Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dotknąłem ramienia Asherotha. Odwrócił się ku mnie.
– Tak?
– Jakie mamy szanse, panie mecenasie?
– Prawdę mówiąc, nieduże. Oskarżycielem w pańskiej sprawie jest Konstantin Siemionowicz Rudkin. Z tym draniem ciężko jest wygrać.
– Co to za jeden?
– Mówię przecież. Oskarżyciel Publiczny.
– To już wiem. Ale kim był kiedyś, kiedy jeszcze…no…
– …kiedy jeszcze żył? Był prawą ręką i lewa dupą towarzysza Lenina. Skład sędziowski też nie jest dla pana optymalnie dobrany: sędzią głównym jest rehabilitowana doktor bezprawia – Ailatan, profesor cyrografii praktycznej Uniwersytetu imienia Belzebuba w Damaszku. Sędziami liniowymi są: magister sztuk tajemnych J.J Kohl i Robertus Cannibalus – mistrz sztuk katowskich, a zarazem były rektor Akademii Katowskiej w Bieczu. Delegatem – obserwatorem (z doradczym prawem głosu) z ramienia PFSO jest Wielki Akwizytor, Ramon d’Aquilaporta-Elpeer.
– A co to takiego, to PFSO?
– Piekielna Federacja Sądów Ostatecznych. W wolnej chwili poinformuję pana o składzie przyzby krzywoprzysięgłych, ale i tu nie ma powodu do zadowolenia.
– Dziękuję. Wlał pan we mnie trochę otuchy. Serdeczne dzięki – ironizowałem.
– Niech pan nie wpada jednak w minorowy nastrój. Przyjmujemy następującą linię obrony: zwalamy wszystko na błędy pańskiego katolickiego wychowania. Jest pan katolikiem?
– Tak, jakby. Trochę...
– Dobrze. Znajomości pacierza sprawdzać nie będą.
– No, to mi ulżyło.
Naszą rozmowę przerwał głośny okrzyk jakiegoś obwiesia w mundurze SS-mana.
– Na pyski! Jego Wysokość Arcyksiążę Piekieł – Lucyfer.
Cały motłoch, z moim adwokatem włącznie padł na twarze. Ja usiłując się pochylić walnąłem czołem w pręty mojej klatki, aż poczułem, że zaczynają mi rosnąć rogi, więc się na powrót wyprostowałem. Uchyliła się klapa w podłodze podestu znajdującego się po przeciwległej stronie hali i z otworu, na ruchomej platformie zaczęła się wysuwać budząca grozę postać Księcia Ciemności. Nie wiem, czy tu, u nich właśnie nadchodziła zima, czy wiosna, ale nawet z tej odległości zauważyłem, że linieje. Ale, może – po prostu ze starości... Powoli przeszedł kilka kroków i zajął miejsce na przeznaczonym dlań tronie. Zgromadzeni podnieśli się i chórem wyskandowali: Antychrist bless the Prince.
Ja natomiast postanowiłem pójść na całość i, kiedy umilkł gwar diabelskich głosów zawołałem:
– Cześć Lucek! Jak się masz?
Lucyfer zazgrzytał zębami, zaryczał straszliwie i wyrwawszy widły z rąk jednego z gwardzistów (jak potem się dowiedziałem – szwabskich) cisnął nimi w moją stronę. Widły w jakiś niepojęty sposób prześliznęły się pomiędzy prętami klatki, chybiły jednak celu – strąciły jedynie cylinder z głowy jednego z bliźniaków. Dojrzałem na niej dodatkową parę – dla odmiany – jelenich rogów. Gawiedź wybuchła gromkim śmiechem, a ja nie mogłem sobie darować odrobiny szyderstwa i, trącając go w bok, rzekłem:
– Ty, jednojajowiec! Te rogi, to jeszcze z ziemi, czy dopiero tutaj przyprawiła ci je twoja ukochana?
– Czekaj no ty! Tylko wyjdziemy z sądu, to tak ci dam popalić, że mnie na całą wieczność zapamiętasz.
– Nie strasz. Przy twoim ptasim móżdżku, za pięć minut zapomnisz o wszystkim. A propos, masz może co zapalić?
Pogrzebał w kieszeni portek i wyjął z niej duże pudło pełne skrętów.
– Masz, jaraj. Może ci zaszkodzą...
– Zaszkodzą? – zarechotałem. – Przez całe życie mi nie szkodziły, a teraz, gdy już nie żyję miałyby mi zaszkodzić. Puknij się w ten swój pusty łeb, to może kolejna para rogów ci wyrośnie.
