Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ciemną doliną - Fatum jak zbawienie

 

Ciemną doliną idąc zła się nie lękasz
Bo sam z otchłani jesteś płomiennej
Całe ciało twoje, jak Hiob ciągle stęka
Lekcji nie sposób zapomnieć cennej

 

Lubisz jak inni stękaja w melodii bólu
Twojego przekletego losu w gehennie
Wołasz wciąż - Przybądź cieni o królu!
Jakże twoje lekcje bezcenne tu cenię!

 

W gówno nieświadomie tu zmieniasz
Świat, co w dłoniach bolesnych płonie

Twój brat zgniliznę już niesie Barabasz
W skradzionej mesjańskiej z róż koronie

 

Cement grobów pobielasz niezdrowo
Trupy z trumien rządzą twym światem
Stworzyłeś cel i potępienie tu na nowo
Najlepiej jest zgnić bity twoim batem

 

Świecisz przykładem bogatym kupcom
Co zdzierają szaty i toną w płomieniach
By wyrzec sie Bogów i oddać dzikim nocom

By zdobyć przychylność diabłów cienia

 

Wieczorem miast modlitwy tniesz żyłę
By krwią namoczyć ten sygil demona
Który czyni tobie cuda, które tak lubiłeś
Gdy twój czas pędzi w Żydów koronach

 

Lekko wzdychasz gdy w sejfie leży złoto
Gdy rodzina się modli do wuja szatana
Bez znaczeniu czy wszystko jest to po to
By rozpuścić malarię i by pękła bytu rana

 

Ciemną doliną idziesz i miłości sie lękasz
Bo jest mała szansa, że Bóg gdzieś istnieje
Że jednak miast dobrobytu czeka Cię męka
Że wrócisz gdzie wieczne bólu płomienie

 

Bo modlitwa marna wiernym łeb kruszy
I sygnał wiary w bólach w kosmos niesie
Jak strzała najświętszej anielskiej kuszy
W prastarym koscioła cmentarnym lesie

 

I wiara choć wyginie w twoim tutaj czasie
I wolny bedziesz od mądrości tej Pańskiej
To i tak zje Cię grzech w czynu ambarasie
Jednej siły nie pokonasz - siły mesjańskiej

 

Autor: Dawid Daniel Rzeszutek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...