Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Ale za nim do nieba to już tu na ziemi warto szukać tego co prawdziwe, a nie ganiać za jakimiś ludzkimi planami, które niekoniecznie do szczęścia prowadzą.

 

Jest wielu bogatych i sławnych artystów, którzy są bardzo nieszczęśliwi, a z drugiej strony wielu biednych, którzy radują się nawet w bardzo niesprzyjającym otoczeniu.

 

To jest właśnie ta tajemnica dana każdemu przez Boga przy urodzeniu, o której później ludzie zapominają. Jezus powiedział "jeśli nie staniecie się jak dzieci nie wejdziecie do Królestwa Bożego". a w innym miejscu "Królestwo Boże jest pośród was lub w  was".  Tylko trzeba to zauważyć i dosięgnąć.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Koncepcja tabula rasa wywodzi się ze starożytności, potem również propagowana przez kierunek filozoficzny zwany empiryzmem.
Obecnie uważa się, że człowiek kształtowany jest zarówno przez geny, jak i wychowanie oraz środowisko.

 

W wierszu mowa jest i o jednym i o drugim. Napisałem go głównie z punktu widzenia jungowskiej teorii osobowości. W momencie poczęcia kształtuje się kod genetyczny wokół, którego powstaje cała reszta. Gdy człowiek przychodzi na świat ma określoną budowę mózgu, która warunkuje pewien zestaw preferencji. Niestety w procesie wychowania ulegają one zazwyczaj zatarciu. 

Ludzie realizują najczęściej nie swoje potrzeby i aspiracje. Nie wiedzą kim są naprawdę. Marketing ma w tym też dużą rolę.

 

Podobnie patrzy na to Biblia, gdzie znajdziemy wiele opisów w których mowa o tym że rodzice zanim się dziecko urodziło wiedzieli już do czego jest ono przeznaczone. 

Jednak to były przypadki wyjątkowe, cudowne, gdy Bóg poprzez swoich posłańców im o tym powiedział. 

 

Typowo jest tak że każdy człowiek sam musi poszukać tego kim jest. Większość z nas nie ma o tym pojęcia, a każdy system bardzo się stara żebyśmy się nigdy o tym nie dowiedzieli.

 

Psychologia oferuje wiele różnych metod poznawania siebie. Warto z którejś z nich skorzystać. Ale już sam fakt, że ktoś szuka to już dużo. 

Tak jak napisałem w puencie, szukanie prowadzi do bycia, które jest wartością samą w sobie i celem.

 

Ludzie szukają nie wiadomo czego zamiast świadomie być. To takie proste, a jednocześnie trudne.
Zresztą nie pierwszy mój tekst na ten temat.

 

Dziękuję za komentarz i serduszko.

 

 

Edytowane przez Rafael Marius (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Ooo, proszę, wiersz biologiczny :)) 

Lubię :) 

Początkowe skojarzenie - genotyp, sedno, nadawane przez naturę kontra fenotyp - cechy genotypu ujawniane w zależności  (choć nie do końca) od środowiska, otoczki. 

A psychologicznie owo "sedno" kojarzy mi się z podświadomością. 

 

Pozdrawiam :)

 

Deo

Edytowane przez Deonix_ (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@violetta "Lilith to postać, o której można dowiedzieć się w Alfabecie Ben-Sira, datowanym na 7-10 wiek n.e. Istnieją również wcześniejsze i późniejsze dokumenty, które mówią o istnieniu pierwszej kobiety Adama1. W Biblii można znaleźć pewne odniesienia do Lilith, choć nie jest to postać zbyt często wspominana w kanonie biblijnym2. W kabale Lilit jest demonem piątku i przedstawiana jest jako naga kobieta, której ciało przechodzi u dołu w wężowe sploty podobne mackom olbrzymiej kałamarnicy. W tradycji żydowskiej Lilit jest demonicą krzywdzącą noworodki i płody, a wiec siłą inspirującą do dzieciobójstwa." 

Wikipedia 

 

Opublikowano

Poetycki przyczynek do dyskusji nad tym, co na człowieka bardziej wpływa - geny, czy środowisko. Biologicznie mamy wdrukowane w siebie określone cechy, ale socjalizacja na pewno robi swoje, choć ważne, aby nie ograniczała potencjału młodego człowieka i nie kształtowała go niezgodnie z jego predyspozycjami.