Zwróciłem teraz wzrok w kierunku, stołu, za którym zasiadał skład sędziowski. Środkowe miejsce zajmowała diablica ze szczątkowymi śladami przekwitłej przed setkami lat urody. Na oczach miała dwie pary okularów, a z jej szyi zwisał łańcuch, jakim zwykło się przywiązywać krowy. Na końcu łańcucha był przymocowany, wykonany z jakiegoś dziwnego lśniącego luminescencyjnym światłem, przypominającym blask starego, czarno – białego telewizora wisior, w kształcie pentagramu. Na głowie miała spiczasty kapelusz czarownic, przyozdobiony cekinami, sowim piórem oraz rozpostartymi skrzydłami nietoperza. Między zębami trzymała wielką fajkę, kopcąc z niej niemiłosiernie. Aż na mój koniec sali dochodził smród marychy. Jej dwaj pomagierzy wyglądali, jakby dopiero co wyleźli ze śmietników, w których poszukiwali czegoś mocno nadpsutego do zeżarcia. Asheroth objaśnił mnie szeptem, że mały, to J.J.Kohl, a wielki – Robertus Cannibalus. Spojrzałem jeszcze w kierunku oskarżyciela – elegancki wymuskany, pod krawacikiem, ale w jego ślepiach dostrzegłem błyskawice, mordę zaś wykrzywiał ironiczny uśmiech – o ile ten grymas w ogóle można by określić mianem uśmiechu. Chyba jako jedyny spośród obecnych na sali nic nie palił, co chwilę natomiast demonstracyjnie rozpylał z ciśnieniowego pojemnika wokół siebie chmurkę jakiejś substancji.
– Odświeżacz powietrza o zapachu krowiego łajna – zwrócił się do mnie Asheroth.
Sędzina uderzyła młotem w stół.
– Zamknąć mordy! Głos ma prokurator.
Rudkin wstał ze swojego miejsca, wysmarkał się na podłogę i rozpoczął swoją przemowę:
– Pierdolony trybunale i ty, ochujała przyzbo krzywo przysięgłych...
W oczach sędziów i dwunastu gniewnych diabłów dostrzegłem wyraz uznania.
– No widzi pan – zwrócił się do mnie Asheroth – od razu uzyskał przewagę. Trudno mi będzie wymyślić bardziej efektowne wejście. Może pan ma jakiś pomysł?
– Coś pokombinuję.
– ...celem niniejszego posiedzenia trybunału – kontynuował oskarżyciel – jest osądzenie i skazanie tego marnego oszusta, którego widzicie siedzącego w naszym Homoo...
Przestałem słuchać. Zacząłem analizować całe swoje życie. Jaki właściwie byłem? Na co swoim postępowaniem zasłużyłem? Z zamyślenia wyrwał mnie głos Asherotha.
– Człowieku, ważą się twoje losy, a ty śpisz!?
– Nie, nie śpię, tylko rozmyślam.
– Wychodzi pan za kaucją.
– Kaucja? Ale ja przecież nie mam ani grosza.
– Nie ma sprawy. Założę za ciebie – nieoczekiwanie przeszedł na „ty”.
– Dużo?
– Milion hellarów, to w przeliczeniu na ziemskie pieniądze, około sześćset sześćdziesiąt sześć tysięcy dolarów amerykańskich.
– To kupa forsy! Skąd pan weźmie tyle kasy?
– Człowieku, czy ty masz pojęcie ilu fałszerzy siedzi u nas? Z nudów, nieustannie produkują fałszywki w dowolnej walucie.
– I co, sąd przyjmie kaucję w lewej forsie?
– Oczywiście, że przyjmie. Tutaj wszystko jest diabła warte.
Nabierałem coraz większego szacunku do tego człowieka. Tfu... – diabła.
– Przepraszam, panie mecenasie. Gdzie pan studiował prawo, jeśli wolno mi zapytać?
– W Uniwersytecie imienia Zaułka Łgarza.
– Nie słyszałem, ale to chyba musi być piekielnie dobra uczelnia...
– Najlepsza.
– Padać na pyski! – rozległ się głos woźnego – Jego Wysokość Arcyksiążę Piekieł wychodzi.
Rytuał z początku rozprawy powtórzył się, tyle że w odwrotnej kolejności. Ja jednak postanowiłem się nie podporządkować.
– Do zoba, Lucek!
