Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

W niewielkim lesie, w małej norce, obok niedużego świerka, mieszkała Zielona Myszka. Ktoś może zapytać: „Dlaczego zielona”? Już odpowiadam: nie wiadomo. Po prostu tak było i bęc. Owa barwa nie martwiła ją nic a nic. Przeciwnie, cieszyła, gdyż dzięki temu, mogła się niepostrzeżenie skradać, prawie niewidoczna wśród trawy i różnych opadniętych liści. Byłaby całkiem miłym zwierzątkiem, do rany bolesnej przyłóż, gdyby nie paskudna wada, którą pielęgnowała w serduszku: lubiła dokuczać innym mieszkańcom lasu.

  

Kiedyś, w księżycową jasną noc, wyszedł ze swojej norki: Dżdżowniczy Wiedźm, z czerwonymi rogami na czubku i z żółtymi ślepiami, usytuowanymi w szarej, pomarszczonej twarzy. Kiwając pionowo ciałem na przyrośniętym kopycie, odwiedził Zieloną Myszkę, po czym zaczął ją namawiać do różnych figlarnych niecności, które by mogła ofiarować innym. A ona, zamiast przegonić kusiciela na cztery strony polanki, zaczęła niezwłocznie czynić to, do czego długaśny obleśny dupek, przymilnie zachęcał.

 

Na początku psotnej działalności, wszystko wyglądało bardzo niewinnie. Żadnemu zwierzątku tak naprawdę nie zaszkodziła.

  

Dlatego razu pewnego, pisnęła sama do siebie: a co mi szkodzi podokuczać bardziej.

A juści – przytaknęło szare flaczysko, zacierając z uciechy dłonie, których nigdy nie miał.

  

Wszelkie nowe psikusy, sprawiały Myszce coraz więcej niebywałej radości. Z każdym dniem, były bardziej wredne i męczące, a wielu niewielkich mieszkańców lasu, popłakało się nawet. Niektóre zwierzaczki próbowały ją powstrzymać, ale ona im więcej dokuczała, tym większą siłę zyskiwała do dalszych działań, nakręcając spiralę podłych czynów. Tym bardziej, że dzięki temu, była na świeczniku i chociaż bardzo zardzewiałym, to jednak.

 

A Dżdżowniczy Wiedźm patrzył na to wszystko brudnożółtymi oczkami, tuptając wesoło kopytkiem o runo.

  

Razu pewnego, gdy zadowolona Zielonka wróciła do swojej norki, spostrzegła w kąciku: tyci białą chusteczkę. Zrazu nie zauważyła, że coś pod nią było. A było. Niewielkiego. Chociaż niby taka odważna, to jakoś nie chciała spojrzeć, co tam sobie jest.

I bardzo dobrze. To znaczy: dla niej.

 

Po każdej wyrządzonej krzywdzie, zakryta rzecz się powiększyła. Nawet zaczęła podejrzewać, co to może być, lecz nadal nie miała odwagi odsłonić, by zajrzeć.

W końcu tajemniczy podarunek tak wyrósł, że już nie miała wątpliwości, na co zdziwiona patrzy. A patrzyła na okulary, prześlicznie przyozdobione białymi piórkami. Nie namyślając się długo, założyła natychmiast na swój wąsiasty nosek.

  

Od tego czasu nie miała łatwego życia. Oj nie miała! Okularów nie można było zdjąć, czymkolwiek zasłonić, a co gorsza, nie potrafiła zamknąć oczu, w ustanowionym przez okulary, przedziale czasowym. Musiała patrzeć i już. Co prawda tylko od godziny: szóstej po południu, przez sześć godzin i sześć sekund (w tym czasie najbardziej dokuczała wszystkim wokół), ale to i tak było dla niej, kolokwialnie mówiąc, męczące. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że najpierw ją to rajcowało, że hej! Ale dzień w dzień te same obrazy? Oszaleć można!

 

W końcu było tego za wiele. O wiele za wiele. Wprost nie do zniesienia. Lecz cóż mogła poradzić? Nic! Jak już wspomniałem, nawet oczu w tym czasie, nie dała rady zamknąć lub czymkolwiek okularów zasłonić. Codziennie od wspomnianej godziny, musiała oglądać siebie, jak krzywdzi inne zwierzątka. Mimo wszystko, to jeszcze nie było dla niej – z wiadomych względów – aż takie nielubiane. Po prostu fajne powtórki. Ponadto z nią, w pierwszoplanowej roli. I dodatkowo, bez reklam.