W tzw. wychowaniu chodzi o to, aby wyposażyć dziecko w podstawowe narzędzia, dzięki którym będzie samodzielnie radziło sobie w różnych sytuacjach życiowych, tj. na tych ścieżkach z wiersza.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@violetta Raczej legendą:

"Lilith to postać, która pojawia się w różnych mitach i opowieściach. W Biblii nie ma bezpośredniego dowodu na istnienie Lilith, ale istnieje wiele odmian tego mitu."

"Uważana za pierwszą żonę biblijnego Adama, wywodząca się najprawdopodobniej z tradycji mezopotamskiej."

 

 Z Biblii wiele ksiąg zostało usuniętych tzw. Apokryfy, a Objawienie 22:18-19 wyraźnie mówi:  "Ja oświadczam każdemu, kto słucha słów proroctwa tego zwoju: Jeśli ktoś coś do nich dołoży, dołoży mu Bóg klęsk opisanych w tym zwoju. 19 A jeśli ktoś coś odejmie że słów tego proroctwa, temu Bóg odejmie jego udział w drzewie życia i w świętym mieście, opisanych w tym zwoju."

 

APOKRYFY – ZAKAZANA CZĘŚĆ BIBLII

"Apokryfy stanowią księgi, które zostały „wyrzucone” z kanonu Pisma Świętego. Ich zawartość bywa bardzo kontrowersyjna, zakłócająca harmonię i porządek w naukach Kościoła. Powodują pojawienie się wątpliwości w znanym nam obrazie Chrystusa oraz wiary. Dawniej te elementy pisma stanowiły ich integralną, akceptowaną i powszechnie czytaną część, obecnie określa się je mianem „wyklętych”, co sprawia, że stają się trudnym tematem dla osób wierzących, jednocześnie stanowisko Kościoła w ich sprawie budzi dyskusję. Dlaczego bowiem, w pewnym momencie fragment Świętych Ksiąg został odrzucony?

Czy ludzie przestali je rozumieć? A może zrozumieli lepiej i ogarnął ich strach?

Jakie Apokryfy wywołują największe kontrowersje?

Apokalipsa Piotra, czyli skąd się wziął strach chrześcijan przed piekłem.

Jest to mało znana w obecnych czasach księga, uznawana za apokryf.

Miała status kanonicznej i wymieniana była w najstarszym znanym katalogu Pism Nowego Testamentu, który powstał około 180 roku, był to tzw. Kanon Muratoriego.

Badania wskazują, iż była czytana jeszcze znacznie później w czasie obrządków wielkopiątkowych.

Pergamin z zapisanym tekstem apokalipsy znaleziony został w XIX wieku przez archeologów, w czasie badania nekropolii w Górnym Egipcie.

Znajdował się w grobie mnicha, który zmarł w VIII lub IX stuleciu.

W tej bardzo kontrowersyjnej księdze znajdujemy zapis nauk Jezusa, które przekazywał on apostołom.

Przerażeniem może napawać wizja końca czasów oraz losu ludzi po śmierci.

Zauważalny jest tu mocny język, a całość przedstawiona jest w taki sposób, że można przypuszczać, iż sroga kara czeka również na niegrzeczne dzieci.

Prawdopodobnie te elementy spowodowały wyrzucenie księgi z kanonu Pisma Świętego.

W „Słowniku Biblijnym Mercera” możemy przeczytać następujące słowa dotyczące Apokalipsy Piotra

„Świętokradców powiesi się za języki, morderców wrzuci do dołów z jadowitymi wężami, lichwiarze-zdziercy będą gotować się we krwi […], a osoby spędzające płody będą musiały stać we własnych odchodach sięgających im po szyję”.

Takie obrazy mogą napawać przerażeniem i stanowić podstawę do wyobrażania sobie piekła.

Ewangelia Egipcjan, czyli kilka słów o Genderze

Kontrowersje, jakimi napawa osoby silnie związane z chrześcijaństwem, wydają się dość logiczne.

Znane są jedynie fragmenty, które przetrwały w dziełach innych osób, gdyż sama ewangelia zaginęła.

Na podstawie badań określone zostało, że do jej powstania doszło w Egipcie i właśnie tam była rozpowszechniona w II oraz III stuleciu.

Niewielkie jej części poznajemy z dzieł Klemensa Aleksandryjskiego.

Jak podają źródła, była dobrze znana również innym Ojcom Kościoła i niemal od zawsze uważana za dzieło heretyckie.

W Ewangelii czytamy głównie o roli kobiet oraz prokreacji.

Czytamy słowa, które miały zostać wypowiedziane przez Jezusa, jakoby przybyłby odwrócić rolę niewiast.

