Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pośrodku bezczasu w przedwiecznej mgławicy nicości, w centrum pustki międzywymiarowej o nieskończonej liczbie wymiarów znajdowała się czterowymiarowa sferyczna czarna dziura, w której wnętrzu wnętrza zakwitł stelarny obiekt o jednej wysokości, szerokości i długości.
Była to gwiazda świecąca białym światłem. Biały karzeł o wielkości znacznie przekraczającej wielkość klasycznych białych karłów w naszym wszechświecie.
A im dalej upływał czas, tym stan plazmowo-gazowy przemieniał się coraz bardziej w stan ciekło-stały. Gwiazda skamieniała.

Anomalyjny ten obiekt przyciągnął uwagę międzyświatowych podróżników bez ciała, bezcieląt zwanych Wiatrami.
Wiatry stały się niewidzialną atmosferą skamieniałej Gwiazdy, pielęgnując prawa fizyki w kieszonkowej przestrzeni w której Gwiazda się znajdowała, tak żeby były stabilne, i żeby nie zapadła się sama w sobie.

Ale nawet istoty bezcielesne nie żyją wiecznie.
To, z czego się składały ulegało takiej samej degradacji jak materia organiczna, choć nie postępowała ona w latach, lecz w eonach, zarówno w drugim jak i trzecim kierunku czasu.
Wiatry mając wielką moc zdecydowały, że staną się symboliczymi patronami wymiaru, przemieniając się w pięć sferycznych słońc i dwa czworościanowe księżyce orbitujący centralny obiekt, planetę wielkości słońca. (Siedem Figur)
I jako słońca i księżyce istniały tak jak istnieją elektrony wokół atomu.

A poza wymiarem (tym) czas nie płynął.
Hiperprzestrzeń międzywymiarowa miała wszelkie możliwe kierunki przestrzeni, ale nie miała ani jednego kierunku czasu. Była jak czarny punkt otoczony wszystkimi wszechświatami, będąc zarazem ponadprzepaścią otaczająca wszystkie wszechświaty.

Gdyby spróbować narysować dwuwymiarowy rozkład kostki o nieskończonej ilości wymiarów stał by się on całkowicie czarny. (zakładając że używamy czarnych liń jako krawędzi)
Taka właśnie była hiperprzestrzeń. Była krzyczącą przestrzenią o kolorze, którybyśmy odebrali jako czarny.
I rozgwieżdżone niebo. Nie gwiazdami, lecz wszechświatami, które nigdy nie gasły. A ich konstelacje tworzyły każdy możliwy wzór, którego ludzka wyobraźnia mogłaby się dopatrzeć. Albowiem było ich tak wiele, że ich liczba dochodziła do prawie nieskończoności. (przyp. Red.)

 

Hiperprzestrzeń była jak hala wszystkich wymiarów.

Tak jak powiedziała dziewiąta symfonia Bethoveena poprzez czwarte poruszenie:

 

All dimensions hall.
Dimensions hall.
Dimensions all.

 

To nie jest widok, do którego jest przystosowany ludzki wzrok, który żyje w otoczeniu trójwymiarowym.
Nie sposób też sobie wyobrazić przestrzeni poza wszelkimi wymiarami czasu, gdzie wszystko działo się naraz i nigdy się nie działo zarazem nic.

 

Istoty takie jak Wiatry, byłyby dla nas bogami. Dla siebie również.

Tylko one potrafiłyby znaleźć głębszy środek czegoś co już samo w sobie jest środkiem.


I znalazły.

Na zawsze. Pod nigdy.

Powierzchnia Gwiazdy składała się z granuli.

Były to zastygłe kontynenty, niegdyś utworzone z niestabilnych zjonizowanych gazów.
Teraz stały się skamieniałym stanem materii, utkanym z niemożliwych skał na bazie wodoru, węgla i tlenu i helu.

 

Zastygły również majestatyczne łuki plazmowe, wyrzygiwane przez dawne słońce.

Teraz stały majestatycznymi łukami z kamienia, o wysokości (kilkudziesięciu) tysięcy kilometrów.
A jednak grawitacja ich nie burzyła.

 

Atmosfera Gwiazdy stała się różówo-fioletowa. Była ona resztkiem wodoru i helu, który przetrwał proces kamienizacji

i uleciał w górę, otulając ciało niebieskie.

 

Jednak to nie Wiatry były przyczyną procesu fossylizacji,

oni one ono były jedynie obserwatorami.
Oni one ono sprawili sprawiły sprawiło że hel nie uleciał poza wyznaczoną granicę atmosfery, tak żeby tworzył poświatę wieczystą wokół megaplanety.

