdusznym mechanizmie wszechświata pojawia się coś, czego „nie przewidziała żadna stała” - Czułość.

Kiedy dwie skończone, śmiertelne istoty uznają się za „konieczne”, nicość traci swoją potęgę - przestaje być jedynym punktem odniesienia.

 

"Jesteśmy jedynymi bogami, których stać na luksus umierania" - to paradoksalne stwierdzenie - bogowie (wieczność) nic nie ryzykują, więc ich istnienie jest „tanie”. Nasze istnienie ma wartość, bo ryzykujemy wszystkim.

 

Proponujesz fascynującą, odwróconą teologię:

"Może więc Bóg, nie jest początkiem. Może jest skutkiem."

 

To człowiek, poprzez swoją zdolność do nadawania znaczeń, „stwarza” boski pierwiastek w pustym kosmosie.

Wiersz kończy się bardzo konkretną wskazówką: sensu nie znajdziesz w biologii („w neuronach”) ani w wielkich teoriach. Sens jest międzyludzki.

Jesteśmy „błędem” w idealnej ciszy wszechświata, ale to właśnie ten błąd sprawia, że światło w ogóle ma po co płonąć.

 

Mocny i świetny tekst, dużo pięknych metafor i jeszcze więcej filozofii, w tym  koncepcji ex nihilo.  Fascynujący! 

 

Pozdrawiam. :) 

Opublikowano

@Berenika97

 

Bereniko.

 

cóż mam powiedzieć ?

 

fascynujesz mnie intelektualną głębia swoich analiz.

 

jesteś wspaniałą interpretatorką dusz wierszy.

 

to co robisz jest genialne.

 

a to, że jesteś tak serdecznie życzliwa do moich tekstów......

 

uśmiecham się z wdziecznością do Ciebie :)))

 

przepraszam za kolokwializm ale uśmiecham się pełnym pyskiem :)

 

 

dzięki Nika :)

 

ściskam :)

 

 

 

 

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Pozwól mi zagrać w twoim filmie jako aktor pierwszoplanowy  gdzie wybuchną uczucia namiętne łącząc serca na planie filmowym   zagramy przed kamerami dusz licząc na miłości nagrodę bez wstydu razem autentyczni z ekranowym pocałunkiem   improwizując bez scenariusza niech miłość będzie reżyserem a nasze ciała jak dwa ubrania stworzone dla siebie na miarę   pozwól mi zagrać w twoim filmie
    • @Poet Ka ... malarstwo poezja  rzeźba ... sztuka  dziś ... bardzo wstydliwa    nie tylko rzeczywistość  sobą zakrywa    im mniej pokaże  tym ją szybciej  stawiają na ołtarze  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • „Gortatów – dom wakacji” – 5   Do tej obory garaż był dobudowany. Stał tam motocykl „Jawa”, rzadko używany. Często, jak nikt nie widział, to na nim siadałem i po całym świecie sobie podróżowałem.   Pędziłem drogami, czasem nawet latałem. Kulę ziemską chyba sto razy objechałem. Przez świat mnie prowadziły stare okulary, które upiększały mego świata rozmiary.   Zakurzony, stary kask na głowę wkładałem, odgłos silnika wargami wytwarzałem. I ruszałem z piskiem opon, na jednym kole, w trasę po tym naszym, ziemskim całym padole.   Zwiedziłem świata kawał tymi podróżami. Wakacje w marzeniach, z zamkniętymi oczami. Motocykl stał zepsuty z jakiejś tam przyczyny, ale ze mną objeżdżał świat w ciągu godziny.   Świat, który zwiedzałem, był inny od naszego. Nie wiedzieć dlaczego, widziałem go lepszego. Był słodko-kolorowy, ludzie lepiej się mieli, byli uprzejmi, uśmiechnięci i weseli.   Kiedy padał deszcz, na motorze się bawiłem, albo też na strych dużego domu wchodziłem. Do gołębi się wspinałem, aż na piętro trzecie, bo wszędzie mnie nosiło tam, z tych nudów przecież.   Dom był wysoki, a schodów już tam nie było, więc na ten poziom po drabinie się wchodziło. Tam były gołębie i gołębie pisklęta. Gołębnik bardzo wielki, na całości piętra.    I znów były tam półki i gniazd niezliczenie, i przepięknych gołębi całe zatrzęsienie. Były te bojące się, co na jajkach siedziały, i te, które pisklęta sobą zastawiały.   Wchodziłem tam często, kiedy deszcze padały. Gołębie na zewnątrz wtedy nie uciekały. A było ich tak dużo, jak w mrowisku mrówek, siedziały i dbały o swój cały przychówek.   Niektóre dotknąć piskląt swoich pozwalały,  inne mnie odważnie skrzydłami przeganiały.  Nieraz na ubraniu kupami mnie zbrudziły, nie żeby ze złości – po prostu się załatwiły.   A tych kupich łajenek było wszędzie pełno, na podłodze warstwa – z pół metra na pewno! I ten zapach tak dziwny, nawet nie śmierdzący, w nosie jakby szczypiący, a w oczach kłujący.   Po tym, jak się wyszło na powietrze świeże, to aż tchu brakowało w świeżości plenerze. I nikt nic nie tłumaczył, co i jak, i dlaczego. Przeżycia te pamiętam do dnia dzisiejszego.   – cdn.   Leszek Piotr Laskowski.
    • Ładnie namalowane słowem

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Charismafilos tam to już zahacza o wieśniarstwo

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...