Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Światło Księżyca pędzi z niebywałą prędkością poprzez otchłań kosmosu, wpada przez okno i siada na przezroczystym szyber dachu okazałej trumny. — Puk puk, czas wstawać –– puka paluszkiem promiennym w szklany daszek, budząc tym samym starego Wampira, męża nie całkiem świętej pamięci, Hemoglobinki oraz dziadka rezolutnej wnuczki: Białokrwinki.

 

Właściciel łóżeczka zgodnie z tradycją, otwiera najpierw pierwsze oko, by widział które otworzyć jako drugie, po czym odchyla wieko przyczepione na zawiasach i wyłazi na zewnątrz. Pech chce, że przy zamykaniu, przyskrzynia palec, co sprawia, iż od razu złazi paznokieć z opuszka. Teraz ma nie tylko jeden kieł, ale także popsuty środkowy. Jednak delektowanie psychiki smutkiem i ciućkaniem krwi z rannej kwaterki w kształcie trumienki, zostaje brutalnie przerwane. Fałdy piżamy, śmiesznie acz stanowczo, tarmosi Białokrwinka, wspomniana wyżej ukochana wnuczka, gdyż nie ma innej.

 

–– Dziadku. Przestań w tej chwili ciućkać i mlaskać, bo wiesz że tego nienawidzę oraz nie znoszę! –– wysławia kwestię naglącą. –– A poza tym –– dodaje –– przyprowadziłam gościa. To taki biedny, dzieckowy Wilkołaczek, który zostanie z nami, bo nie może powrócić do stanu ludzia.

–– Ludzia? Po jakiemu ty gadasz, moja ty ob. To nie jest prawidłowy język człowiekowy. I przestań szarpać za mą szatę, bo przez ciebie kilka kropel krwi uroniłem.

–– No cóż… przepraszam. Przyznaje, że słyszałam stukanie skrzepów o podłogę.

–– No co? Zazdrościsz mi cukierków na stare lata? Nieznośna jesteś i tyle. A pamiętasz jak…

–– Tak pamiętam, ale teraz choć. Chyba słyszysz jak cicho wyje, bo samotny. Jeszcze kupę zrobi z tej rozpaczy.

–– Co? Kupę? W moim domu? No jazda. Idziemy. Przestań się guzdrać.

–– Dziadku. Kto tu się guzdra.

–– No ja. Mówię przecież.

–– Dziadku… ech. Ta krew była przeterminowana, tak?

–– Może. Nie spojrzałem na termin przydatności, na wieczku.

 

Tymczasem niewielki, włochaty gość, z tej całej zgryzoty i głodu, pożera wszystkie myszy, hodowane na specjalną krew, do specjalnych drinków, które Stary Wampir tak uwielbia sączyć w tajemnicy przed wnuczką. A zatem teraz nie może udzielić Wilkołaczkowi reprymendy tęsknej, gdyż ciekawa świata Białokrwinka, by natychmiast zapytała: „Czemu”?

 

–– Dziadku. Zobacz jaki fajny. Gdy dorośnie…

–– Pokręcona dziewucho. Dorośnie? To jak długo masz zamiar owe maleństwo gościć w naszym domku?

–– No… to znaczy, gdy powróci do stanu ludzia, to raczej sam ucieknie. Nieprawdaż? Przynajmniej ja bym tak uczyniła, by nie zostać ze zramolałym wampirem, który mnie wyciućka do suchości.

–– Zramolałym?

–– O jejku! Żartowałam przecież.

–– Fajnie tu –– przyjaźnie zawył obgadywany. –– Przepraszam Wać Wampira za te myszy, ale były takie apetyczne, a ja głodny… no i tak, tego tam.

–– Dziadku? O jakich myszach on mówi? Znowu kombinowałeś zakazane drinki, pod moją nieobecność. Przyznaj się w tej chwili.

–– A niby do czego? Co ci przyszło do głowy, kochana Tętniczko.