 

I obserwowali. (sto lat)

I obserwowały. (tysiąc lat)

I obserwowało. (sto tysięcy lat)

I obserwowału. (milion lat)

I obserwowałom. (sto milionów lat)
I obserwowałet (miliard lat)

I obserwowałym (sto miliardów lat)
I obserwowałam. (bilion lat)
I obserwowałaś. (sto bilionów lat)
I obserwaliśma. (biliard lat)

Przez te puste eony działo się wiele rzeczy.

Cywilizację rodziły się i zdychały.

Rodziły się nowe definicje życia, czasem istniejąc równolegle a czasem prostopadle wobec siebie.

Z węgla i tlenu tworzyły się związki chemiczne, pary trójkąty orgie haremy i tak dalej

Niech będzie błogosławiony wodorotlenek i węglany.

Gdyby nie one, nic by nie zaistniało tak jak zaistniało.

Wszystkie te pierwiastki, choć niektóre podlegające innym prawom fizyki (co zostało skorygowane przez bezcielęta), znajdowały się w próżni pozawszechświatowej i były wsysane przez sferyczną czarną dziurę.

Skąd one się tam wzięły? One zawsze tam były. Być może wyrzucone przez inne wszechświaty, przez anomalie typu czarne białe dziury z lejkiem wystawionym poza czasoprzestrzeń, tak że materia wsysana wysysana trafiła do hiperprzestrzeni. (na zawsze)

To musiało być istne widowisko rywalizacji materii ze wszystkich wszechświatów.
Zapewne większość uległa totalnej anihilacji. A przetrwali losowo najsilniejsi najsłabsi na drodze kosmochemicznej ewolucji poza prawami czasu. Albo ktoś im (pierwiastkom) dopomógł.

Zapewne też zdarzyły się karykatury typu jednowymiarowy atom połączony z dwuwymiarowym atomem z trójwymiarowym atomem z czterowymiarowym atomem (i tak w nieskończoność)

Ale to raczej mało prawdopodobne.

Atmosferum pomogłyśmywam tak żeby zaistniałoto tak jak zaistniało.


 

Wiatry pochodziły z Atmosferum.

Z Atmosferum pochodziła Gwiazda.

Od Gwiazdy pochodziły Cywilizacje.

Z Cywilizacji pochodziły Królestwa i Księstwa

i Władze i Zastępy i Zwierzchności
i Republiki i Federacje i Unie

Bywało że różne życia i narody nigdy ze sobą się nie spotykały, gdyż odległość między nimi była zbyt wielka, a rzeka między granulami zbyt głęboka.

I tak oto coś kwitło i więdło.

A ich kwiaty zawsze miały kolor w odcieniach międzyróżu a międzyfioletu.

A ich łodygi zawsze miały kolor w spektrum niezliczalnych szarości. Od bieli do czerni.

A ich światło pięciu słońc było inne niż nasze światło.
A ewolucja lub inny proces doprowadziła do powstania nieznanych barwników. Szarych chlorofili.
Ale nigdy nie zakwitła ani nie zwiędła zieleń.

Bo zieleni nie było.

Póki jej nie odkryły inteligentne stworzenia.

 

Spośród wielu historii Cywilizacji istniały, istnieją i istnieć były 3 główne:
Linia czasowa Psonów (albowiem ich Forma przypominała psa)

Linia czasowa Kotonów (albowiem ich Forma przypominała kota)
Linia czasowa Kogutonów (albowiem ich Forma przypominała koguta)

A linie czasowe miały swoje linie czasowe, miriady wszechświatów równoległych.

Bo te trzy cywilizacje stały się największe,

Ale nigdy się nie spotkały.

 

Lecz zanim istniały Cywilizacje istniały nieskończenie długie prehistorie, w której jaskiniach mieszkali kamienni Olbrzymi, i sami byli nośnikiem kamiennych jaskiń, które stały się potem nośnikami istot w nich zamieszkujących.

Olbrzymi byli martwą naturą, nieożywionymi górami, które przez losowe fluktuacje zostały pobudzone na chwilę do życia.
Tak oto przez eony góry się wypiętrzały i przemieszczały. Prądy konwekcyjne sprawiały że granule ze sobą kolidowały i powstawały pasma górskie. Wieczna fuzja jądrowa pod opatrznością Siedmiu Figur powodowała prądy konwekcyjne.
 

Właśnie gdzieś w jednej z jaskiń która niegdyś była wnętrznością Olbrzyma zatliła się jedna z oznak inteligencji.

Ogień gaśnie. Blask ciemnieje.

Nie zna granic Nieskończony.

 

Wiele tysięcy lat później, skamieniałe łuki stały się trypometropoliami.
I Cywilizacja pięła się coraz wyżej.
A im wyżej się pięła, tym słabsza była grawitacja Gwiazdy, która w naszym wszechświecie powinna ich przygnieść.
Ale nie przygniotła.

