Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 865
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. kołysz w cieniu zwątpień tęsknoty w pamięci kołysce przerwaną struna pozoru wspomnienia ożywia czyste tam złudzenie wygładza rany zabliźnia mami osłabia na krawędzi kryształu obraz łez zbłąkanych niech wykapią tęsknotę za brylantem drewnianym gdzie w zranionej poświacie cień drogę wyznaczył by w bezczasie podążyć spróbować wybaczyć
  2. Właśnie wypełzło ze sporych rozmiarów Dostrzegalnej na rozległej powierzchni O barwie zgniłego Ma niecodzienny wygląd, jakby coś w rodzaju Gdyby spojrzeć od strony Na przodzie zwisają lepkie, długie Z tyłu, krótkie, okrągłe Po bokach, bardzo ostre Niczym doczepione do drgającego Wtem dostrzega w oddali słysząc przeraźliwy Podobny do wielkiego, skrzeczącego Jest zmuszony do odwrotu w kierunku Pomimo szybkiej ucieczki i przeskakiwania czuje na sobie, wstrętnie cuchnące Jednak po jakimś czasie, przestaje być takim Obraca przód do tyłu i apetycznie atakuje Ma teraz ciało, większe od największego Widzi jasne wyjście, z tego durnego Właśnie wypełza, ze sporych rozmiarów Dostrzegalnej na rozległej powierzchni
  3. w ciepłej słodyczy promieni słońca ciastko wiosenne polukrowane nutami kwiatów miodem złocistym muzyką łąki smakuje całe drzewa jak co dzień liście wciąż liczą czy doczepione są wszystkie nadal wtem gałąź płacze jednego braknie wierzy że wróci choć teraz spada skrzydłem przytula świt o poranku motyl co nynał we śnie różanym ślimaczek żwawo biegnie zielono pragnie na różki serek kochany strumyczek rześko dzionek obmywa szmerem srebrzystym rozbudza śpiących aż pasikonik ku niebu skoczył kwiatuszek ziewnął niby niechcący żabka zielona gdzieś na kamieniu pod pajęczynką przysiadła pewno rechoce dumnie do lilii wodnej ty nawet nie wiesz jam jest królewną *~* w poświacie jasnej migoczą w wodzie złote diamenty co blask pieściły razem z chmurkami z błękitu szepcą by nie zmarnować tu każdej chwili
  4. diabeł w piekiełku marzy dziś rzewnie choć pod kociołkiem płomienie smęcą on w anielicy kocha się pięknej rogi kopytka miłością dźwięczą zbulwersowany łypie lucyfer nawet grzeszniki są dziś zgorszone amorem dostał choć ledwo zipie uczuciem chwaścik szatańsko płonie mając gdzieś szefa z piekła pospiesza tam luba skrzydłem rusza powabnie namiętność wrząca ich ciała zlepia niebo ni piekło nie zerwie żadne jasność i ciemność w tańcu złączone lecz narzekają bo wciąż im mało aż nagle postać ogłasza koniec by zakochanych zrobić na szaro
  5. Drabble Smutek ogarnął miasteczko. Został zastrzelony ukochany szeryf. Nawet zamknięci w więzieniu, łezki uronili na pryczę. Nic dziwnego, gdyż trzeba uczciwie przyznać, iż św. pamięci, był przyzwoitym człowiekiem. Starał się każdego sprawiedliwie osądzać, bez względu na jakiekolwiek aspekty przynależne. Czy można domniemać, że w czasie pogrzebu na parkingu przed cmentarzem, była kupa przyjezdnych dyliżansów i pustych koni. Można. Ponadto niejeden w tym dniu, z uwagi na szacunek dla zmarłego, nie strzelił bliźniemu w plecy. ? –– Spójrz synku. Widać sens twojego taty. –– Gdzie? –– Tam wysoko. Gwiazda z nieba wystaje. Symbol tego jakim był człowiekiem. –– A z ciebie mamusiu, co będzie wystawać, gdy umrzesz?
