Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mieszkałem wtedy w małym miasteczku w południowo-wschodniej części Polski. Prowadziłem
w tamtejszym liceum lekcje geografii oraz często, z powodu przewlekłej choroby jednej
z koleżanek, lekcje historii.
Moja młoda żona Maria mieszkała z rodzicami w Warszawie, pracowała jako radca prawny
w firmie polonijnej i zażywała uciech życia z zamożnym, zagranicznym jej właścicielem.
Ten jej upór w podtrzymywaniu stosunków pozamałżeńskich, zdeterminował mnie do wyjazdu, właśnie do tego niewielkiego miasteczka. Poznałem tam miejscowego proboszcza
który opowiedział mi pewną historię. Powtarzam ją teraz po raz pierwszy.
W jednej z wiosek tamtego terenu,gospodarstwo rolne prowadziła rodzina lekko ociężałego
na umyśle rolnika o nazwisku Poręba. Rodzina była wielopokoleniowa i składała się
z siedmiu osób . Byli to: rolnik,jego żona,ojciec żony, trójka dzieci mniej więcej w jednym
wieku oraz mieszkajaca w przybudówce siostra głowy domu . Dom Porębów był drewniany
i stał na uboczu, jedną ścianną podwórka przylegał do dużego lasu.
Sąsiadów było kilku i rozrzuceni byli w dość dużej odległości od siebie. Sama wioska zaś,
ze szkołą podstawową, ochotniczą strażą pożarną i ośrodkiem zdrowia, leżała kilka
kilometrów od gospodarstwa rolnika.
Póżną wiosną 1977 roku, wczesnym popołudniem, przy bezchmurnym wiosennym niebie,
sąsiedzi Porębów zostali przestraszeni widokiem czerwonokrwistej piramidy odwróconej
spodem do góry,wysokiej może na dwa kilometry, ze stożkiem wychodzącym z domu
sąsiada. Wzięli to za pożar i dwoje z nich,działając niezależnie od siebie, dosiadło rowerów
i popędziło do wsi zawiadomić straż pożarną. Pozostali, gromadnie,z różnych stron,pędzili
w stronę gospodarstwa Porębów. Kiedy zbliżali się coraz bliżej, coraz większe ogarniało ich zdumienie. Doskonale widocznej z daleka ogromnej piramidy, nie było widać zupełnie
z podwórka. Sąsiedzi zastali gospodarzy w domu. Przyjechała straż pożarna popędzana
strasznym widokiem.Kiedy zaś sześciu przybyłych strażackim wozem mężczyzn stanęło na podwórku,ich zdumienie nie miało granic. Nie było ognia,dymu ani tej przerażającej piramidy.
Zaczęły się debaty,chodzenia koło domu,ktoś pobiegł w las. Ludzie, którzy zjawisko obserwowali z dalszej odległości widzieli jak ta cała ogromna góra, wisząca czy stojąca do góry nogami, w przeciągu dwóch godzin całkowicie zniknęła. Nikomu nawet do nie przyszło,
że to jakaś fatamorgana. Przeciwnie,ludzi zaniepokoił jeszcze,słyszalny na kilka kilometrów
wokoło,taki dziwny,przeciągły i dudniący świst.
Cała wioska była tymi zjawiskami bardzo poruszona;stanowiły one przedmiot zawziętych
rozmów i dyskusji.
Proboszcz który mi tę historię opowiadał,był wówczas, w tamtejszym wiejskim kościółku
wikariuszem. Zawiadomił o dziwnym zdarzeniu proboszcza z miasteczka L. Wikary,naciskany
przez miejscową ludność oraz własne lęki i obawy,ponaglał swojego przełożonego do przyjazdu. Po trzech dniach przybył proboszcz w asyście dwóch pomocników i pod czujnym
okiem miejscowej społeczności,wyświęcił dom i obejście.
Dwa dni póżniej,rankiem,siostra Poręby wyprowadzała jak codzień krowy na pastwisko.
Tą niemłoda przecież, ale doświadczoną w pracach gospodarskich kobietę zainteresował
kołek sterczący z ziemi.Schyliła się żeby go wyciągnąć i wtedy krowa naparła na nią od tyłu;
kobieta poleciała całym ciałem do przodu uderzając głową w solidny słup dębowy przy furtce.
Kilka minut póżniej,znalazł ją tam Poręba,ale jego siostra już nie żyła
W dniu pogrzebu ciotki,starszy,czternastoletni syn gospodarza jechał rowerem w kierunku
domu.Jakieś trzy kilometry od domu droga prowadziła nad niewielkim strumykiem.Był tam
drewniany mostek bez poręczy. Nikt nie wie jak wyglądały ostatnie chwile życia chłopca.
Kilka godzin póżniej znaleziono rower zaczepiony o wystającą deskę. Pod mostkiem leżało
ciało chłopca, a zakupy które wiózł rozrzucone były dookoła.
Milicia stwierdziła,że nagłe zgony siostry gospodarza i jego syna to nieszczęśliwe wypadki.
Chłopiec został pochowany w jednym grobie z ciotką.
Tydzień póżniej,ojciec żony Poręby,sześćdziesięciotrzy letni mężczyzna rąbał drzewo. Nie sposób ustalić jak to się stało,ale z powodu wycia psa wyszedł z domu młodszy syn Porębów i znalazł dziadka martwego w kałuży krwi.
Po tym zdarzeniu,pod wpływem ogromnego poruszenia mieszkańców wsi,przybyło do niej
kilkudziesięciu ludzi,głownie milicjantów,prokuratorów i działaczy partyjnych różnych szczebli.Cały sztab mieścił się w wiejskim klubie, bodajże był to Klub Rolnika.
Porębowie postanowili wywieżć dzieci do rodziny w sąsiedniej wsi. Dzieci spakowano i oboje
rodziców odwoziło je furmanką. Polna droga w jednym tylko miejscu przecinała się z asfalto-
wą szosą. W takim właśnie miejscu,w tył furmanki ledwo uderzył samochodowy beczkowóz
do przewozu mleka. Kierowca nawet się nie zatrzymał i pognał dalej. Nigdy nie został odnaleziony. Na skutek uderzenia i spadku z szosy,furmanka przewróciła się. Na miejscu
zginęły dzieci i po krótkich cierpieniach zdech koń. Matka dzieci zemdlała a ich ojciec stracił
mowę. Wracające ze szkoły dzieci zobaczyły wypadek i natychmiast zawiadomiły kogoś
we wsi. Na miejsce przybyło zaraz kilka samochodów i kilkudziesięciu różnego rodzaju
funkcjonariuszy. Póżnym popołudniem wylądował tam wojskowy helikopter, a cały teren
został otoczony przez milicję. Nikt z miejscowej ludnosci nie wiedział co tam się dzieje,
a władze nie udzielały żadnych informacji.
Żona Poręby została zabrana do szpitala w miasteczku L. Dzieci zostały pochowane przez milicję. Cała ceremonia pochówku odbyła się nocą. Matka wyszła ze szpitala już po pogrzebie.