Tym razem się nie zdenerwował, a nawet uniósł nieznacznie lewą rękę na pożegnanie, czego oczywiście wszystkie diabły trzymające mordy przytulone do posadzki nie mogły zauważyć. Po chwili sala zaczęła się opróżniać. Mój adwokat chwycił teczkę.
– No to nara, panie Leszku – wrócił do formy „pan”.
– Zaraz, zaraz. Mówił pan, że wychodzę za kaucją!
– Niech pan nie będzie taki w gorącej smole kąpany. Muszę najpierw wpłacić kaucję. Za jakąś godzinkę będzie pan wolny.
– No to w porządku. Czekam.
Rzeczywiście, po mniej więcej godzinie Asheroth przyszedł z nadzorcą, który otworzył klatkę, wypuszczając z niej mnie, wraz z Borutą i Rokitą. Moi diabli-stróże pożegnali się dosyć serdecznie, życząc pomyślności. A nie mówiłem, że szybko zapomną?
– Panie Leszku, – powiedział Asheroth – ma pan tutaj adres hotelu i trochę gotówki. Jutro o dziesiątej proszę przyjść na dalszy ciąg rozprawy. Będzie pan siedział obok mnie. Wręczył mi zwitek banknotów i chciał odejść. Aha, niech pan koniecznie kupi jakieś ubranie – przecież nie będzie pan przez cały proces występował w piżamie.
Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie jestem odpowiednio ubrany. Całe szczęście, że nie sypiam nago...
– Fałszywe? – zapytałem, trzymając w garści pieniądze.
– Coś pan? Tam fałszywek nie biorą.
– Dziękuję, panie mecenasie. Będę pana dozgonnym dłużnikiem.
– Dozgonnym?... – uśmiechnął się jakoś dziwnie i odszedł.
Wyszedłem przed halę sądu.
Przed bramą stał jakiś diabeł w mundurze, więc zapytałem go o drogę do hotelu.
– Zapomniałem – odrzekł. – Ale mogę sobie przypomnieć... – spojrzał na mnie wyczekująco.
– Ile kosztuje twoja pamięć?
– Jak od ciebie... – otaksował mnie spojrzeniem – pięć hellarów.
Wręczyłem mu piątaka, po czym uzyskałem dokładną informację, jak mam tam trafić. Udałem się więc we wskazanym kierunku i po chwili znalazłem się na ruchliwej ulicy. Kręciło się na niej mnóstwo diabłów i diablic – wszyscy pijani, lub na chaju. Awantury i bijatyki trwały na każdym prawie rogu. Wtedy ujrzałem tych dwoje: stali trzymając się za ręce i wymieniając pocałunki. Nagle rozległ się głos syreny i po chwili do kochanków podjechała cysterna z migającymi na czerwono kogutami. Z kabiny wyskoczyło trzech mundurowych, w pasiastych krawatach Samoochrony, którzy natychmiast spałowali zakochaną parkę, po czym wrzucili ich do cysterny. Jeden z łapsów podszedł do mnie.
– Dokumenty!
– Nie mam.
– A, to w porządku.
– Jak to, w porządku? – zdziwiłem się. – A gdybym miał dokumenty, to nie byłoby w porządku?
– Widać, że jesteś tu nowy. Oczywiście, że nie. Tutaj nikt nie ma dokumentów. Tylko szpiedzy stamtąd – wskazał kciukiem w górę – mają. Fałszywe, oczywiście. Czyli ktoś, kto ma dokumenty jest szpiegiem.
– Jak to, szpiegują was? Po jakiego czorta?
– No, wiesz, tam bez przerwy wybuchają jakieś rebelie. Anioły ciągle narzekają na nudy i na nienadążanie za trendami mody. Wkurza ich ponadto nieustanne śpiewanie, granie na harfie, a brzmiący cymbał doprowadza ich do anielskiej białej gorączki. Ich szefostwo postanowiło przeprowadzić gruntowną modernizację systemu, ale nie potrafią nic wymyślić, usiłują więc wykraść nasze know-how. Pełno tych szpiegów teraz odsiaduje w naszych więzieniach. I, wyobraź sobie, nawet specjalnie nie narzekają. No, to trzymaj się. Życzę ci przesranej nocy.
Załapałem styl i odrzekłem.
– Ciebie niech też szlag trafi, głupi popierdoleńcu.
Samoochroniarz zasalutował i wsiadł do szoferki. Cysterna odjechała, a ja zacząłem rozglądać się za jakimś sklepem.