  6. zjadacz znowu jojczy płacze zwłoki jakieś dziwne takie niezły obiad lecz od dzisiaj zobojętniał mu ten smaczek kiedyś plamy go kusiły tym odorem ślicznie słodkim teraz zerka jakoś smętnie niedojada gryzą troski skóra mięsko sztucznie zgniłe ciekawego nic nie strawię gdzie te pyszne dawne trzewia chyba siebie zjem niebawem rozmarzony siedzi w kącie chociaż członki bardziej liche nagle wstaje łypie żwawo podskakuje nawet z życiem idzie nowe inne danie chociaż obiad jest niecały bo od dzisiaj kremowanie człowiek w urnie usypany zjadacz strasznie wychudzony a ta nowość bardzo kusi wtem w przełyku popiół suchy ciało swoje wnet zakrztusił oddech prawie w nim zamiera aż bez zwłoki drgawek dostał zanim skonał chociaż wspomniał kiedyś to był smaczny rozkład
  7. Tekst powtórkowy nie wiem czy zdołam wybaczyć zwierciadła tafli srebrzystej obrazem fałszu mnie zwiodła miłości twojej tak czystej przytul mnie swoimi łzami na łące gdzie lustro jest inne tam zapach kwiatów powrócił w odbiciu twe serce niewinne przytul mnie swoim uśmiechem gdzie serce serca nie rani cierpienie w nas pozostanie lecz nie jesteśmy tu sami
  8. Zmieniłem tytuł Dawno dawno temu, gdzieś tam w galaktyce, solidnie dysząc spłaszczonymi płucami, wypełza typ spod ciemnej gwiazdy. Strudzony wielce oraz spocony, niczym mysz w norce bez klimatyzacji, żywi wygłodniałą nadzieję, że teraz wreszcie wydostał ciało i umysł, na zawsze i na wieczność. Otrzepuje wesoło krótkie porcięta z resztek ciemnych światełek i wyrzuca je do czarnodziury, dziurawiąc niemiłosiernie, wnerwiony horyzont swoich planów i marzeń. Dlatego też ni stąd ni zowąd, nie zauważa i nie słyszy echa, albowiem ślimaki w jego uszach, grają na bębenkach, ucztując smakowicie, pożerając ser, którym obleczone są ich rogi. Nie zauważa też wysokich ograniczeń po bokach. Dopiero po chwili dostrzega leżący wniosek. Przeto dochodzi do wniosku, że wędruje na dnie wąwozu. Z każdym krokiem, ściany są coraz bliżej, jakby wchodził do lejka. Na domiar złego, nie może przestać. Musi iść. Wtem dostrzega piłkarza. Lekko spłaszczony, kopie też z lekka spłaszczoną piłkę. Ta rozpędzona jak absurdalny bicz, uderza typa w głowę. Ów wszczyna kłótnie, mimo wszystko pojednawczą, ale po chwili z lekka otumaniony, znowu widzi gwiazdy. Na szczęście już spod żadnej nie musi wychodzić, gdyż są leciutkie i tylko zwiewnie otrzeźwiają, gilgocząc strudzone ciało. Niestety. Piłka odbita od ciemienia, leci dalej. Trafia w kran na ścianie. Niszczy go doszczętnie, a wypływająca woda, zaczyna potop. Tu następuje zmiana bohaterów w tekście, gdyż dotychczasowi giną w odmętach, z braku tchu. Jednak nie wszystko ginie. Szczególnie przyszłe wydarzenia, obiekty oraz nowi bohaterowie. W powstałym oceanie, płynie sobie spokojnie, pośród pluszowych rekinów oraz pomiędzy płotkami, łódź podwodna, w kolorze słoneczka. W środku słychać mamroczące, niewyspane rżenie. Odgłosy owe, wydaje ranny koń. Wstał ze żłoba za wcześnie i teraz marudzi, nie do końca rozbudzony. Ponadto głodny, gdyż nie mógł wybrać, czy pożreć