Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Rafael Marius Na mnie się nie wzoruj, nie inspiruj, są po prostu kanony, to na pewno nie Tomki Kuciny. Ale dzięki, za miłe słowo - Może jutro zajrzę do ciebie na profil, poczytamy, na pewno i u ciebie można się podelektować, bo każdy rodzaj wiersza ma coś w sobie, są tacy co piszą oszczędnie, używają w poezji mowy potocznej i to też jest wartościowe, to zależy od preferencji, dla niektórych pisanie metaforyczne jest grafomanią, taki jest trochę ten mój tekst, jak ktoś lubi to przetrawi. Pozdrawiam milutko.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie mam wątpliwości co do tego ;) Po prostu tak prewencyjnie załagodziłem ewentualny spór pomiędzy Paniami, bo wyczułem, że jakoby jakaś siekiera wisiała w powietrzu, piszcie ze mną z autorem, jak ci zalezę @Somalija za skórę to mnie kopniesz w cztery litery i polecę ;))) 

Czyli wzorowy kierunek w liryce, bo przecież łatwiej pisać trudniej a do łatwiejszego wiersza można zawsze kierunkować. Współczesne wiersze zmierzają jednak do uproszczeń - świadomych oczywiście - i ma to też pewien urok. Ja kocham każdy rodzaj wiersza, i różnorodnie inklinuję do słowa. Próbuj różnych metod a styl wykreuje się samoistnie.

Echem powiadasz? To ja przeczuwałem, że jesteś oreada, Echo to nimfa taka była w mitach greckich i Narcyza szukała? :)) 

Oczywiście, będę, poczytamy. Dzisiaj już późno na analizy innych wierszy, po kolacji siły przeznaczam na trawienie. Jutro i owszem. Dobrej nocki życzę.

Opublikowano (edytowane)

@sam (w sprawie tych literówek) ;)) Na szybko przeleciałem wzrokiem mój tekst, za wiele tych literówek nie namierzyłem, może powinno być zamiast "turkoczą" --> "turkotają" bo ta odmiana mi podejrzanie wygląda? co jeszcze, nie widzę, ale ja to taki dysortograf(ik) (ista) troszkę jestem, i błędów oczywistych nie zauważam, pewnie i dlatego zacząłem bawić się w ogóle w wiersze. Jak coś widzisz to napisz, wskaż, bo ja to wiesz? - mówią: papier wszystko przyjmuje;)) 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@sam do kwestii jak niżej:

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Rozumiem. Oczywiście, nie za pan brat mi z gustem, ... o "gusła" chodziło w rzeczy samej. Bezdyskusyjnie, "gusła" są tylko w liczbie mnogiej, masz RACJĘ., ale przyznam, tutaj... tej formy użyłem dość świadomie, bowiem ta archaiczna metaforka podświadomie skojarzona miała być ze "złem". z->łem, więc i... -> gus->łem. Zło, z kolei jest tylko "to", czyli ma liczbę pojedynczą, dlatego ten NEOLOGIZM tutaj zastosowałem, gusło -> jako pojedynczy egzemplarz tego zła, bo sama młodość nie może być tylko zła, a tym bardziej mnoga. Gdy się czyta tę zwrotkę to w całości z "gusłem" wybrzmiewa  dość sterylnie -bezokolicznikowo, i nie ma o tyle bezpośredniej identyfikacji do czarów, a etymologicznie rezonuje raczej ku -> naturyzmom świata, -> który w oczach dziecka bywa zły, jest złem- lecz przecież nie permanentnym? Zresztą w strofie tej niejako zapraszam do analizy intospektywnej wiersza, a więc do poznania mnie jako autora, i wynikowo do zgłębienia tego co we mnie dobre, utylitarne, pożyteczne w komparacji z samym liryzmem. Dlatego pozostawię ten neologizm w zastosowaniu, choć masz rację, jeżeli "gusła" to współcześnie tylko w liczbie MNOGIEJ. Ale to archaizm i neologizm, tak to potraktujmy.

 

Co do: birofilów -> birofil to miłośnik piwa. Birofi(li)?, chyba nie? birofil(ów). Tutaj link dołączę, są tam formy alfabetyczne:

   

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

   

 

Jak coś znajdziesz jeszcze to napisz, bo może są w tekście jakieś literówkowe "kwiatki", u mnie to naturalne. Dzięki, za merytoryczne uwagi. Bardzo sobie cenię Twoje wnikliwe podejście do tego tekstu. To bezcenne.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@sam Aby zamknąć temat i precyzyjnie opisać na czym polega ta archaiczność neologiczna w użyciu rzeczownika: "gusła" w liczbie pojedynczej -> jako "gusło" w tym wierszu, to najlepiej opisać to przykładem. Możemy użyć archaizmu i napisać zdania:

 

"pola przybrały licznem krukiem". , albo inna metafora: "lasy obrosły kolczastym drzewem", ewentualnie: "zdejmij ten okular, bo wyglądasz tragicznie", lub: "ale żeś odpierniczył się w spodzień", "nie nadstawiaj ucha" itd.