cdn
Pierwszą część można przeczytać w dziale "Z"

Opublikowano

Miejscami brakuje myślinków przy dialogach, ale poza tym świetne. Niektóre teksty powalają ze śmiechu. Poprawiłeś mi humora. Piekielnie dobra robota.
Pozdrawiam i czekam na jeszcze :)

Ja się jeszcze dołożę co do tych myslników:

-Nie strasz. Przy twoim ptasim móżdżku, za pięć minut zapomnisz o wszystkim. A propos, masz może co zapalić? Pogrzebał w kieszeni portek i wyjął z niej duże pudło pełne skrętów.

-No to nara, panie Leszku- wrócił do formy "pan".
Zaraz, zaraz. Mówił pan, że wychodzę za kaucją!
Niech pan nie będzie taki w gorącej smole kąpany. Muszę najpierw wpłacić kaucję. Za jakąś godzinkę będzie pan wolny.
No to w porzo. Czekam.


-Zapomniałem- odrzekł.- Ale mogę sobie przypomnieć...- spojrzał na mnie wyczekująco. -Ile kosztuje twoja pamięć?

Opublikowano

ten fr:
-Panie Leszku- powiedział Asheroth- ma pan tutaj adres hotelu i trochę gotówki. Jutro o dziesiątej proszę przyjść na dalszy ciąg rozprawy. Będzie pan siedział obok mnie. Wręczył mi zwitek banknotów i chciał odejść. Aha, niech pan koniecznie kupi jakieś ubranie- przecież nie będzie pan przez cały proces występował w piżamie. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie jestem odpowiednio ubrany. Całe szczęście, że nie sypiam nago...

Opublikowano

Czy Ty zaglądasz mi do kartek? No, bo właśnie ja też szwendam się po niebie i piekle. Z nieba już jest na forum, a drugie "Święty Dem" dopiero będzie. Tam trochę pomieszane, bo i tu i tam. Tak, Twoje piekło jak negatyw nieba. Dobre, pomysłowe. Pozdrawiam.