owies, czy siano, czy też truchło osła, który też nie wybrał i zdechł. Nagle łódkę z zawartością, połyka także wygłodniały kraken. Na domiar złego, tnie na wilgotne strzępy, wbudowaną piłą mechaniczną, by po chwili strawić i wydalić niepotrzebne odpadki. Tym samym zanieczyszcza środowisko wodne, doprowadzając do szewskiej mokrej pasji, wkurzone koralowce, które budzą oceaniczną wróżkę. I bardzo dobrze. Nie przynajmniej nie przegapia randki z morskim bałwanem. Razem odnajdują na dnie morza, strasznie zawilgocony, pokaźnych rozmiarów skarb. Nie zauważają jednak, iż kryje on w sobie, przeklęty bunkier, na którego klątwę rzucili duchy bohaterów, oficjalnie już w opowiadaniu, niewystępujący. Czyli: typ spod ciemnej gwiazdy, ślimaki, bębenki, ser, piłkarz, koń, osioł, pluszowy rekin, kraken i inni. Dlatego po chwili, wróżka i morski bałwan, nie żyją długo i szczęśliwie. Chociaż to wcale nie jest takie pewne, gdyż właściwe zakończenie, skradli wyżej wymienione duchy i wywlekli poza stronę. Nawet puenty z końcowych wnętrzności nie wyłuskali, by ją zostawić do przeczytania. W sumie może to i lepiej, bo na takiej okrwawionej puencie, krew mogłaby skrzepnąć, kusząc wampiry do jej obgryzania i czosnek na kołku wie, z kogo by tam jeszcze, krwinki wyciućkali.
  9. w odłamkach zwierciadła łąkę zrodziłeś ziemia czarna i strumyk płonie że niby co że to już koniec kwiaty zwiędłe i złote kłosy białe motyle złem nieskalane trup skowronka lecz pieśń została czy miłość powróci przez lustro całe
  10. nawet słodkie te kostki cukrowe lecz cóż z tego skoro tyle złości każda ma w sobie przepychają jedne drugie prostokątnością tudzież kantami każda sobą inną rani przed nimi kostka miodu potężna złotem zabłysła słodyczą nieskazitelna pachnie nią jak cud rozkwita cząsteczki cukru swym blaskiem nasyca pragną dotknąć lub chociażby musnąć by wybrać drogę jedynie słuszną lecz nagle dłoń z wysoka objawienie obraca punkt widzenia inny wyznacza po drugiej stronie piołun gówno i cytryna wiele kostek kryształków nie zgina
  11. @Wiechu J. K.→Dzięki:)↔Z czasem nawet bardziej :~) Tylko szybkość przemijania czasu, jest sprawiedliwa. Niezmienna dla wszystkich:) Pozdrawiam :~)
  12. @Alicja_Wysocka→Dzięki:)↔Tak sobie pomyślałem (czasami tak mam) że "jednym rymem", , będzie bardziej śpiewnie i uroczo:) Pozdrawiam :~)
  13. @violetta→Dzięki:)→ Nawet żar czasami:)↔Pozdrawiam:~) * @Poet Ka→Dzięki:)↔Ładne określenie. Takie liryczne:)↔Pozdrawiam :~)
  14. Król Lórk Przekręt Pierwszy, siedzi na błaźnie. Służy jako ryczka. Ma nie tęgą minę. Szczególnie ryczka. Nie dosyć, że jej chude lico i kanciata reszta, musi dźwigać władczy zad z doczepionym królem, to na domiar złego, ma ścierpnięte trzy pomponiki na mycce. Jednakowoż mina władcy, też tęgą nie jest. A to z uwagi na to, że przyszło mu dupnąć i siedzieć na czymś niewygodnym, popiskującym i wiercącym liche członki, na ile to możliwe. Królewskie siedzisko – za obustronną zgodą króla – wyciągnięto spod tyłka, lecz miejsce mebla zajął natychmiast wierny błazen i stąd ta cała sytuacja. Tron