Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Idę przed siebie, wiedziona tajemniczym aromatem mego pragnienia. Nigdy nie przepadałam za słodyczami, ale teraz mam ochotę na francuskie ciasto. W końcu nie jest aż tak słodkie, lecz tylko słodkawe ze słonym posmakiem. Do tego ta faktura, doskonała swą niedoskonałością, bez lukrowanych ozdobników, niezwykła w swej prostocie, choć tak pracochłonna i trudna w wykonaniu; prawdziwe dzieło sztuki kulinarnej; w tym kruchym i niepozornie wyglądającym cieście kryje się prawdziwa bomba, wielowarstwowa, energetyczna bomba wielowymiarowa.
Głód, a raczej pragnienie tegoż francuskiego specjału odkryłam niedawno, było ukryte głęboko na dnie świadomości, zagrzebane wśród innych marzeń, zaciśnięte szczękami matrycy wychowania, przysłonięte ciężką kurtyną małomiasteczkowej sceny, porośnięte bluszczem innego pragnienia, pragnienia spełniania oczekiwań, zasianym i pielęgnowanym przez domorosłych ogrodników i krewnych domokrążców.
Teraz już wiem czego chcę; i co z tego?! Nie wiem jaką cenę będę musiała zapłacić.
Czy w otwarte karty można zagrać tylko w burdelu, gdzie wykładając pragnienia, jak przysłowiową kawę na ławę -nie zostaniemy poddani ocenie, lecz tylko koszt wykonania usługi.
Idę wąską brukowaną uliczką, dźwięk stawianych kroków niemal stuka w okna, kobiety wylewające się z nich, zaniepokojone zbliżającą się konkurencją żałośnie krzyczą stare piosenki, ściany pochłonięte odwiecznym skowytem, łkają łuszczącym tynkiem, a niewzruszony bruk obojętnie odbija wszystkie dźwięki. Idę dalej, a wąska uliczka wydaje się zwężać w pasmo wężowej skóry, kusząco prowadzącej ku niebu; kamienie uwodzicielsko hipnotyzują spojrzeniem, które nie ocenia, lecz potwierdza moc kobiecości.
Jest gorący sobotni wieczór, takimi wieczorami tajemnicze drogi mogą zwodzić w ciemne zaułki. W końcu trafiam w znajome miejsce –do winiarni. Natychmiast ogarnia mnie winne pragnienie.
Głód francuski przegrywa z pragnieniem wina, no cóż, chyba jestem uzależniona, zresztą wino zaostrza apetyt, może zapragnę innych specjałów.
Wchodzę do środka, wnętrze jest przesycone przyjazną nobliwą atmosferą. Stare prawdy zewsząd wyzierają wybałuszonymi oczyma. Muszę spojrzeć wreszcie w te oczy. Ceglane mury obnażone bezwstydnie ukazują sypiącą się zaprawę, jednak stanowią stylową całość i tworzą pewien swojski klimat. Wilgoć i chłód przenika ciało, jest w tym jakieś znajome ciepło, a może to przyzwyczajenie/?/ Wyblakła posadzka wyraźnie zmęczona, zwłaszcza w niektórych –często uczęszczanych- miejscach, pod orzechowym kredensem spod warstwy kurzu wciąż błyszczy śladem dawnej świeżości. Stoły naznaczone intarsją minionych lat nadal wiernie służą, lepsze to, niż odrzucenie; z wdzięczności przestały już nawet skrzypieć, miast tego łagodnie mruczą, a może to mieszkające w nich korniki, ciągle drążące w starym drewnie.
-Proszę, wino dla pani- niskim głosem rzekł potężny właściciel, podając szklaneczkę wina.
"In vino veritas" –mówi napis wygrawerowany na szklanej powierzchni.
-Dziękuję, prawda cenniejsza niż złoto –odpowiedziałam- szczególnie wytrawna.
Za tę prawdę zapłacę 11.55