Opublikowano

diabelnie dobre, choć brakuje mi zapachu asfaltu, ewentualnie lepiku /smoła już dawno wyszła z użycia, wiem coś o tym, to moja branża/
osobiście jestem zmieszana -trochę diaboliczna
boską myślą uskrzydlona -mówię szeptem, może gdzieś się wkręcę
może na granicy prawa, a nawet na linii obrony
/i odleciała bosko trzepocząc rzęsami
diabolicznym chichotem naznaczyła linię ognia/

Opublikowano

dialogi jakby na wspak - i to mi sie podoba, widziec swiat jakby od drugiej strony, to nawet nie jest zło! i ty w pizamie na ławie oskarzonych. pomysł mi sie bardzo podoba!
pozdrawiam

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @bazyl_prost Dzięki. Myślisz, że to oda do braku słów? Czy jeszcze coś innego?
    • trochę by było niebezpiecznie gdyby tak było , pewnie chcesz na Islandię?
    • Stary cenzor Wasyl Aleksiejewicz Srogin siedział za biurkiem i czytał właśnie rękopis, który mu przyniósł do opinii 36 –letni poeta. Wasyl trzymając papierosa w ustach cedził każde słowo, które wypowiadał komentując obszerne dzieło. - No wot , -mruknął w końcu wypuszczając kłęby dymu nosem. - Nawet byłoby niezłe, ale strasznie długie. Nie dałoby się tego jakoś skrócić ? Te zapychacze w wersach w dodatku wszystko psują. Okropna zaimkoza już na samym początku. Kilka zaledwie wersów i co mamy? wszystkie wasze zaimki po kolei : moja, ty, cię, ten ,cię ,twą ,tobie i tak dalej i tak dalej... - Ależ, proszę pana…to jest inwokacja – usiłował się bronić autor. - Proszę mi nie przerywać, bo nigdy się pan niczego nie nauczy –warknął złowieszczo Wasyl i zapalił kolejnego papierosa. Cały pokój po chwili wypełniony był błękitnym dymem o nieprzyjemnym zapachu. - Okropne poza tym są te rymy – kontynuował cenzor – jak wy to nazywacie? Aaa … rymy częstochowskie…. -istna grafomania panie poeto... -w sumie całość do poprawy albo do wyrzucenia. Poeta posmutniał i rzekł zdławionym głosem : - Trudno, skoro się nie podoba panu to pojadę z tym tekstem do Paryża. -Może tam będą innego zdania i mi to wydrukują. - A jedź pan, gdzie pan sobie chcesz – odrzekł Srogin i zawołał sekretarkę. -Taniu , zrób mi mocnej kawy i odprowadź pana poetę. - -Ha ha chciałby być lepszy od naszego Puszkina ! wykrzyknął jeszcze tubalnym głosem. Poeta wziął z biurka Wasyla rękopis i z szacunkiem przy drzwiach się ukłonił.   Za oknem coraz mocniej świeciło słońce. Na drzewach głośno śpiewały ptaki. Piękna była tamta warszawska wiosna . Był rok 1834.  
    • Wulkan, nie kobieta Moje serce płonie przy tobie Wprowadź mnie do serca wulkanu Będziemy miłością w postaci lawy Nie pozwólmy, by ta lawa ostygła, zapraszam na kawę Nadszedł okres gorących dni oraz miesięcy Na Ziemi kwitną czerwone róże, są wulkany, a ty jesteś wyjątkowa Świat obawia się wulkanów, lecz ja się cieszę, że jesteś Wszystkie wulkany na świecie, łączmy siły, wybierzemy się na wizytę Rozpalimy jego serce Czyż nie zbliża się era wulkanów? Otwieram serce dla wulkanów, zapraszam do środka                                                                                                                                                       Lovej . 2026-02-16           Inspiracje . Siła miłości
    • @iwonaroma@Klip@hehehehe@Jacek_Suchowicz  Dzięki za polubienia i fajne zwrotne limeryki . Pozdrawiam.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...