sprzedano na licytacji, a uzyskane w ten sposób środki płatnicze: świnie, krowy, dziewice itp. wymieniono na dwie bliźniaczki, z uwagi na potencjalne bezpieczeństwo narodowe, królestwa. Jedna z nich ma podobno tajemną moc, a druga potrafi świecić przykładem. Z tej to przyczyny, podwieszona na metalowym, nierównym suficie, służy jako silnie świecący żyrandol, by wreszcie w królestwie, bardziej widno było. Niestety, lepsza widoczność, ma też swoje wady. Zauważono wreszcie, całe połacie żołnierzy darmozjadów, którzy wyglądają na martwych i ani im w głowach, bronić królestwa. W tym miejscu, warto by zadać pytanie: przed czym? Nawet król i błazen, tego nie wiedzą, a co dopiero ciemny lud, chociaż od jakiegoś czasu, trochę bardziej oświecony. Może właśnie dlatego, zaczyna krążyć wśród poddanych przepowiednia, o swego rodzaju apokalipsie, z najmniej oczekiwanej strony. Lud dostrzega to, co może mieć kluczowe znaczenie, a czego nie zajarzył król, zajęty ugniataniem błazna i nie dostrzegł błazen, podtrzymujący króla. Dostrzeżono też dziwny, wygląd królestwa. Jakby nierówno miano pod sufitem oraz z innych stron. A co wreszcie do ludu dociera najbardziej? Ano dociera, wyfrunięcie przez Wielki Otwór żołnierzy, nagle bardzo ożywionych, którym wyrosły metalowe skrzydła, a nawet całe ciała, z metalu już teraz są. Brzdękające klekotanie pod sklepieniem, jest wprost nie do wytrzymania. Mniej odporni, muszą nawet krasnoludkami, uszy zatykać. Spod swego tyłka, król słyszy przytłumiony głosik: – Najczcigodniejszy z czcigodnych, słyszysz ten cholerny hałas? – Co tam brzęczysz błaźnie. Coś słabo słyszę. – Wyjmij krasnoludki z uszu, stara tłusta pierdoło! – Wyjąłem. Powtórz. – Słyszysz ten cholerny hałas? I widzisz, że mniej widzisz. – Nie dziwnego błaźnie. Wielki Otwór jest właśnie zatykany Sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca. Lud przewracany w miażdżących odgłosach, wielką powycinaną ścianą, nie ma szans na przeżycie, razem z krasnoludkami w uszach, zmieszanych teraz, z bębenkami i ślimakami. Można też dostrzec, pośród czerwieni i wszelkich szczątków, ciała całkowicie zmielone. Do wielu już nielicznie żyjących, dociera w narastającym mroku, nazwa własna króla. Tym bardziej, że druga bliźniaczka, robiąca za żyrandol, zgasła na wieki. Niestety. Właściwości pierwszej z bliźniaczek, znalazły ujście, po ciemniej stronie mocy. Sprawiły, że cała armia, opuściła królestwo. Ukształtowała ze swoich metalowych ciał, kształt apokaliptyczny powróciła do ziemi ojców, by zatkać Wielki Otwór i zrobić przekręt, jako destrukcyjna, niszcząca siła. Zakończenie alternatywne – Chyba widzisz, że płaczę. – Tak, dziecko. Widzę. A powiesz mamusi, dlaczego? – Zgubiłam go. Teraz się martwię, że ktoś znajdzie i będzie chciał otworzyć, moją ulubioną szafkę. – O ten chodzi? – Ojej. Tak. – Zaraz włożę gdzie trzeba, przekręcę i przestaniesz być smutną, że ktoś inny otworzył. Bo chyba mamusi pozwolisz, pysiu ty mój. – Mamo! Nie! – Dziecko kochane. A to co? Dlaczego do wewnątrz, włożyłaś resztki czerwonej szminki?