 

Powinno być:

 

"pola przybrały licznymi krukami", "lasy obrosły kolczastymi drzewami", "zdejmij te okulary, bo wyglądasz tragicznie", "ale żeś odpierniczył się w spodnie", "nie nadstawiaj uszu". 

 

Zastosowanie metafory archaicznej ma uzasadnienie, jest dopuszczalne, tak bywa w liryce - ma znaczenie neologiczne, może być zaimplementowane swoistą <nowomową>. Takie też jest zastosowanie w tym wierszu "gusła" -> w liczbie pojedynczej zamiast "guseł" -> w l.m.

 

To tyle z mojej strony. Pozdrawiam.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

A ja od razu zrozumiałem ten bardzo pomysłowy żart.
Piszę, żebyś wiedział, że to może być odebrane przez czytelników.
Ale interpretacja tej całej strofy to już trudniejsze dla mnie
Kojarzę z odczynianiem, egzorcyzmem wykonanym w najlepszym średniowiecznym guście.
Pytanie tylko przez kogo?

 

Opublikowano (edytowane)

W odpowiedzi do @Rafael Marius

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Więc zgodnie z prośbą interpretuję wyimek tekstu w cudzysłowie":

 

"tym bardziej poznaj mą duszę zawieszoną

na przepierzeniu komemoracji, z emocji i dysonansu

odczynioną pasywnie lecz – z gusłem;

 

bo, ona jeszcze marzy, i myśli tamtym chłopcem"

--

Ten fragment wiersza jest nieśmiałym zaproszeniem czytelnika do duchowego zaprzyjaźnienia się z "peelem".

 

Jeżeli uznamy i założymy że "dusza" młodego jeszcze wówczas podmiotu lirycznego jest egzemplifikacją jego pierworodnych wrażeń lirycznych czyli, ilustruje młodzieńczą wówczas fascynacje nad kanonem w poezji, tudzież nad parnasem wyszukanego słowa, które kiedyś zobowiązywało wszystkich poetów -> to w zasadzie nie ma już szczególnych sekretów w tej zwrotce.

 

Ogólnie:

 

Ten tekst jest wybiórczą retrospekcją do lat dzieciństwa i młodości autora.

 

"Zawieszona dusza na przepierzeniu komemoracji" jest jakoby symbolem nostalgii podmiotu lirycznego do czasów minionych. Kiedy to odkrywał znaczenia poezji i badał wymiary jej oddziaływania. Teraz z pozycji człowieka bardziej doświadczonego kwerenduje w te doświadczenia i właściwie poprzez ten wiersz. Samą "komemorację" możemy uznać za rodzaj symbolicznego i mniej literalnego upamiętnienia tych różnorodnych wspomnień miłych i miej miłych ale za to -> naturalnych. To taka symboliczna alegoria -> "tablica" upamiętniająca w uznaniu i szacunku dla przeszłości. Zatem, wiersz to pośrednio hołd dla młodości peela. Gdzie życie było pełne egzaltacji "z emocji" i "dysonansu" młody człowiek reagował na wszelkie życiowe okoliczności. Niektóre te wrażenia nieco dokładniej opisane są w treści, raczej są banalne i infantylne, nad szczegółowym acz wybiórczym i przypadkowym opisem unosi się jednak zachwyt nad istotnym oddziaływaniem poezji na podmiot oraz rozsądna świadomość ku przekraczaniu kolejnych poziomów w budowaniu jakości lirycznej przez wówczas bardzo młodego człowieka. Lecz notabene narrator składa relację z zupełnie innych nie powiązanych z samą liryką fascynacji czasem dzieciństwa i młodości.

 

CZYTAMY, że: Dusza peela: "odczyniona jest pasywnie - z gusłem" -> i tutaj dochodzimy do clou twojego pytania. Zatem mamy duszę - stan fakultatywnego uduchowienia -> jest "odczyniona pasywnie" czyli bez szczególnych fluktuacji w życiorysie autora - sprawa jest jasna, natomiast: "gusło" symbolizuje naturę codzienności oraz dowolnie zinterpretowane zło, z którym każdy młody chłopak obcował w dzieciństwie. "Gusło" to niesubordynowana natura w projekcji życia tego chłopca.

 

Teraz WAŻNE:

 

Nie chodzi więc w wierszu o jakieś guślarstwo, kabałę czy ezoterykę. Natomiast ezoteryczne są w wierszu środki artystyczne, których używam jako autor tego wiersza, a konglomerat wrażeń retrospektywnych, że niemal onirycznych buduje klimat tego utworu.