 

O wiele bardziej ją dołował fakt, iż widziała dalsze skutki swoich uczynków. Ciąg zdarzeń, które rozpoczęła. Wiele wylanych łez i trudnych do wyleczenia ran. Dostrzegała to wszystko, czego nie była tak naprawdę świadoma, lub nie chciała być. Dokuczała wytrwale, ale co się działo później i jakie były tego konsekwencje, to już nie było jej broszką. Teraz czuła to samo co oni, gdy ich krzywdziła. Nawet ciało bolało w tych samych miejscach. A jeszcze bardziej umysł. Docierało do niej, jaka była wstrętna oraz ile zła wyrządziła. Odczuwała owe podłe uczynki na sobie. Wróciły do niej jak bumerang, w zupełnie innym, szerszym świetle, z podwojoną siłą, raniąc ją tak samo, jak ona raniła.

  

Zatem powzięła postanowienie, by za wszelką cenę naprawić zło, którego stała się przyczyną. Błagać o przebaczenie. O dziwo, nie miała z tym większego problemu. Jedni ją wyrzucali na zbitą mordkę, inni ową mordkę dotkliwie pobili, lecz ona tylko stała i nie miała nic przeciwko. Byli też i tacy, co od łapki przebaczyli. Będąc nadal silną i zawziętą, biegała wiele razy do tych, co w ogóle nie chcieli jej widzieć i wciąż wyrażała skruchę. Pytała też, jak może naprawić wszelkie krzywdy z jej powodu zaistniałe. Niestety, niektórych już nie można było naprawić. Stały się na zawsze rozbitym kryształem.

  

Pomimo tego wszyscy poszkodowani, doceniali dobre chęci. Nawet niektórzy pochwalili ładne okulary, mówiąc:

 

– No, no, no! Co za oksy! Ja nie mogę! Pożyczysz na trochę?

– Jak zdejmiesz z mego nosa, to z miłą chęcią oddam – odpowiadała rezolutnie.

  

I tak Zielona Myszka nadal musiała oglądać te wszystkie obrazy… ale teraz trwały krócej. Początek jak zwykle o: szóstej, ale widziała je: sześć godzin i pięć sekund, a nie sześć. I tak każdego następnego dnia, długość transmisji była krótsza o jedną sekundę więcej, a nawet co dwa dni, o dwie.

 

W końcu, pewnego słonecznego popołudnia, mogła okulary zdjąć. Momentalnie stały się bardziej piękniejsze. Odetchnęła z ulgą. Owinęła białą chusteczką i poprzez delikatność lnu, roztrzaskała zawartość, na drobne kawałeczki, tak samo ciężko sapiąc, jak ciężki był kamień, którym dokonała...

 

...zemsty.

 

W tym samym czasie, usłyszała za sobą, cichy szelest. Spojrzała za siebie. Dżdżowniczy Wiedźm falował ciało na kopytku. Żółte ślepia, obserwowały ją intensywnie.

 

— Dobrze zrobiłaś, niszcząc te wstrętne okulary. Pomyśl, ile musiałaś przez nie wycierpieć, aż tyle godzin dziennie, oglądając te głupawe zwierzaczki, rodem z filmów klasy: b. Ech, tfu, co ja mówię. Z.

 

Zielona Myszka podjęła decyzję, jeszcze mocniej ściskając w łapce, zimny kamień.

Opublikowano

A–typowa-b↔Dzięki:)↔Jam rad, że zatrzymał tekst, bo trochę przydługi jest.

Dlatego lubię "kawałkować teksty"↔Łatwiej się czyta, zdaniem mym, bo wydają się krótsze.

Podobnie jak z filmem. Im więcej różnych krótkich ujęć, tym się wydaje całość krótsza.

Pozdrawiam też serdecznie:))

P.S↔Masz ciekawie sformułowany nick:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w czarnym ogrodzie opowiesz mi wszystko   w czarnym ogrodzie nie mogę być blisko   słowa rzucane z kamieniem o drzewo   rozejrzyj się drugi masz serce po lewo   marzę o wiśniach czerwonych na liściach   otwarcie zamknięci miłością ujęci   gorycz otula wiatrem przeklętym   patrzę na Ciebie cieniem objętym   czerni przeniknę zostawię nadzieję   wierzę że wróci   nim się przemienię...   @Achilles_Rasti

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Wiersz bliskiej mi osoby... publikuje za jej zgodą :)  
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...