Niebo spowiły ciemne chmury, zostanę więc dłużej i będę delektować się smakiem prawdy. Nie jestem somelierem, ale mogę powiedzieć, że w tej winnej czerni wyraźnie wyczułam znajome nuty: długą pieszczotę słonecznego lata, przyprawioną aromatem cedru i korzennych woni; w tej mocnej i ciężkiej niemal -winnej esencji, jak piorun burzowy -zwiastujący jeszcze mocniejsze doznania -pobrzmiewa odrobina świeżości...zmielonego czarnego pieprzu, złagodona subtelną ledwo wyczuwalną słodyczą malin. Kompozycja doskonała, intensywna i długo utrzymująca się w ustach, zaskakująca nagłym cierpkim posmakiem czarnej porzeczki!
-Kto do pokerka?- krzyknął staruszek z sąsiedniego stolika, z wdziękiem tasując talię kart.
To trudna gra, szczególnie dla kogoś, komu trudno powstrzymać gejzer emocji i zapanować nad zmysłową galopadą; to wyższa szkoła jazdy, szkoła powściągliwości i akceptacji, gdzie gramy kartami rozdanymi przez kogoś, starając się zachować spokój.
Uwielbiam szachy, w nich, życie królewskich figur zależne jest od naszych posunięć, a wygrana wydaje się leżeć -nie w sprytnych rękach, a w lotnym umyśle, to wszytko daje poczucie panowania nad sytuacją; jasną i klarowną, jak czarno na białym.
Nagle jeden z pokerzystów wstaje z furią wymachując rękoma.
-Stary, jutro się odegrasz- pociesza go sąsiad. Przegrał zegarek, może wkrótce się okaże, że wygrał. Czas nie odmierzany płynie wolniej i nasiąka beztroską, a czyż to nie jest bardziej cenne.
-Leon zawsze przegrywa, nie ma szczęścia w kartach- rzekł nowy właściciel Patka
-Ale ma szczęście w miłości- odezwał się właściciel –od lat z tą samą kobietą, a jaki szczęśliwy, jacy oni szczęśliwi –powtórzył ciepło z gorzkawą nutką zazdrosci.
Starsi panowie wychodzą razem, pora na kolejny odcinek wenezuelskiego tasiemca, przynajmniej będą mogli pooglądać piękne kobiety, bez wyrzutów swych żon.
W tym momencie weszło czterech młodych mężczyzn. Ja zawsze wygrywam –pomyślałam- a w miłości wciąż szukam odpowiedniej strategii, jednak miłość to bestia nieprzewidywalna, trudno ją okiełznać i z nią pogrywać, jeszcze trudniej nie mieć z nią do czynienia.
Zaprosiłam jednego na partyjkę. Wybrał białe, ale pierwszy ruch należał do mnie...ostatni również
-Szach i mat, po raz drugi- zauważył po długiej chwili
Przegrał dwa razy i dwie kolejne szklaneczki.
-Panowie, może zagramy symultanę, gramy o moje majteczki- odważnie rzucam wyzwanie, ośmielona dużą ilością wina. Wszyscy z ochotą podjęli wyzwanie, widząc małą rozweseloną lalkę w szpileczkach wciśniętą w małą czarną.
Jeśli przegram będzie nadzieja na miłosne zwycięstwo. Mój tata wygrał mamę w partii szachów, może więc ja przegram. Tak to już jest z facetami, lepiej niech myślą, że to oni wygrali. Jeden z nich nie chce ze mną grać. To prawdziwe wyzwanie.
-Nie lubię przegrywać, a słabo znam tę grę- przyznał w końcu
-Więc zagram na ślepo, to znaczy nie patrząc na szachownicę- zaproponowałam szybko
-Ale najpierw skończę symultanę, takiej rozgrywce trzeba poświęcić więcej uwagi- dodałam, myśląc raczej o rywalu, tj. przyszłej wygranej.
-Dobrze, zagramy, ale tylko, jeśli nie przegrasz z nimi- dodał słusznie, w końcu ile par majtek mogłam mieć na sobie.
...
Symultana wygrana –oczywiście, nie wiedzieli, że grają z mistrzynią, a partia grana na ślepo...wygrana, tj. przegrana dla wygranej, tak naprawdę to byłam bez majtek...
-Oj żonko, w końcu przegrasz i będę musiał kupić te gacie, a wiesz, że odsetki będą słone i bolesne- odpowiedział ten, któremu zawsze daję wygrać, po prostu na ślepo mu się oddaję.

Opublikowano

Piękny język- choć trochę denerwują mnie te__ yhm___ szach___mat___. Wiem ,że masz taką manierę, ale chyba to jest jednak zły nawyk.
Czytając ten tekst odniosłem wrażenie, jakbyś skłaniała sie ku poezji. (?)
P.S. Ten facet, chyba rzeczywiście ma anielską cierpliwość... ;-)))

Opublikowano

a wlasciwie, a wlasnie, a jednak, a przeciez, a wlasnie... :(((

Na poczatek wywalilbym a wlasciwie z pierwszego zdania - bedzie mialo sklad i sens.

Dziala na moja wyglodzona strefe seksualna :)

Opublikowano

o tyle mam ciężko coś tu napisać, z tego względu iż jestem półzawodowym szachistą, brydżystą i niestety pokerzystą( ale gram tylko w Holdema na male stawki :) mimo wszystko spróbuję...