 

Dusza poety "jeszcze marzy, i myśli tamtym chłopcem", więc blisko peelowi do wspomnień, zauroczeń, a nawet do fascynacji tradycją i etniką. To na pewno nazwać można -> odpowiedzialnym szacunkiem dla TOŻSAMOŚCI.

 

A treść wiersza dotyczy oczywiście mnie. Więc możesz i powinieneś uznać wszelkie konfiguracje podmiotu lirycznego -> za moje własne.

Nie mogę tłumaczyć się z każdej linijki tego utworu. To jest lingwistyka, więc każdy czytelnik ma prawo do subiektywnych odczuć i dowolnej emisji wrażeń, dotyczy to również logistyki wnioskowania.

 

Z wiersza czerpiesz zmysłami i twoja własna interpretacja dowolnego tekstu jest uprawniona. Z tym każdy poeta lepszy czy gorszy musi się liczyć, więc i ja. Emocje! Zawsze emocje! I tylko! Pzdr.

 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

W punkt. Bardzo słusznie konkludujesz. Ludzie na ogół się różnią i to jest cały sens w rozwoju cywilizacji. Nigdy nie miałem problemów z ludźmi inaczej interpretującymi świat.

 

Nie wiem czy się różnimy czy nie, bowiem dla mnie nie ma to zasadniczego znaczenia. Starałem się dokonać najbliższej mi analizy treści skoro dopytywałeś.

 

Dopytujesz u źródła - u autora, więc na pewno interpretacja jest dość rzeczowa.

 

Może jeszcze tylko w kwestii tego: "przepierzenia" owej "komemoracji".  

 

Otóż,

bo to może być niejasne. 

 

"Przepierzenie" jak przepierzenie, to oczywiście rodzaj przegrody, ścianki, granicy, w znaczeniu metaforycznym - alegorycznym - stanowi w wierszu rozdział, coś w rodzaju parawanu -> zatem granicę pomiędzy opisywaną retrospekcją do dzieciństwa, a już bardziej wyrafinowaną formą tego człowieka - bo opis prowadzi DOROSŁY NARRATOR,  (taki ja - DZIŚ). 

 

"Dusza" więc  "zawieszona na przepierzeniu komemoracji" na granicy pamięci retrospektywnej a narracyjnym wymiarem - współczesnym rzeczywistym.

 

Oczywiście ten zabieg dotyczy stricte warsztatu tego wiersza i w praktycznym zastosowaniu. Taki był pomysł i go tak zrealizowałem. Dzięki za wszystkie komentarze - ŚLICZNIE POZDRAWIAM.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ja również. Bardzo sobie cenię kontakty z tymi, którzy myślą i interpretują otoczenie inaczej niż ja. Jest to rozwijające, choć wiadomo wymaga pewnego wysiłku. Ale kto powiedział, że będzie lekko.

 

Tak, może zatem być przekaźnikiem między tym co było, a tym co jest bo widzi oba te światy wisząc na przepierzeniu.

 

Opublikowano (edytowane)

:))

Wczoraj zajrzałam, ale jak ujrzałam ( sic!;)) jaki długi to zrezygnowałam, żeby nie 'na chybcika'. Dziś mogłam na spokojnie i też dokonałam bilokacji :)

Nostalgiczne wspomnienia, przemieszanie niewinnych z 'winnymi' jak też traumatycznymi. Fajne te rodzynki z czasoprzestrzeni :) Zresztą, jak to u Ciebie, moc świetnych zestawień słownych. 

Lektura, która wczoraj wydawała mi się  długą dziś przemknęła niczym pendolino i żałowałam, że podróż tak krótka!

Z podobaniem i pozdrowieniem :)

 

 

 

Edytowane przez iwonaroma (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Tomasz Kucina Równie dobrze tytuł wiersza mógłby brzmieć "Inwokacja do Adolenscencji" . Dużo współdzielnych postrzeżeń mam poczynionych zerkając delikatnie wstecz, zaś ten trud tego kunsztownego odtworzenia w wersach szalenie szanuję. Zmysły są utrwalnikami wspomnień, zagrałeś na nich z ogromną swadą. 

 

ropuszy

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dokładnie. Starałem się oddać klimaty w miarę organoleptycznie, dusza się uśmiecha we mnie, gdy czytelnik odbiera moje wypociny zmysłami, dzięki ci za to, no ale ty stoisz na wysokim poziomie warsztatu autorskiego, poziom odzewu intelektualnego dla ciebie to kaszka z mleczkiem. Pozdrawiam, dzięki.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Tomasz Kucina

Interesująca restrospekcja. Krótko mówiąc dobra robota Panie Poeto i myślę, że ten portal potrzebował takiej wirtuozeri słownej, nie ujmując kilku innym osobm, które świetnie tutaj władają piórem.
Ten szczypiorek to jakaś szczypawka chyba.
Wink emoticon

Pozdrawiam!
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...