Pojawia się również zapowiedź, że królestwo nadejdzie, kiedy „dwoje stanie się jednym, czyli gdy kobieta i mężczyzna nie będą już kobietą i mężczyzną”.

Zapisy takie tłumaczone są przez biblistów. W starożytności dominowało przekonanie, że pierwotna natura człowieka jest męska oraz że w chwili, gdy stworzona została Ewa, doszło do zakłócenia harmonii w naturze.

Jednocześnie powszechne było przekonanie, że zniknięcie różnicy pomiędzy płciami pozwoli na osiągnięcie zbawienia ludzkości.

Ewangelia Judasza, czyli o uniżonym zdrajcy

Odnaleziono ją w latach 70. XX wieku w Egipcie. Zyskała sławę na początku XXI wieku za sprawą programu dokumentalnego, który poruszył jej wątek.

Ta Księga ewangelii została spisana jako dialog.

Ukazuje zupełnie odmienne spojrzenie na osobę Judasza.

Nie miał on być zdrajcą, ale uniżonym sługą Jezusa, który dokonał wydania go, na jego wyraźną prośbę, aby umożliwić mu uwolnienie się z niewoli ciała.

Jezus powiedział Judaszowi, że spowoduje to, że zostanie wyklęty, jednak również zyska władzę nad innymi.

Znajdujemy tu również znaczące odcięcie się od wiary chrześcijańskiej. Ewangelia Judasza mówi bowiem o stworzeniu przez Boga „bóstw niższych”, które zostały powołane przez nadrzędnego, aby sprawowały kontrolę nad poszczególnymi częściami kosmosu.

Ewangelie Dzieciństwa, czyli o braku ideału

W Nowym Testamencie znajdujemy nieliczne wzmianki dotyczące okresu dzieciństwa i dorastania Jezusa.

Nadrabiają to Księgi Wyklęte. Ciekawszym Pismem jest Protoewangelia Jakuba, do której powstania doszło w połowie I wieku.

Znajdujemy tu informacje dotyczące okresu niemowlęcego Jezusa oraz okresu młodości jego matki Maryi.

Miała ona zostać oddana na wychowanie do świątyni, a gdy dorosła kapłani wybrali wdowca, cieślę Józefa, który posiadał dwóch synów na jej męża.

Sporo szczegółów dotyczących dzieciństwa i cudów małego Jezusa znajdujemy w Ewangelii Dzieciństwa spisanej przez Tomasza Izraelitę.

Zagłębiając się w przytaczane historie trudno się dziwić, że księga ta została wyklęta przez Kościół, nie ukazuje bowiem Syna Bożego w doskonałej formie, pokazuje jego niedociągnięcia, które w wierze są odrzucane.

Jezus miał zasłynąć ożywieniem ptaszków, które własnoręcznie ulepił z gliny, uzdrowieniem brata Jakuba ukąszonego przez żmiję, cudownym przedłużeniem deski, którą obrabiał wspólnie z Józefem, czy uzdrowieniem człowieka, który zranił się siekierą w nogę.

Wymieniane są jednak nie tylko dobre uczynki. Chrystus miał spowodować śmierć srogiego nauczyciela, uschnięcie chłopca, który go drażnił, miał również rzucić klątwę na inne dziecko, które padło martwe.

Księga Henocha, czyli upadłe anioły ze Starego Testamentu.

Apokryfy występowały również w Starym Testamencie, jednak zdecydowanie mniej się o nich mówi.

Budząca największe kontrowersje, z całą pewnością jest Księga Henocha.

Był on patriarchą, który silnie przyjaźnił się z Bogiem i został przez niego zabrany do nieba w wieku 365 lat, o czym możemy przeczytać w Księdze Rodzaju.

To, co poznał w Niebiosach, zostało opisane w Księdze Wyklętej.

Opisy te wykorzystywane są często jako rodzaj dowodu, iż osoby, które uznawane były za bogów czy proroków pojawiających się z nieba były tak naprawdę przybyszami z kosmosu.

Pierwsza część Księgi Henocha opisuje to, jak, dowiaduje się on o upadłych aniołach, tzw. obserwatorach, którzy w 200 zstąpili na Ziemię, brali za żony ludzkie córki i płodzili wspominane w Genesis pokolenie olbrzymów.

Czytamy, iż dzieci okazały się okrutne i prowadzić do dewastacji Ziemi. Skutkowało to kresem dla nich i ich ojców na skutek wojny i potopu.