  15. ciało tańcuje rozkładu brzmieniem plamy pośmiertne rozkołysane chociaż mięsiwa już tak niewiele kiszki wylotem marsz grają śmielej włosy czaszkowe rozwiane całe wirują gałki wilgotnym brzmieniem stukają gazy z kośćmi na czele do życia wrócić chcą wciąż z zapałem lecz na piszczelach mięśni niewiele w miednicy wrzawa co tu się dzieje mimo że ciała już prawie wcale ty wciąż klekoczesz nadziei brzmieniem śnisz tylko biedny lecz o tym nie wiesz mózgiem zapewne tak ci się zdaje a kupka prochu została z ciebie kiedy te durne słowa zabierzesz nie chce je słyszeć przez wieki całe wciąż przesypuję ducha w zaśpiewie choć prochu ze mnie już tak niewiele
  16. Mój dziadek ze strony babci, mieszkał przy lesie i dopóki drzew starczało, był właścicielem tartaku. Na terenie wspomnianego zakładu, wyodrębniono obszar, na którym spoczywał drugi zakład, produkujący trumny. Dziadek też był jego właścicielem, ale już nie od strony babci, gdyż babcia jako pierwsza, postanowiła wypełnić, też pierwszy, finalny produkt, aczkolwiek w ostatniej chwili. Ponadto ostatecznie. Interes dziadka prosperował znakomicie i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu, aż mój drugi dziadek, ze strony drugiej babci, pozazdrościł pierwszemu, dobrze działającego interesu i jako zawistny rodzinny członek, wynajął roznosiciela korników oraz innych stworzeń, zjadających drewno. Mógł oczywiście wzniecić pożar, ale strasznie nie lubił ognia oraz być spoconym, a nie chciał obserwować z daleka, bez należytej satysfakcji. Niestety. Ów roznosiciel, raczej omyłkowo, zamiast zwierzątek żarłocznych, zaangażował leniwe, które dodatkowo cierpiały na boleści kiszek i musiały zażywać raphacholin, a nie wtranżalać drewno, nawet gdyby leniwe nie były. Pomimo tego, jednak trochę nabroiły i trzeba było podjąć oszczędną decyzję, czyli produkcję, krótszych, podziemnych domków. Sęk w tym, że ów pomysł, wywołał kolejny problem. Dlatego dziadek, myśląc roztropnie, na terenie zakładu produkującego trumny, kazał wybudować zakład, przycinający nieboszczyków na długość. Zarówno od strony głowy, jak i nóg, w zależności od życzenia rodziny zmarłego. Odcięte części pakowano do osobnych, fikuśne zdobionych fotką szkatułek, ale z tworzywa sztucznego, z uwagi na drewniane oszczędności. Niestety. Dziadka, inicjatora wszystkiego, też w końcu przycięto, a drugi dziadek, swoim tylko znanym sposobem, przejął interes, po przyciętym. Postanowił jednak wszystko pozmieniać i jego zakłady, produkowały wiórki dla chomików, z mięsną wkładką.
  17. figlarna wiosna chodzi po łące maluje kwiaty zwiewną sukienką oj chyba prędko ona nie spocznie skoro słoneczko odczuwa zewsząd szepce jej złotym magicznym blaskiem pan letni kocha ciebie szalenie spójrz tam ku tobie spieszy on właśnie a ty wciąż psocisz i o tym nie wiesz no coś tam widzę na horyzoncie ciepłe ma lico nawet nie szpetne jednak nie wróżę wspólny początek jego uczucie zapewne letnie
  18. Na kanwie melodycznej: "Paranoid"→ƁƖɑϲƙ Տɑҍҍɑեհ konwenanse chrapią słodko hulaj dusza to mi gra jak cytrynkę życie trzymam z niej wyciskam co się da wytryskuje soczek mokry nie poślizgnę się ja wiem jestem panem swego życia żółtym królem w mojej grze powędruję gdzie poniesie mnie... o tak ostrym wzrokiem drzewo ścinam but glancuję brzaskiem dnia słońce kocha dziś nierówno krzywy sufit ma ten las lecę z dachu z termoforem bulgoczący słyszę płacz dzięcioł spełnił moją prośbę wygryzł dziurki wolność dał tutaj z przodu ster złapałem z tyłu silnik odrzut ma znowu jestem samolotem po sam czubek odlot mam
