jacek 22 Opublikowano 20 Kwietnia 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 20 Kwietnia 2005 Mieszkałem wtedy w małym miasteczku w południowo-wschodniej części Polski. Prowadziłem w tamtejszym liceum lekcje geografii oraz często, z powodu przewlekłej choroby jednej z koleżanek, lekcje historii. Moja młoda żona Maria mieszkała z rodzicami w Warszawie, pracowała jako radca prawny w firmie polonijnej i zażywała uciech życia z zamożnym, zagranicznym jej właścicielem. Ten jej upór w podtrzymywaniu stosunków pozamałżeńskich, zdeterminował mnie do wyjazdu, właśnie do tego niewielkiego miasteczka. Poznałem tam miejscowego proboszcza który opowiedział mi pewną historię. Powtarzam ją teraz po raz pierwszy. W jednej z wiosek tamtego terenu,gospodarstwo rolne prowadziła rodzina lekko ociężałego na umyśle rolnika o nazwisku Poręba. Rodzina była wielopokoleniowa i składała się z siedmiu osób . Byli to: rolnik,jego żona,ojciec żony, trójka dzieci mniej więcej w jednym wieku oraz mieszkajaca w przybudówce siostra głowy domu . Dom Porębów był drewniany i stał na uboczu, jedną ścianną podwórka przylegał do dużego lasu. Sąsiadów było kilku i rozrzuceni byli w dość dużej odległości od siebie. Sama wioska zaś, ze szkołą podstawową, ochotniczą strażą pożarną i ośrodkiem zdrowia, leżała kilka kilometrów od gospodarstwa rolnika. Póżną wiosną 1977 roku, wczesnym popołudniem, przy bezchmurnym wiosennym niebie, sąsiedzi Porębów zostali przestraszeni widokiem czerwonokrwistej piramidy odwróconej spodem do góry,wysokiej może na dwa kilometry, ze stożkiem wychodzącym z domu sąsiada. Wzięli to za pożar i dwoje z nich,działając niezależnie od siebie, dosiadło rowerów i popędziło do wsi zawiadomić straż pożarną. Pozostali, gromadnie,z różnych stron,pędzili w stronę gospodarstwa Porębów. Kiedy zbliżali się coraz bliżej, coraz większe ogarniało ich zdumienie. Doskonale widocznej z daleka ogromnej piramidy, nie było widać zupełnie z podwórka. Sąsiedzi zastali gospodarzy w domu. Przyjechała straż pożarna popędzana strasznym widokiem.Kiedy zaś sześciu przybyłych strażackim wozem mężczyzn stanęło na podwórku,ich zdumienie nie miało granic. Nie było ognia,dymu ani tej przerażającej piramidy. Zaczęły się debaty,chodzenia koło domu,ktoś pobiegł w las. Ludzie, którzy zjawisko obserwowali z dalszej odległości widzieli jak ta cała ogromna góra, wisząca czy stojąca do góry nogami, w przeciągu dwóch godzin całkowicie zniknęła. Nikomu nawet do nie przyszło, że to jakaś fatamorgana. Przeciwnie,ludzi zaniepokoił jeszcze,słyszalny na kilka kilometrów wokoło,taki dziwny,przeciągły i dudniący świst. Cała wioska była tymi zjawiskami bardzo poruszona;stanowiły one przedmiot zawziętych rozmów i dyskusji. Proboszcz który mi tę historię opowiadał,był wówczas, w tamtejszym wiejskim kościółku wikariuszem. Zawiadomił o dziwnym zdarzeniu proboszcza z miasteczka L. Wikary,naciskany przez miejscową ludność oraz własne lęki i obawy,ponaglał swojego przełożonego do przyjazdu. Po trzech dniach przybył proboszcz w asyście dwóch pomocników i pod czujnym okiem miejscowej społeczności,wyświęcił dom i obejście. Dwa dni póżniej,rankiem,siostra Poręby