Miesiąc i dwa dni póżniej,samochodowy patrol milicji znalazł zaledwie pół kilometra od własnego domu, zasztyletowaną Porębową. Sprawcy nigdy nie ujęto. Pogrzeb zamordowanej
odbył się nocą i oprócz męża był tam tylko ksiądz wikary oraz milicjanci,ubecy i prokuratorzy.

Cztery dni póżniej,robotnicy leśni znależli zawieszonego na gałęzi rozłożystego dębu Porębe.
Nie żył od kilku godzin. Był zawieszony w ten sposób,że jego szyja została z jakąś ogromną
siłą wepchnięta w zwężające się grube gałęzie dębu.
Żaden człowie nie mógłby się tak sam powiesić. Władze orzekły jednak, ze Poręba powiesił
się sam.
W marcu 1978 roku, całe gospodarstwo Porębów zostało zrównane z ziemią. Ciężkim sprzętem zburzono dom,oborę i stodołe. Resztki zostały spalone i wtłoczone pod ziemię.
Wszystko zaorano.
W kwietniu,miejscowa ludność postawiła na rogach podwórka ,cztery dębowe krzyże.
W ich postawieniu i poświęceniu uczestniczył póżniejszy proboszcz ,który tę historię mi
opowiedział.
W tym samym roku,władze kościelne wysłały młodego wikariusza na misję do Senegalu.
Wrócił po sześciu latach i na swoją prośbę został proboszczem w miasteczku L.
Tylko tyle i aż tyle dowiedziałem się od księdza.
Po kilku latach, z nową już żoną,jechałem samochodem z Poznania do dawnego wczasowego ośrodka rządowego,który stał się ,po przemianach w Polsce,dostępny dla społeczeństwa.
Zamierzaliśmy wypocząć tam kilka dni.
Nigdy nikomu o zasłyszanej od księdza historii nie opowiadałem. Żona moja była więc trochę
zdziwiona,że zbaczam z trasy i jadę odwiedzić dawnego kolegę,bo tak właśnie jej skłamałem.
Dojechaliśmy do wioski znanej mi z opowieści i po zapytaniu starszej kobiety o drogę,
dotarliśmy do jakiegoś wiejskiego gospodarstwa.
Gdy podchodził do nas młody rolnik szybko oddaliłem sie od samochodu tak,aby żona nie
słyszała o co pytam. Rolnik powiedział mi tak: byłem wtedy małym chłopcem,pamiętam jak rodzice się modlili,jak mieliśmy wolne w szkole z powodu tamtych zdarzeń i wiem,że dzisiaj
my i nasi sąsiedzi omijamy tamto miejsce z daleka. Pokazał którędy mam iść bo samochodem
nie dojadę,gdyż władze zlikwidowały również i drogę do tamtego miejsca. Było ciepło,więc
żona rozłożyła sobie leżak i rozkoszowała się czerwcowym słońcem.
Poszedłem przez kolorowe kwiatami łąki we wskazanym kierunku. Znalazłem to gospodarstwo otoczone lasem kilkunastoletnich samosiejek. Dookoła zielono i kolorowo
a ślad na ziemi po tamtym gospodarstwie to niczym nie porośnięta ziemia,jakby lekko
wzruszona. Normalnie goła ziemia-pustynia. Wysokie krzyże i ta bez życia ziemia w tym
zielonym świecie robiły niesamowite wrażenie.
Wszedłem na tą ziemie i wtedy usłyszałem wysoki pulsujący niesamowity dżwięk.
Nie wiem co to było,ale odwróciłem się i najszybciej jak mogłem,na zesztywniałych ze strachu nogach uciekałem. Gdy znalazłem się przy samochodzie,żona zaniepokoiła się bladością mojej
twarzy i drżeniem rąk. Poprosiłem,żebyśmy szybko się zbierali. Odjechaliśmy prawie
natychmiast a zaintrygowanej żonie oznajmiłem,że po prostu poczułem się niedobrze po dość
szybkim biegu.

Nic więcej o tej sprawie nie wiem. Z nikim się swą tajemnicą nie dzieliłem. Opowiedziałem
ją dzisiaj po raz pierwszy.

Opublikowano

Widzę, ze ty razem "scared story";] Przeczytałam, jestem ciekawa tej historii! Ale jesteś! Żeby tak wszystkich w niepewności trzymać! "Więcej o tej sprawie nie wiem"- a szkoda!;)
I was scared stiff!!!!=D

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...