I pięła się coraz wyżej.

Choć nie znała obróbki metalu.

Nie znała też wojen, śmierci ani głodu.

Bo natury obrosły wszechświat.

A jej owoce były liczne jak wieloświat.

I drzewa żyły z nią w harmonii. Nie czuły bólu gdy je ścinała.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za szczery komentarz, bo to wszystko prawda. Cóź mogę powiedzieć.. Trzeba nieustannie dbać o to, żeby w merytoryczny i przystępny sposób przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom, żeby wiedziały więcej.. żeby np. rozumiały PRAKTYCZNĄ część zastosowania "nudnej" historii, a mianowicie, iż historia to dziennik zdarzeń, który wykorzystany w odpowiedni sposób pozwoli oszacować przyszłość. Najciekawsze w tym jest to, że pisze to człowiek, który raczej ukochał przedmioty ścisłe: matematykę, fizykę, chemię, biologię, etc. ;) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Poet Ka Jest mi bardzo miło, że mój skromny wierszyk się Tobie spodobał Poet Ko :) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Berenika97 Mam dokładnie to samo zdanie. Uważam, że jako Polacy posiadamy na tyle intelektu i sprytu, że powinniśmy to wykorzystać. Nie na darmo słowo wywiad i kontrwywiad po angielsku to odpowiednio: inteligence i counterinteligence. ;) Dziekuję za przepiękny, rymowany komentarz, który mógłby być doskonałym uzupełnieniem tegoż wiersza. Bardzo to doceniam Bereniko. Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński      
    • porwane w ry- trzepot lekkich skrzydeł w wietrze nawzajem przycią- wpadają w quasi-śnieżny puch w impecie zaginają sobie skrzydła skra, rzucona w ogień zapalniczka słońce najcieplejszego dnia w tym roku smugi jak opatrzność bo- stęk połyka jej sapiący oddech pot to rosa miłości skraplana z trudnej do wdechu, ach, pa- pary, pary.. w powietrzu... smuga jego cienia ledwo widoczna z zniknęła jacy oni muszą być czer- jej skrzydło muska jego skrzydło tracą na chwilkę swe impety on ucieka, od tego, że goni ona goni, za tym by uciekać gorący wiatr po- porywa ziarnka piasku na rzęskach osiada więcej puchu za słabe skrzydła by je złamać trzeba by je zmiąć, czy podrzeć wir..zakręcił        ...nie nie widzę nie widzę cię a wiszę, wiszę kiedy ćmy wskakują w ognie wskaż mi dro- gi, drogę, drogi, drogi zderzenie samymi paliczkami odrywa z obu część energii aż padną oboje na ziemię   ============ dla najlepszego efektu sugeruje się, aby osoba recytująca wykonywała w międzyczasie deskę.
    • Zamknięty na pustej łące. Uwierzył. Ma przy sobie śniadanie, lecz usłyszał, że odczuwa głód. Uwierzył i opada z sił. Cisną go buty, chociaż idzie na bosaka. Też uwierzył. Pada deszcz, lecz nie może zwilżyć ust. Kolejny raz uwierzył. Ma dziesięć centymetrów wysoka, a trawa cholernie wysoka. Tak rzekł Głos.   –– A on uwierzył? –– Skąd wiedziałeś? Prorokiem jesteś? –– Jestem mówiącą małpą. Wierzysz? –– Wierzę. –– Akurat… zwierciadłem. Wierzysz? –– Wierzę. –– Cholera jasna. Czy jest coś, w co nie wierzysz? –– Tak. –– Co? –– Nie wierzę, że mógłbym w coś nie uwierzyć. –– To jest sprzeczność. –– Wierzę, że nie jest. –– Hmm… a zatem nic dziwnego, że jesteś... kim jestem.   ***   –– A kim jesteś? –– Tym, w co wierzysz. –– A w co wierzę? –– Skąd mi wiedzieć, konkretnie w co? Jestem wszystkim. –– Jak to wszystkim? –– Skoro wierzysz we wszystko, a ja jestem tym w co wierzysz, to jestem wszystkim.   –– Nie chce wierzysz we wszystko. Chce mieć wybór. –– Trudna sprawa. Szczególnie dla ciebie. Kolejna sprzeczność. –– A wiesz, że zawsze kłamię? –– Skoro powiedziałeś prawdę, że zawsze kłamiesz, to nie zawsze, bo przed chwilą nie skłamałeś. A jeżeli skłamałeś, że zawsze kłamiesz, to też nie zawsze kłamiesz. –– Ale wierzę, że kłamię. –– Czyli nie we wszystko wierzysz, bo w niektórych kwestiach mogłeś mnie okłamać? To ja już nie wiem, kim jestem. –– Wierzę, ale to nie zmienia faktu, że przez to zmienię realny świat. Pozostanie takim jakim jest faktycznie. Moje wierzenie lub nie, tego nie zmieni. –– Zatem dla każdego innym, w zależności od kontekstu, związanego z jego pojmowaniem świata. Czyli każdy ma swoje małe światki, z którymi się boryka w jednym dużym, takim samym dla wszystkich, w sensie niezmiennych zasad. –– Niezmiennych? Czy aby na pewno? Wierzę, że nie.   –– Skoro wierzysz, że potrafisz kłamać, to nie wiem, czy mogę ci zaufać? –– Nie możesz. A wiesz dlaczego? –– Wiem. Bo ty sam sobie nie ufasz? –– A ty? –– Nie można do końca ufać teatrowi, w którym gra się główną rolę. Kurtyna może być podniesiona za wcześnie. –– Lub za późno zasłonić nasze przedstawienie, przed publicznością. –– Chyba, że jej nie będzie. –– Ważne, by mieć dystans do samego siebie i wciąż ten dystans pokonywać, czasami na bieżni autoironii, co daje zupełnie inna perspektywę, spojrzenia na bliźniego swego i świat wokół. –– Jest jeszcze sufler. –– A co ma sufler do tego? Wierzysz, że jest i zawsze słusznie podpowie? –– Wierzę, że trzeba nam skończyć przynudzać, bo żaden rozumny tego nie przeczyta, ze zrozumieniem.   –– Rozumny w jakim zrozumieniu? W porównaniu, do jakich umysłów? Racjonalnych, zwariowanych, roztropnych, praktycznych, szalonych, abstrakcyjnych, stąpających twardo po ziemi lub kompilacji tego wszystkiego, co wymieniłem i nieskończonej reszty możliwości –– Wierzę, że umysł nie może stąpać twardo po ziemi. –– Ale jego transporter szarych fałd, już tak. –– Chyba, że się poślizgnę na własnej pewności, bo za gładko. –– Pewności czego? –– Wszystkiego w co wierzę, że uznaję za pewne. –– Na przykład życia po tym, jak zwalisz… –– Kupę? –– Nie. Kopnę nogą w kalendarz, a kołek w ścianie, za bardzo przerdzewiały? –– To akurat nie jest pewne, to całe: po tym, aczkolwiek możliwe. Na to nie mamy żadnego wpływu. Pozostaje jedynie cierpliwie czekać i tu akurat jest pewność, że każdy doczeka swój rozkład jazdy. –– Dokąd?   –– A skąd mam to wiedzieć? Nie byłem, nie wróciłem, a jak będę, to nie wrócę. Można jedynie domniemać, że jeżeli nic tam nie ma i znikniemy zupełnie absolutnie, razem z tym wszystkim, cośmy dokonali jako rasa ludzka, to można takie założenie, bardzo skrótowo przyrównać do sytuacji, kiedy człowiek przeżywa wiele wspaniałych przygód i nagle doznaje totalnej amnezji i nic nie pamięta, z tego co przeżył. To równie dobrze, mógłby tego wszystkiego nie zaznać i wyszło by na to samo. Szczęście nie pamiętane w nas umiera. Przestaje być szczęściem. –– Zło nie pamiętane, też przestaje nas męczyć jak diabli. Bo ta cała rasa, taka święta nie jest. I my razem z nią. Tfu! –– Ale jest czasami potrzebne w sensie porównawczym, by wiedzieć, co nas dobrego spotkało i co nam się udało uniknąć, gdyż czasami o tym zapominamy. Niezapominajki mają lepiej. Rosną i wszystko pamiętają. –– Nie wiem czy lepiej, skoro tak. No dobra. Kończmy, bo zgłodniałem. –– Chcesz mnie zjeść? A może wszystkie rozumy? –– Zgadnij w jakim zrozumieniu, jestem rozumny? –– Tak głupkowato skończymy naszą wspaniałą, jakże nowotarską dysputę? Jak tak można? Czterema razami o rozumach?   –– No przecież jesteśmy aż i tylko ludźmi. Potrafimy równie mocno miłować lub przeciwnie. Taki kogel mogel, cały czas przez los, lub nas samych mieszany. Mamy rozum, ale nie całą wiedzę, by pojąć chociażby własny umysł i nie podcinać gałęzi, na której siedzimy, od strony pnia. Już nie wspomnę o tym, co poza naszym pojmowaniem.   –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz?...        
    • @Na liniach czasu   lato z miodem   niebo z konstelacjami gwiazd   łąka złocista od kwiatów    lgną i tak przenikają się   jak miód na tej kromce chleba     dając smak ciepłych miesięcy   i kwiatów w słońcu stopionych
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...