Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dotykaj mnie słowem tylko nie za mocno
mam wrażliwą głowę głaszcz myśli delikatnie
jeśli błędy zrobię popraw dłonią pomocną
owinę się w kokon jeśli krytyka spadnie

bądź wyrozumiały każdy ma dni gorsze
czasem płaczę rymem pośród ciszy wersów
leję się jak woda piorąc brudną duszę
jestem nagim wierszem w saunie krytyków

jeśli nie zrozumiesz czytaj mnie na nowo
tylko nie torturuj posępną literą
wiersze to uczucia czuje każde słowo
chowają się w szafie przed silną krytyką

trzęsą się ze strachu gdy są gdzieś czytane
pocą im się wersy z atakiem paniki
przeżywają strofy czytanie bolesne
do snu ułożone żyjące tomiki

Opublikowano

@Toyer

To może od tej strony, bo różne szkoły są. Były takie fora, gdzie krytyka była bezlitośnie brutalna, ale przynosiło to dobre efekty. Krytyka by zdeptać, a konstruktywna informacja zwrotna to też dwie różne rzeczy. Obu warto doświadczyć żeby nie lewitować parę centymetrów nad ziemią w przekonaniu o własnej doskonałości.

Opublikowano

@hollow man Masz rację krytyka też jest potrzebna - ale nie taka co wbija w glebę - zwłaszcza na początku drogi pisania - przydaje się ta konstruktywna - tylko jest jeszcze trzecia strona - jak ona jest przyjmowana - krytyki nie uniknie się w żadnej dziecinie sztuki - tyle opinii ile ludzi -  główny zamysł krytyki powinny być taki żeby przez nią się uczuć 

Opublikowano

@Toyer

 

Niezwykle intymna metapoezja, w której wiersz staje się czującym, cierpiącym ciałem. "Dotykaj mnie słowem tylko nie za mocno" - od pierwszej linijki ustanawia się relacja bliskości i zagrożenia. Poezja jak skóra, która może zostać zraniona.

Krytyka literacka staje się fizycznym doświadczeniem - może być pieszczotą albo torturą. "Brudna dusza", "czysta woda" - sugerują oczyszczenie przez pisanie, ale też wystawienie na ocenę jak nagość w łaźni.

Najciekawsze wersy to - "chowają się w szafie przed silną krytyką, trzęsą się ze strachu gdy są gdzieś czytane". Paradoks poezji - pragnie być czytana, ale każde czytanie to trauma. "Atak paniki", "czytanie bolesne" - hiperbola, ale też prawda o wrażliwości twórcy.

Opublikowano

Na krytykę trzeba być jednak uodporniony, bo dzięki niej można rozwinąć warsztat, czy unikać popełnionych raz błędów. Reakcje autorów są jednak różne. Niedawno autorowi limeryka zwróciłem uwagę, że to nie limeryk, a odpisał, że poezja to nie matematyka. OK, dla mnie nie ma problemu. Osobiście jestem wdzięczny osobom, które pochylały się i nadal pochylają nad moimi tekstami, co zabiera czas, a napisanie paru sensownych słów tym bardziej.

Czym innym jest krytyka ad personam, której niekiedy jestem świadkiem, a czasami, na szczęście rzadko, także celem. Jest to zwyczajne chamstwo i z krytyką nie ma nic wspólnego. 

Pozdrawiam. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @iwonaroma No i tak to czasem bywa z czasem. A niech tam sobie zostanie w wierszach.  Iwono, bardzo gustownie spięłaś słowem jak broszką, winszuję :) A huśtawka wytrzyma?
    • @Arsis    piękno, smutek, symbol,   forma graficzna - która mi się podoba    i tak zwane lśnienie (promyk - idąc za L.M.Montgomery)  
    • @Gra-Budzi-ka Oj,

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      jakie fajne! 
    • @Poezja to życie   oby perfekcyjnie zabijał ! I bezboleśnie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      pozdrawiam !
    • Przechodzą cicho, mając przeszklone spojrzenia. W przedpokoju. W pokoju. W noc ciemną i tkliwą. W noc majową. W pełną szumiących liści, pełną drzew, gałęzi, podziemnych korzeni.   I w tę noc podążają moje złudy, widma… Te moje odwieczne i wciąż milczące od lat pięćdziesięciu chore iluminacje.   Przepoczwarzają się. To znów nieruchomieją. Ale są. I płyną naprzeciw obłokom bez-szepnie. Albo szepczą jak wiatr na przekór milczenia. Albo stwarzają się od początku. I znowu. I wiecznie…   Dręczy mnie ta struna. Zaciska się coraz ciaśniej.   W bolesnym skowycie powolnego rozpadu.   W progu uchylonych drzwi leży zakurzone truchło jakiegoś ptaka. Szkielet obsypany piórami. I ten szkielet podobny raczej do szkieletu człowieka, lecz z białą podłużną czaszką i z otwartym w jakimś zastygłym grymasie dziobem.   I z czarnymi oczodołami niewidzącej śmierci. Tej samej, która naznaczyła spojrzenia mojej matki i ojca, kiedy ich oczy wyrastały z czarnej, błotnistej, mokrej od deszczu ziemi. Wyrastały jak kiełkujące pąki jakiejś melancholii spomiędzy kwiatów białych chryzantem.   A więc rozbił się przed wiekami ten ptak, nie-ptak.   Roztrzaskał w koszącym locie. W gazetach pisano wtedy: to było samobójstwo.   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-05)      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...