Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

u nas w Krakowie
każdy gołębiem jest naznaczony
nie gówno mi tutaj chodzi po głowie
lecz codzienne krakowskie wieczory

jak każdy gołąb gdy wieczór nadchodzi
ulata gdzieś między lampy
tak krakowianin wrażeń spragniony
wyrusza w krakowskie knajpy

w stadkach na rynku wierne i natchnione
gołąbki krakowskie prowadzą swe życie
i krakowianie widują się tam wieczorem
nieco niesmacznie – bo pod Mickiewiczem

późną nocą na rynku krakowskim
gdzieś gołąb swe piórka układa i mierzwi
i również rdzennym zwyczajem małopolskim
wszyscy krakowianie snują się nietrzeźwi

wczesnym rankiem gołąbki widzą Kraków na nowo
a gdy spostrzegą iż nieopatrznie ktoś coś urwał
na myśl nasuwa im się niezmiernie popularne słowo
tradycyjne krakowskie k....

i kiedy wszystkie krakusy wstają do pracy
gołąbki pieśń serca śpiewają równo
i nie omieszkają temu co urwał zapłacić
zsyłając na mieszkańców krakowskie gówno

Opublikowano

no proszę...ale ten nasz Kraków jest...rzec by się chciało gówniany:) ... tak tak..te gołebie mi też przeszkadzają i za to plusik, ale ogólnie oceniając nie jest to zbyt wyszukane. pozdrawiam

Opublikowano

Hej, aż tak masz dosyć Krakowa? Piszesz jako Krakus czy Warszawiak? Wiersz w stylu Gałczyńskiego; arcydzieło to nie jest, ale czytając ironiczny uśmiech sam ciśnie się na usta,więc jeden z twoich celów został osiągnięty. O wierszu to chyba tyle. P.S. A tak nawiasem mówiąc, nie pozbawiaj Krakowa jego poetyckiej otoczki. Przecież nawet sam Herbert pisał, że Wawel ,,to Akropol dla wydziedziczonych" - cokolwiek by to nie znaczyło, jak zwykł mawiać jeden z moich znajomych.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...