Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tej nocy obudziłem się z poczuciem niezwykłej lekkości, tak jakbym unosił się w powietrzu… Obróciłem się na brzuch i otworzyłem oczy. Rzeczywiście unosiłem się pod sufitem swojego pokoju. Dostrzegłem leżącą na łóżku postać. Przyjrzałem się bliżej. To przecież ja! Zaraz, zaraz… Jeśli tamto na dole – to ja, to kim JA jestem. A jeśli JA jestem ja, to kim jest ten ktoś na dole? Dziwna sprawa… Wygląda na to, że jest mnie dwóch, ale przecież nigdy nie było mnie dwóch. Chciałem się podrapać po głowie, lecz stwierdziłem, że nie mam się podrapać czym, ani po czym. Wtedy, jak grom z jasnego nieba dotarła do mnie prawda. UMARŁEM!. To na dole to moje ciało, a ja jestem duchem. Duchem!? Zatrzęsło mną ze strachu. Od dziecka potwornie bałem się duchów. Szybko jednak doszedłem do siebie. Niby czego mam się bać? Samego siebie? Paranoja. Ciekawe też, dlaczego na mnie padło… Zawsze zdrowy jak ryba, a jeśli kiedykolwiek chorowałem, to z przepicia. Tryb życia to w ogóle prowadziłem niezbyt higieniczny, ale żeby tak ni stąd, ni zowąd…
Moje rozmyślania przerwał jakiś dziwny dźwięk. Dzwon? Nie, nie dzwon. Ale jednak dzwoniący. Kojarzył mi się z moimi pobytami na wsi. Tak, to jest dźwięk studziennego łańcucha. Ale przecież tutaj nie ma żadnej studni.
Pokój z wolna zaczęło wypełniać dziwne światło, które zaczęło formować tunel. Naczytałem się o takich sprawach, więc wiedziałem, że muszę podążyć nim. Ale… Coś nie tak… Tunel ma być ciemny, a na jego końcu powinno być światełko, a tu jest na odwrót. Albo ci wszyscy, którzy gadali o życiu po życiu zmyślali, albo… O, nie! Mam to w dupie! Nie idę! Jednakże jakaś siła zmusiła mnie, bym wstąpił w jasność. Zacząłem się poruszać – zrazu wolno, potem coraz szybciej, aż w końcu z zawrotną prędkością zbliżałem się do ciemnego punktu na końcu świetlistego szlaku. Gdzie tu jest hamulec? – pomyślałem. A poduszki powietrzne? Okazało się, iż te wszystkie urządzenia nie są potrzebne, zacząłem bowiem zwalniać, aż zatrzymałem się przed rozsypującą się ze starości drewnianą bramą, nad którą mrugał wielki neon

LASCIATE OGNI SPERANZA VOI CH'ENTRATE

Może trochę przekręciłem, ale niektóre litery nie świeciły. Co to może znaczyć? Łaciate ognie… nie, liściate ognie. Aha! Liściaste ognie. Znaczy się, palą ogień z drewna drzew liściastych. A dalej… szperanka… szperaczka. Nie, to chyba szperka, czyli słonina, albo boczek. Na tym ogniu pieką boczek. Mniam! Voi… voi. Może wio!? Entrata, to jak enter w komputerze. Czyli: wejdź, a przypieczemy ci boczek na ogniu z drzewa liściastego. Fajnie. Czuję głód – przecież nie zdążyłem zjeść śniadania. Zastukałem w bramę. Nic. Zastukałem mocniej. Nadal nic. Zacząłem pięściami walić z całej siły i krzyczeć, by mi otworzono. Na koniec, ktoś odchylił nieco jedną, źle przymocowaną de-skę.
– Czego!? – warknął.
– Jak to czego? Otwórz!
– Po kiego diabła żeś tu przylazł?
– Wyglądasz na debila i gadasz jak debil. Nie przylazłem, tylko jakaś wasza diabelska poczta mnie tu przysłała. Ja się wcale nie wpraszałem, ale teraz ten tunel, którym przybyłem zniknął.
– No, dobra, – uchylił jedno skrzydło bramy – właź!
Gdy tylko przekroczyłem piekielną bramę, pode-szło do mnie dwóch podobnych do siebie, jak dwie krople wody diabłów. Różnili się tylko strojami – jeden miał na głowie czapkę „krakuskę” i tradycyjne, krakowskie spodnie, drugi zaś – cylinder i porcięta w łowickie pasy. Diabły – bliźniaki… Bracia Kaczkowscy? Bracia Gołodupce?
Widać diabły potrafią czytać w myślach, jeden z nich odezwał się bowiem:
– Rokita i Boruta, do usług.
Chwycili mnie pod ramiona i zaczęli gdzieś prowadzić.
– Gdzież to mnie prowadzicie, panowie?
– No, patrz – Boruta zwrócił się do Rokity (a może na odwrót) – wygląda na inteligenta, a głupi jak anioł. Na sąd, baranie.
Ten baran, to niby mam być ja…
– Ja baran? Coś mi się zdaje, że to nie ja mam ba-ranie rogi, tylko wy – zakute łby.
Wkurzyli się. Jeden z nich (Boruta, lub Rokita) przywalił mi w szczenę, a drugi (Rokita, albo Boruta) dał kopa w klejnoty. Poczułem ból. Skoro mnie boli, to chyba jednak nie umarłem. Nic już nie rozumiem… Kiedy jednak opuściłem wzrok i dojrzałem kopytka, w miejscu moich stóp – pojąłem. Ale nie ma tego złego, co nie wyszłoby na dobre – przynajmniej pozbyłem się grzybicy paznokci. No tak, powoli za-mieniam się w diabła. Powlekli mnie dalej, aż doszliśmy do jakiejś wielkiej, jakby fabrycznej hali.
– Co to za budynek?
– Nie widzisz, że hala? To znaczy – gmach sądu.
– Widzę, ale chodzi mi o to, że odnoszę wrażenie, jakbym go już gdzieś wcześniej widział.
– Patrzajcie diabły! – zaśmiał się Boruta – On ma jeszcze jakieś resztki świadomości. To była jedna z hal w hucie Lenina.
To skąd się tu wzięła?
– Huta Lenina, to było piekło, więc jej miejsce jest w piekle. A co nie podoba się?
– Wręcz przeciwnie – odrzekłem z przekąsem. – It’s beautiful.
– Jeszcze? – zainteresował się ten, który potraktował mnie nogą.
– Co jeszcze?
– Boli fiut?
– Nie o to mi… Tylko odrobinę – nie miałem zamiaru bawić się w tłumacza.
Wciągnęli mnie do środka i zamknęli w klatce. Zająłem miejsce na ławie, a moi „diabły stróże” zasiedli po bokach. Po chwili do ławki znajdującej się przed klatką podszedł jakiś diabeł, o dostojnym wyglądzie, wsunął pomiędzy pręty klatki swą szponiastą łapę i rzekł:
– Jestem Benignus Asheroth – advocatus diaboli. Będę pańskim obrońcą z urzędu. Dodam nieskromnie, iż najlepszym – jedynym zresztą obrońcą w piekle.
Podałem mu rękę.
– Miło poznać, mecenasie. Skoro jest pan jedy-nym obrońcą, to jak pan sobie radzi z całą zgrają dusz potępionych, które niewątpliwie tutaj trafiają. Przecież to musi zajmować sporo czasu?
– I tak, i nie. Czas jest relatywny. To, co pozornie zdaje się trwać długo, jest w stosunku do wieczności tylko mgnieniem oka.
– Rozumiem – odrzekłem, choć, prawdę mówiąc miałem taki mętlik w głowie, że nic nie rozumiałem.
Asheroth zajął miejsce na swojej ławie i zaczął przeglądać stertę papierów leżącą na stole, ja zaś rozejrzałem się wokół. Hala wypełniona była diabłami i diablicami. Te ostatnie różniły się od samców tym, że nie miały rogów. Niektóre unosiły w górę transparenty z napisami o różnej treści. Jedne głosiły, że zasługuję na dno piekieł, inne, bym się stąd wynosił, a jedna ma-ła, dosyć urocza diabliczka nieśmiało podtrzymywała w rękach klubowy szalik z napisem:
LESZEK JEDYNYM PRAWDZIWYM MĘŻCZYZNĄ W PIEKLE!!!
Nie udało mi się z oddali rozpoznać barw klubowych, ale wyglądało to na szalik „DOTYŁU” Kacze Dupy.