Po pierwsze wielkie dzięki. Zrobiłaś mi dobrze tym opowiadaniem. Wiele czasu spędziłem i spędzam przy zielonym stoliku, w papierosowych oparach dymu, przy zapachu wina, wśród pięknych kobiet, z talią kart w kieszeni słysząc brzdęk bilonu. Jeszcze więcej czasu spędziłem przy szachownicy, zagłębiając się w tajniki tej królewskiej gry, najpiękniejszej ze wszystkich.O brydżu nie wspominasz ani slowem, a szkoda :) Mimo to nieumniejsza to artystycznej esencji twojego opowiadanka. Kocham ten klimat. Uwielbiam karty i szachy, nieprzespane noce. Zamyśliłem się czytając ten tekst. Rozmarzyłem się.

Wiem, (domyślam się), że obie gry w twoim lirycznym opowiadaniu są tylko dopełnieniem, motywem przewodnim ale niestety mylisz się. Poker to nie dzieło przypadku, losu czy szczęśliwego trafu. Dużo zależy od umiejętności, analizy, skupienia i opanowania emocji. Poker to konieczność wyboru, podjąć ryzyko czy nie?
Masz rację, że najlepiej być pewnym kto siedzi na przeciwko ciebie, wtedy gra się o wiele spokojniej. Grałem kiedyś z młodą damą kilka lat temu. Wiedziałem, że nie ma szans, dlatego pozwoliłem sobie na nonszalancję i dziesięć posunieć pod rząd wykonałem koniem. Trochę się zarumieniła :)

ale wracając do tekstu...momentami śliczny język, jakbyś malowała słowami. Wolno bez pośpiechu. Wiele pięknych zdań np: "Stoły naznaczone intarsją minionych lat wciąż wiernie służą, lepsze to, niż odrzucenie, z wdzięczności przestały się już nawet skrzypieć, miast tego łagodnie mruczą, a może to mieszkające w nich korniki, ciągle drążące w starym drewnie" albo: "w tej mocnej i ciężkiej niemal winnej esencji, jak piorun burzowy -zwiastujący jeszcze mocniejsze doznania -pobrzmiewa odrobina świeżości...zmielonego czarnego pieprzu, subtelnym ledwo wyczuwalną słodyczą malin złamaną odrobiną goryczy".

Rozpisałem się nieco, ale poprostu pojechałaś mi po emocjach... Wielkie dzięki...szczęściarz z tego gościa..:)

p.s co do win nie jestem wielkim znawcą, ale jako aperitif polecałbym mimo wszystko Vermouthy najlepiej Martini(król win ziołowych) także Campari i zawsze żywe Pernod. Jeśli wina klasyczne to białe mocno wytrawne... Niezły tekst. Pozdrawiam

Opublikowano

Leszku
nie chcę Cię denerwować, więc zmieniłam co nieco
P.S. Tak, ma również coś z anioła...śmierci /.../

Asher
i dzięki Tobie
zmieniłam a little

Piotrze
dziękuję za Twoją uwagę, zrozumienie i tak obszerny komentarz /nie wiem, czy w takiej właśnie kolejności/
no proszę -szachista, ja właśnie zamierzam powrócić do klubu /mam nadzieję, że nadal będą mnie chcieli/
ale najpierw wrócę do tematu.
ponieważ ciągle szukam zmysLOVEj esencji, tj. tego co zapewni miłości ciągłe zmysłów kołysanie; świeżym zapachem, pożądliwym spojrzeniem, niezaspokojonym głodem, smakiem i dotykiem boskości -wciąż odkrywam nowe lądy, miejscowe stany, chwilowe emocje, by przedłużyć życie uczuciu.
w ten sposób w przedostatniej francuskiej wróżbie trafiłam do domu uciech, gdzie karty postawiła tajemnicza Madame de sire, czasem trudno otwarcie mówić czego potrzebujemy, bo nawet sami nie wiemy tego dokładnie.
w każdym razie każda wróżba jest dobra, bo odkrywa przed nami karty...osobiste, jest grą w otwarte karty, zwłaszcza w domu uciech, tam nie bojąc się oceny otwieramy skrywane pragnienia
sądzę, że warto tak właśnie zagrać z partnerem
czarno na białym, czarno z białym, rozpościerać skrzydła, zajmować pozycje i zawsze chronić króla, czasem poświęcić małego piona, a nawet hetmana, ale zawsze w obronie królestwa, albo w celu zwalczenia wroga
jednak muszę przyznać Ci rację
w pokerze tylko początkowo rządzi los
tak samo, jak w związku, potem coś trzeba zainwestować na ślepo, a dalej decyzja należy do ciebie
chyba zmienię fragment o pokerze
wielkie dzięki za wskazanie słusznej drogi
chociaż marzy mi się związek bez gierek
pozdrowionka
najbardziej dziękuję za...chyba Domyślasz się za co /ja też już jestem szczęsliwa, dobrze, że mam krótką pamięć/
uwielbiam Martini, ale nie wiem, czy zasługuję
a opisane przeze mnie wytrawne wino ze szczepu syrah jest trudne do zrobienia, a ja uwielbiam pokonywanie trudności, orzeszki, sery i wytrawne wina
"Syrah jest stosunkowo prosty w uprawie i daje wyższe plony niż Cabernet Sauvignon, dlaczego zatem jest tak mało uprawiany w różnych częściach świata? Jest bowiem o wiele trudniej zrobić dobrej jakości wino z tych gron niż np. z Cabernet Sauvignon. Syrah, podobnie jak dobry Cabernet Sauvignon czy Nebbiolo, potrzebuje czasu aby uwidocznić swój cały potencjał, jednak po jego upływie daje wina potężne i doskonałe"

