Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

oględziny nie będą łatwe
bo jak odrysować kredą
na podłodze kontury truchła
tak żałośnie bezkształtnego

pościel wymiętą zostawmy
a na stole resztki kolacji
miejsce zbrodni jak randka gwałtowna
niech godną ma aranżację

niech myślą że było tu życie
gdy akta założą tej sprawie
choć ta miłość rozbita na strzępy
jak widmo - nawet nie krwawi

 

 

 

Opublikowano

@Gosława Nie o gwałcie, ale doskonale rozumiem Twoje skojarzenia i wcale się im nie dziwię, biorąc pod uwagę "elementy świata przedstawionego" ;D

Miałem na myśli jakieś negatywnie przełomowe wydarzenie, jakąś może "kłótnię ostateczną" pary ludzi, po której ze wspólnej przyszłości zostają już tylko "zwłoki" - coś w tym stylu.

Sypię, bo przeplatam stare teksty z pisanymi na bieżąco. W woreczku ze starymi, których bym się nie wstydził, widać już dno, więc będę już sypał coraz rzadziej ;>

Wena przychodzi i odchodzi, nie znasz dnia ani godziny. Cierpliwości ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie mam doświadczenia, ale coś mi mówi, że to faktycznie może być przyczyną ostatecznego rozpadu :P

Opublikowano

@Marek.zak1 Dziękuję, Marku. Są więzi, po których chcemy zostawić jak najpiękniejszego trupa - nawet, jeśli były jak widmo - urojone i nierzeczywiste. Choć z tak odklejonym od rzeczywistości spojrzeniem już pewnie tak chętnie się nie zgodzisz ;>

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Już czuję, jak na czole powoli wyrasta mi napis "ten, który ma pomysł i nic ponad to" xD

Żartuję oczywiście ;> Dzięki, Kocie!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

"góra", z duża dozą wyobraźni, ale to, w cyt. to rdzeń wiersza...

można by... pomyśleć o gwałcie, dla mnie jednak, to rozpad pary, 'zatoksykowanej' na całego, 

możliwe, że na wielu płaszczyznach. Tytułową zbrodnią, może być "zabicie" tego, co być może było między nimi na początku... np. miłość, a teraz.. truchło. Jest fajnie, tzn tragicznie i to pokazałeś.

Pozdrawiam..

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Aż tak bardzo widać, że najpierw była puenta, a dopiero potem powstał "wstęp" do niej? ;D Cóż, tak właśnie było. Choć często mam tak, że zaczynam od pomysłu, a puenta przychodzi wraz z rozwojem wiersza. Łatwo wtedy popaść w puentę "naciąganą", ale dopóki nikt mi czegoś takiego nie wytknął, żyję w przeświadczeniu, że i takie mi wychodzą nieźle ;>

 

Twoja interpretacja - w pełni zgodna z moim zamysłem, dziękuję! ;)

Ojeju, cudowne xD

Opublikowano


W pierwszą strofę tego utworu napakowałeś tyle, że więcej mi nie potrzeba. Pozostałe dwie, znacznie łagodniejsze i choć idealnie dopełniają całości, ja ciągle mam w głowie tę pierwszą. Niezwykle emocjonalna, brawo! a bezkształt w tym kontekście aż boli, niesamowicie nośny. Chciałoby się rzec nie zabijaj tej miłości...niestety...dokonało się. Miejsce zbrodni mówi samo za siebie. Pozdrawiam. 

Opublikowano

@tetu Zatem jest już "team pierwsza strofa" i "team ostatnia strofa", więc to chyba nie jest taki całkiem beznadziejny wierszyk ;D Pięknie dziękuję Ci za miły komentarz!

 

Opublikowano

@error_erros Zwabił mnie tytuł, zaciekawiła treść;) najważniejsze w oględzinach jest protokół,  bo jak się "u nas mówi", jak nie wiadomo co zrobić to robi się oględziny lub zwołuję odprawę, tak na przemiennie. Pozdrawiam:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak obsesyjnie unikam nudnej szufladki pt. "szczęśliwa miłość", że wpadłem po uszy w szufladkę wprost przeciwną ;/ Trudno, tak musi być. Mam w sobie tyle przemyśleń na ten temat, że nieprędko go wyeksploatuję :P

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Obawiam się, że nawet w takim wierszu nie mógłbym się powstrzymać przed sponiewieraniem jej choć odrobinkę ;D

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...