Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Cisza w gęstym hałasie,  

w powietrzu tłustym od mdłych oparów...
A ja w absurdach tonę  jak w ogniu piekielnym. 
I mimo strachu, w chaosie już się nie zatrzymam.
W myślach jak statek tonę, 
wilgocią rozdęty. 


W głuchym świecie pstrokatych wróbli, 
wiatr niosę z natrętnym dźwiękiem. 
Przyjdź do mnie, o losie!
Gdy idę w nieznane krokiem niepewnym,
z plecakiem na oścież jak drzwi otwartym
i czuciem wciąż ufnym i jakże letnim.  


A tu nadal cisza jak gwóźdź w ścianę wbity.
I pośrodku ja... że niby z kamienia jestem.
I w sercu same sztylety...
I nadal ta cisza po schodach się ślizga
jak dywan z satyny, 
rozciągnięty na rozległe metry.  


W mym pajęczym domu ze szkła
stoję samotna,  
z głową w rękach
i z kawałkiem spróchniałego pnia.
W tym pajęczym domu 
stoję sztywna.
Na krawędzi życia balansuję...
Jak pomiędzy pociskami z niekruchego szkła.

W głowie świat wiruje.  
W mym pajęczym domu ze starego pnia.

 

Cisza...
W pajęczym świecie. 
Cisza, 
a w nią wbita ja.

Edytowane przez Ewelina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Czyżby terrarium dla pająka? Pstrokate wróble patrzą przez szybkę (może okno).

Lubię pająki, są takie... kosmiczne w wyglądzie i zachowaniu :), ale terrarium to chyba nie jest najodpowiedniejsze dla nich miejsce, tam jest nienaturalna cisza.

 

Pozdrawiam.

 

Opublikowano

@Rafael Marius tak...

To o kimś skazanym na samotność i ciszę, które są bardzo bolesne...i bardzo przytłaczające i które sprawiają, że człowiek z czasem dziwaczeje. Pragnienie zmiany już nie wystarcza, by odmienić swój los. 

 

Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...