Apokryfy, czyli niedoskonała część Biblii

Apokryfy występują zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie.

Z pewnością stanowią dla badaczy przeszłości ciekawe źródło informacji o czasach bardzo odległych.

Jednocześnie pokazują nam, jak religia chrześcijańska ewoluowała na przestrzeni wieków.

Analizując opisy poszczególnych ksiąg i fakt, iż w owych czasach nie były wyklęte, można by przypuszczać, że nastąpił proces wybielenia, wyidealizowania religii.

Sprawiło to, że ją gloryfikujemy, uznając za coś doskonałego, bez wad.

Czy aby na pewno tak było?

Czy może w apokryfach kryje się źdźbło prawdy, o którym Kościół nie chce mówić, w obawie przed odsunięciem się wiernych od tej instytucji?

Warto również zastanowić się, czy wiara w doskonałość jest dla nas dobra, czy może łatwiej by nam się żyło i zwalczało własne niedoskonałości i niedociągnięcia, gdybyśmy wiedzieli, że nawet najwyższy może się mylić?

Już same przemyślenia dotyczące apokryfów pozostają kontrowersyjne, dlatego każdy z nich powinniśmy rozważyć we własnym sumieniu i duszy."

 

 

Opublikowano (edytowane)

@Wiesław J.K.

"Termin apokryf odnosi się głównie do ksiąg Starego Testamentu, mowa o tych 7 księgach:

1 Księga Machabejska (1 Mch);

2 Księga Machabejska (2 Mch);

Księga Mądrości (Mdr);

Mądrość Syracha (Eklezjastyk) (Syr);

Księga Tobiasza (Tb);

Księga Judyty (Jdt);

Księga Barucha (Bar)."

 

"Mianem apokryfów określa się wszystkie dzieła traktujące o życiu postaci biblijnych i Jezusa Chrystusa, ale znajdujące się poza kanonem ksiąg natchnionych. Są wśród nich gnostyckie ewangelie, pokaźnych rozmiarów historie biblijne, ale też krótkie listy i dialogi o charakterze dydaktycznym."

"Ewangelie gnostyckie to apokryficzne teksty chrześcijańskie, powstałe w pierwszych wiekach naszej ery. Ich nazwa pochodzi od słowa „gnosis”, co w języku greckim oznacza „wiedzę”.

 

 

***********************************

Edytowane przez Wiesław J.K. (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Zgodnie z wierzeniami sumeryjskimi, ale to nie był mój zamysł.

Wiersz bazuje na psychologii i genetyce, choć może też mieć konotacje religijne i dobrze im więcej skojarzeń wywołuje tym lepiej dla niego.

 

Dziękuję za serduszko i komentarz.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jak najbardziej biologiczno psychologiczny. Zresztą te dwie dziedziny są nierozłączne.

 

 

Ano właśnie taka mieszanina tych dwóch i nigdy nie wiadomo co z tego wyrośnie, Czasem z brzydkiego kaczątka może wyrosnąć łabędź, choć najczęściej niestety bywa odwrotnie. 

To orzeł przeznaczony do wysokich lotów staje się kurą nie realizując własnych potrzeb, a tylko te które sprzedał mu sprytny właściciel kurnika.

 

 

Psychologia ma wiele nurtów i różnie można kojarzyć.

 

Dziękuję za ciekawy komentarz i serduszko.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Ano właśnie. Już od dłuższego czasu są takie zalecenia wychowawcze, by pozwalać dzieciom rozwijać się zgodnie z ich predyspozycjami. Jednak co z tego wyjdzie zobaczymy dopiero gdy pokolenie alfa dorośnie. Najstarsi z nich mają teraz 14 lat, choć wiadomo nie wszyscy byli tak wychowywani. 

Nawet jeśli rodzice w ten sposób działali to babcie już niekoniecznie. 

Dawniej nikt tak nie myślał. Albo dzieci latały samopas tak jak ja albo były poddawane nadmiernej presji w kierunku realizacji aspiracji rodziców.

 

A czy wychowanie ważniejsze, czy genetyka to trudno rozstrzygnąć. W każdym przypadku może być inaczej. Zależy od osoby i okoliczności. 

U mnie to chyba genetyka wygrała. Tak przynajmniej moja rodzina uważa. Nie dałem się wychować w ich stylu.
Geny odziedziczyłem po dziadku, którego prawie wcale nie znałem, ale ojciec mi mówi, że jestem do niego podobny zarówno z zachowania jak i wyglądu.

 

Dziękuję za ciekawy komentarz.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...