Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Leżysz zdrętwiały w wilgotnej pościeli

Martwa ofiara, można by pomyśleć 

Lecz jeszcze tli się życie w twoim ciele

Łza ci wędruje przez wklęsłość policzka

Przywłaszczyli cię sobie brutalnie

Pogwałcili godność twej duszy i ciała

Ludzką istotę porzucili na twardej glebie

Aby samotnie tam umierała

Pomszczę cię, mój królu, to ci obiecuję!

Być może nie sam, a z czyjąś pomocą 

Lecz teraz siedzę przy tobie i zaklinam czule

By twój ból odszedł wraz z kończącą się nocą

Cicho mówię do ciebie, ty zdajesz się być głuchy

Strzaskany, zamknąłeś się w sobie 

Słodko-gorzki rąk bezwład i włosów miękkie puchy

A cisza jak w grobie

Składam na twojej piersi ołtarzu 

Ciepło i światło mojego dotyku

Nie odrywając wzroku od skamieniałej twarzy 

I pierwszego na niej słońca promyka

Wtem ktoś puka do drzwi, ciekawy nieszczęścia

To przyjaciel twój stary, otwieram mu w półśnie

Dzieląc się z nim tą nieśmiałą nadzieją

Że kiedyś jeszcze zobaczę twój uśmiech…

Opublikowano

@Cyjan

 

To bardzo ciekawy wiersz, przejmujący i intymny. Zapis czuwania przy kimś ważnym dla Ciebie.  Metafora "martwej ofiary" oddaje stan między życiem a śmiercią. Zwrot - "mój królu" – to określenie pełne czułości, ale też desperackiej próby przywrócenia godności komuś, kto został jej brutalnie pozbawiony.

Końcowa "nieśmiała nadzieja" na uśmiech jest poruszająca właśnie przez swoją skromność - nie oczekuje się cudu, tylko powrotu do najprostszego ludzkiego gestu. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...