  19. nie wiesz czy drogę otwierać tam gdzie pustynia piasek miałki co w oczy się wciska pragnienie wzmaga na twoje jęki wiatr odpowiada szyderczo cynicznie byś cierpieć potrafił musiał tu leżeć w milionach ziarenek co niszczą życie twoje istnienie byś kochał innych więcej niż siebie
  20. w spowitym mgłą kanionie marzenia skryte wśród skał wariat szybuje tu nad nimi lot mu zakłóca bliskość ścian uwalniam woń z kwiatów co kolor zgubiły zdrada bólem nie waży ogród jest niebem w snach wszystko co ziemi obrazem nieustannie ogrzewa słońce krwawe łzy tną zwątpienie strzępki sumień białe ślady nie parzy zwierciadlany płomień lecz ciało ranią kawałki srebrzyste zwęglony zeszyt z nutami i czasie strumieniu w szklanych ścianach duszy sprzecznych doznań widzę światło złudnych cząstek w zaułku myśli tonie kryształ umysłu rozbity w pył nucę muzykę stęsknionych pustych trumien
  21. @LessLove→Obejrzałem, przesłuchałem. Dosadnie, ale prawdziwie. Słowa, śpiew, muzyka i ogólne przesłanie, współgrają ze sobą. Aczkolwiek w tego typu utworach, dobrze jest dać trochę →dziecięcego śpiewu. Jeszcze bardziej zyskuje na prawdziwości i w sensie muzycznym, "nie tak równo" →trochę inny przerywnik. To tylko moje, subiektywne zdanie:)→Pozdrawiam:)
  22. @Mitylene↔Dzięki:)→Hmm? Nie twierdzę, iż nie może to być prawdą:)→Pozdrawiam:)
  23. (~:Teksty satyryczne :~) politycy politycy chciałbym radę wam zapodać mniej miłości trochę życzyć od przesady boli głowa wciąż tłuczecie piersi wasze moja wina mojej partii oponenci mają racje polityku się ogarnij czemu cudze wychwalacie że ci drudzy słusznie tylko czynią znowu tu zaznaczę więcej wiary z każdą chwilką no nie płaczcie w kółko jednak dla ojczyzny aż tak wiele tej empatii co potrzebna przy okazji wasz interes a gdy chciałby chichot jakiś z polityki zabrać ciebie to na szczęście wódz potrafi zawetować przeznaczenie *** polityka nudna słowem taki banał często gości bo wiadomo co kto powie w zależności z jakiej opcji fanatyków różnych harców pośród klapek oczy tylko nawet kupa wodza w smalcu dal nich chcianą jest relikwią czasem inna sytuacja choć nieliczni z tego słyną lecz przeważnie wciąż nawraca żeby tylko zgodnie z linią partii w której ciepli stołek mając w głowie wbite jedno oponentów zniszczyć społem my wszak nacją tą potrzebną czyż dla ziemi naszych ojców tych wysiłków w nas tak wiele oraz troski lśniącej w słońcu czy partyjny wszak interes żeby władać znów zaczynać by na naszą zmienić modłę aż w ojczyźnie każda chwila dla tak wielu będzie dobrem lecz pomarzyć można chyba miodem rzeka płynie wartko choć niestety też tak bywa dla bliźniego często sraczką
  24. gdy zlęknione szybowały o brzasku a w białych mgłach tulących świt rozedrgany obraz jutrzenki był ledwo dostrzegalny przezroczysta noc niewidoczna lecz prawdziwa szybowała nisko na łąką kryjąc w sobie ciemną stronę księżyca dlatego odczuwały niepokój krążąc nad koronami drzew prosząc wiatr o niezwątpienie w unoszeniu zwyczajnych spraw z końcem dla początku bez końca w wietrznym zaczarowaniu chwil ≈•≈ gdy przeminą już te same nie wrócą na nowo te w nas i te obok bo tak się zdarza że los oddali a ty głupi nie wiesz początek cierpienia czy właśnie ocalił
  25. @MIROSŁAW C. →Dzięki:)→ Jednakowoż do → "nowomowy" to im jeszcze daleko:)→Pozdrawiam :~)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...