wyprowadzała jak codzień krowy na pastwisko. Tą niemłoda przecież, ale doświadczoną w pracach gospodarskich kobietę zainteresował kołek sterczący z ziemi.Schyliła się żeby go wyciągnąć i wtedy krowa naparła na nią od tyłu; kobieta poleciała całym ciałem do przodu uderzając głową w solidny słup dębowy przy furtce. Kilka minut póżniej,znalazł ją tam Poręba,ale jego siostra już nie żyła W dniu pogrzebu ciotki,starszy,czternastoletni syn gospodarza jechał rowerem w kierunku domu.Jakieś trzy kilometry od domu droga prowadziła nad niewielkim strumykiem.Był tam drewniany mostek bez poręczy. Nikt nie wie jak wyglądały ostatnie chwile życia chłopca. Kilka godzin póżniej znaleziono rower zaczepiony o wystającą deskę. Pod mostkiem leżało ciało chłopca, a zakupy które wiózł rozrzucone były dookoła. Milicia stwierdziła,że nagłe zgony siostry gospodarza i jego syna to nieszczęśliwe wypadki. Chłopiec został pochowany w jednym grobie z ciotką. Tydzień póżniej,ojciec żony Poręby,sześćdziesięciotrzy letni mężczyzna rąbał drzewo. Nie sposób ustalić jak to się stało,ale z powodu wycia psa wyszedł z domu młodszy syn Porębów i znalazł dziadka martwego w kałuży krwi. Po tym zdarzeniu,pod wpływem ogromnego poruszenia mieszkańców wsi,przybyło do niej kilkudziesięciu ludzi,głownie milicjantów,prokuratorów i działaczy partyjnych różnych szczebli.Cały sztab mieścił się w wiejskim klubie, bodajże był to Klub Rolnika. Porębowie postanowili wywieżć dzieci do rodziny w sąsiedniej wsi. Dzieci spakowano i oboje rodziców odwoziło je furmanką. Polna droga w jednym tylko miejscu przecinała się z asfalto- wą szosą. W takim właśnie miejscu,w tył furmanki ledwo uderzył samochodowy beczkowóz do przewozu mleka. Kierowca nawet się nie zatrzymał i pognał dalej. Nigdy nie został odnaleziony. Na skutek uderzenia i spadku z szosy,furmanka przewróciła się. Na miejscu zginęły dzieci i po krótkich cierpieniach zdech koń. Matka dzieci zemdlała a ich ojciec stracił mowę. Wracające ze szkoły dzieci zobaczyły wypadek i natychmiast zawiadomiły kogoś we wsi. Na miejsce przybyło zaraz kilka samochodów i kilkudziesięciu różnego rodzaju funkcjonariuszy. Póżnym popołudniem wylądował tam wojskowy helikopter, a cały teren został otoczony przez milicję. Nikt z miejscowej ludnosci nie wiedział co tam się dzieje, a władze nie udzielały żadnych informacji. Żona Poręby została zabrana do szpitala w miasteczku L. Dzieci zostały pochowane przez milicję. Cała ceremonia pochówku odbyła się nocą. Matka wyszła ze szpitala już po pogrzebie. Miesiąc i dwa dni póżniej,samochodowy patrol milicji znalazł zaledwie pół kilometra od własnego domu, zasztyletowaną Porębową. Sprawcy nigdy nie ujęto. Pogrzeb zamordowanej odbył się nocą i oprócz męża był tam tylko ksiądz wikary oraz milicjanci,ubecy i prokuratorzy. Cztery dni póżniej,robotnicy leśni znależli zawieszonego na gałęzi rozłożystego dębu Porębe. Nie żył od kilku godzin. Był zawieszony w ten sposób,że jego szyja została z jakąś ogromną siłą wepchnięta w zwężające się grube gałęzie dębu. Żaden człowie nie mógłby się tak sam powiesić. Władze orzekły jednak, ze Poręba powiesił się sam. W marcu 1978 roku, całe gospodarstwo