Opublikowano

...a mi się wydaję, że tak naprawdę w 100% pragnienia możemy zrealizować tylko i wyłącznie w snach...Ktoś mądry powiedział, że sny to odpowiedzi na pytania, których nie potrafimy zadać w rzeczywistości. Dziś naprzykład zostałem we śnie okradziony ze wszystkiego, nawet z tego czego nie posiadam...:( przeraziłem się.... W życiu codziennym pragnienia dryfują na oceanie nadziei, szukają stałego lądu...

a jesli chodzi o Twoją metaforę, to myślę, że owszem, partner powinien jednak zająć miejsce na przeciwko. Stać się na chwilę naszym przeciwnikiem, z którym za wszelką cenę staramy się wygrać a i tak wszystko kończy się remisem...(byle nie patem)...Pytanie tylko czy on jest w stanie zagrać z nami na najwyższym poziomie i czy jest wart usiąść z nami do gry.

ZmysLOVEJ esencji nie ma. Uczucie trwa nie przerwanie między ludźmi do końca pod warunkiem, że są ulepieni z tej samej skóry, są identycznie wrażliwi, emocjonalnie gotowi, pełni nadziei, nieprzerwanie wierni, gotowi na to, by w wieku lat siedemdzięsięciu, usiąść przy kominku, napić się herbaty i patrzeć sobie czule w oczy. Nie ma sposobu na przedłużanie uczuć. Uczucia to my. Wierzę w to.

Pozdrawiam. P.R

Opublikowano

...wyciszam się już (ale pewnie po twoim nastepnym tekscie sie obudzę)...

Jedno jest pewne.

Życie jest nieustannym poszukiwaniem, bo gdyby znaleźć to czego szukaliśmy od momentu narodzin własnej świadomości...po co byłoby żyć?

"miej serce i patrzaj w serce"

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Renato.
Po pierwsze: impresje to wrazenia, odbiór emocjonalny tego, co widzisz. Ty po prostu opowiadasz historię.
Po drugie: nadużywasz pewnych wyświechtanych, banalnych, żeby nie powiedzieć kiczowatych zwrotów. Pierwsze zdanie do kasacji. "Tajemniczy aromat mojego pragnienia" - o mamusiu!...
Dalej również sporo tego typu tekstów.
Do tego niepotrzebny patos (ściana łka itp.). Jeśli dodamy dość łopatologiczne podejście do tematu, i zbyt czytelne metafory - nie jest dobrze.
In plus - pomysł (ale tylko trochę, bo całą sytuacje już widziałąm w filmach, w dodatku hollywoodzkich). Ogólnie - opowiadanie nasuwające skojarzenia co do sposobu narracji z Emmanuelle, a więc literatura popularna, niezbyt wysokich lotów.
Dużo pracy przed Tobą.
Pozdrawiam, j.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

joaxii
Niekiedy emocje i uczucia zaburzają zdolność odbioru rzeczywistości, pozbawiając możliwości dokonania analizy /sytuacji/
Czasem uwagę rozprasza stukot obcasów, wzrok odbiera błyskotka, a pod uliczną latarnią...
Zarówno schematy, jak i rzucanie okiem bardzo zubożają optykę, odciskając ślad na ogólnym wrażeniu

Impresja –to wrażenie, ale jakie
(łc. impressio ‘odcisk, nacisk’) PRZELOTNE, SUBIEKTYWNE wrażenie.
//troszkę głębiej, Joaxii/.../
pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...