Cdn, o ile jeszcze coś wymyślę.
P.S. Mam nadzieję, że nie opierniczy mnie jakiś wielbiciel Dantego.

Opublikowano

Nie chciałem czekać na "P", a poza tym u mnie, od wczoraj nie chce się otwierać- wyświetla sie komunikat o błędzie. Otwiera się, co prawda, na proza.org , ale tm z każdego wpisu wychodzą "krzaki".
Jeśłi uda mi się stworzyć jakąś kontynuację szopki, to pewnie znajdziesz się tam, ty Pedro i jeszcze kilka innych forumowiczów. Na razie nie mam jeszcze pełnej wizji tego opoiadania, ale pisze się... Próbuję zrobić coś z jajem, ale również z głową- a to niełatwe zadanie.

Opublikowano

no Lesiu, pieklo jak trzeba, ale na glownego diabla to juz sie miejsca nie znalazło, co? skoro z ashera(bo sadze ze asherot ma cos z nim wspolnego) zrobils obronce, to ze mnie zrob prokuratora, bo w pelni na to zasluguje...a teaz na powaznie. fajne. ale dalej tez tak musi byc. zadnego pojscia na skroty. ladnie zacząles , to tak samo zakoncz. doprowadziles akcje do miejsca, ktore daje wiele mozliwosci. to jak rozstaje drog...
cdn...

Opublikowano

Na początku myślałam, ze to jakies nudy o podróżach astralnych lub innych, ale zwracam honor nawet podwójnie jak się da :) piekło piękne, i literacko i humorzasto i "plastycznie". Ale to dopiero początek jak sobie myslę...
pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Leszek
od początku czytała z zaciekawieniem- co jest grane? czyżby kabaretowe życie po życiu?
Lekkon napisane, z humorem, przeplatane refleksją kpiarza! echami przeszłości niepewnej przyszłosci i w dodatku okazuje sie ze jesteć jedynym facetem z jajami dla diabliczek- hihihi
i więc twoje super ego jest w porządku- to dobrze!

pozdrawiam

ps. czy doszłą wiadomośc ode mnie? na - prywatne wiadomości -

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Grunt to pomysł. Tutaj dobry pomysł jest. Dobrze operujesz komizmem sytuacyjnym, jak i słownym, dialogi są naturalne, co sprawia, że praca nabiera lekkości. To wszystko sprawia, że narazie tekst chce się czytać. Narazie, ponieważ przy dłuższym tekście (a myślę, że zapowiada się na takowy, gdyż dopiero nastąpi rozwój akcji) trudno utrzymać konwencję początku i zakończyć w tak samo dobrym stylu. Zacząłeś dobrze, co wróży powodzenie. By pisać dalej potrzeba Ci jednak nowej dawki pomysłów i niekonwencjonalnych rozwiązań, które zaskoczą czytelnika. Nie będzie łatwo, bo to ambitne przedsięwzięcie, ale tym bardziej Ci gratuluję, że się na nie zdecydowałeś i czekam na ciąg dalszy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...