Porębów zostało zrównane z ziemią. Ciężkim sprzętem zburzono dom,oborę i stodołe. Resztki zostały spalone i wtłoczone pod ziemię. Wszystko zaorano. W kwietniu,miejscowa ludność postawiła na rogach podwórka ,cztery dębowe krzyże. W ich postawieniu i poświęceniu uczestniczył póżniejszy proboszcz ,który tę historię mi opowiedział. W tym samym roku,władze kościelne wysłały młodego wikariusza na misję do Senegalu. Wrócił po sześciu latach i na swoją prośbę został proboszczem w miasteczku L. Tylko tyle i aż tyle dowiedziałem się od księdza. Po kilku latach, z nową już żoną,jechałem samochodem z Poznania do dawnego wczasowego ośrodka rządowego,który stał się ,po przemianach w Polsce,dostępny dla społeczeństwa. Zamierzaliśmy wypocząć tam kilka dni. Nigdy nikomu o zasłyszanej od księdza historii nie opowiadałem. Żona moja była więc trochę zdziwiona,że zbaczam z trasy i jadę odwiedzić dawnego kolegę,bo tak właśnie jej skłamałem. Dojechaliśmy do wioski znanej mi z opowieści i po zapytaniu starszej kobiety o drogę, dotarliśmy do jakiegoś wiejskiego gospodarstwa. Gdy podchodził do nas młody rolnik szybko oddaliłem sie od samochodu tak,aby żona nie słyszała o co pytam. Rolnik powiedział mi tak: byłem wtedy małym chłopcem,pamiętam jak rodzice się modlili,jak mieliśmy wolne w szkole z powodu tamtych zdarzeń i wiem,że dzisiaj my i nasi sąsiedzi omijamy tamto miejsce z daleka. Pokazał którędy mam iść bo samochodem nie dojadę,gdyż władze zlikwidowały również i drogę do tamtego miejsca. Było ciepło,więc żona rozłożyła sobie leżak i rozkoszowała się czerwcowym słońcem. Poszedłem przez kolorowe kwiatami łąki we wskazanym kierunku. Znalazłem to gospodarstwo otoczone lasem kilkunastoletnich samosiejek. Dookoła zielono i kolorowo a ślad na ziemi po tamtym gospodarstwie to niczym nie porośnięta ziemia,jakby lekko wzruszona. Normalnie goła ziemia-pustynia. Wysokie krzyże i ta bez życia ziemia w tym zielonym świecie robiły niesamowite wrażenie. Wszedłem na tą ziemie i wtedy usłyszałem wysoki pulsujący niesamowity dżwięk. Nie wiem co to było,ale odwróciłem się i najszybciej jak mogłem,na zesztywniałych ze strachu nogach uciekałem. Gdy znalazłem się przy samochodzie,żona zaniepokoiła się bladością mojej twarzy i drżeniem rąk. Poprosiłem,żebyśmy szybko się zbierali. Odjechaliśmy prawie natychmiast a zaintrygowanej żonie oznajmiłem,że po prostu poczułem się niedobrze po dość szybkim biegu. Nic więcej o tej sprawie nie wiem. Z nikim się swą tajemnicą nie dzieliłem. Opowiedziałem ją dzisiaj po raz pierwszy.
Panna Anna Opublikowano 20 Kwietnia 2005 Zgłoś Opublikowano 20 Kwietnia 2005 Widzę, ze ty razem "scared story";] Przeczytałam, jestem ciekawa tej historii! Ale jesteś! Żeby tak wszystkich w niepewności trzymać! "Więcej o tej sprawie nie wiem"- a szkoda!;) I was scared stiff!!!!=D
Anna Romanek Opublikowano 22 Kwietnia 2005 Zgłoś Opublikowano 22 Kwietnia 2005 Mam nadzieję, że tam jeszcze raz pojedziesz i dowiemy się co dalej. Pozdrawiam.
jacek 22 Opublikowano 4 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 4 Maja 2005 dziękuję bardzo ! już tam nie pojadę !
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się