–– Ja już dziadka dobrze znam. Babcia Hemoglobinka, też miała problemy z mężem.

–– Znaczy ze mną? Kto by pomyślał.

–– Dziadku… ech.

 

Po tych słowach, Białokrwinka i Wilkołaczek, zaczynają wspaniałą zabawę. Polega na wyganianiu wszystkich zaległych myszy, poza domostwo, by dziadek częściej mówił do rzeczy, a rzadziej: od. Oczywiście, bez przesady. Wnuczka tak naprawdę bardzo kocha figlarnego dziadka, całym tętniącym sercem i pajęczyną żył. Jednak zabawę zakłóca niespodziewany gość. Po prostu puka i wchodzi, chociaż nie wie, czy proszony.

 

–– Dzień dobry. Wszedłem.

–– Właśnie widzę –– zaskrzeczał groźnie właściciel, błyskając jedynym kłem. –– Ktoś ty?

–– Puchajtek jestem. Szukam małe co nieco. Miodu znaczy.

–– Masz szczęście, że tylko groźnie wyglądam.

–– Pan wygląda jak wygląda. Tak jest z każdym, co sobie wygląda, jak wygląda.

–– Co? Nieważne. Miodu nie mamy, jeno trochę gęstej krwi w beczułce zostało. Możesz wziąć i wyjeść.

–– A słodka?

–– Puchajtku –– wtrąca Białokrwinka –– ależ oczywiście. Wyciśnięta ze słodkich pszczółek.

–– Mogę zjeść tłustego misia? –– pyta Wilkołaczek.

–– Nie możesz zjeść słodkiego misia –– wrzeszczy Wilciu, co też akurat przyszedł. –– Nie jesteś u siebie.

–– A ty niby jesteś? –– warczy Wampir kłem. –– Co tu robisz?

–– Babci szukam?

–– Hemoglobinki? Dawno nie żyje. Widzisz łezkę w mym oku.

–– Chyba jednak zjem tłustego misia.

–– Tej babci, co ma duże uszy, wielkie kły i ogon?

–– To ty siebie szukasz? Mieszasz w bajce –– dodaje poważnie Puchajtek, nabierając łapą gęstą krew z pysznymi grudkami. –– Dobry miodzik. Miodzio –– po tych słowach wali beczułką chętnego na jego ciało.

–– A łaj –– jęczy maleństwo wilkołakowe. –– Obiad mnie bije.

–– Dzień dobry. Królcia Śnieżek jestem. Dziwnie mi jakoś. Jabłko wiedźmowe spożyłam. Chyba zasnę.

I zasypia.

 

Stary Wampir widząc coraz większe zamieszanie, jest coraz bardziej nerwowy, aczkolwiek przyjaźnie nastawiony. Dlatego każdego gościa –– oprócz wnuczki –– gryzie jeno w ucho, by ich trochę przystopować, lecz nie odgryźć. Przez to Królcie Śnieżek budzi ze snu. Lecz nagle wpada siedmiu i pół krasnala, robiąc wielki bałagan. Po chwili dołącza urodziwe dziewczę i kopie swój ciuszek, a za moment młodzieniec z pantofelkiem. Wilciu wychodzi, bo nie znalazł babci. Za to przyfruwa szara kaczuszka, co mówi, że ma w sobie pięknego łabędzia.

 

–– Nie chce misia. Zjem łabędzia –– mówi wiadomo kto.

–– Byś już przestał –– też umie wyć Piotruś Palusznik.

–– Popieram –– dodaje Jędzosia.

–– Ja też. Ja też –– kwili Celininiteczka

 

W międzyczasie Białokrwinka wyjada z beczułki Puchajtkowi, lecz ten jej krzywdy nie robi, bo to jednak krewna groźnego wampira, który siedzi zrezygnowany w kącie, ciućkjąc szkarłatne cukierki, popijając myszowym drinkiem. Po namyśle idzie zrezygnowany do swojego pokoju, wchodzi do trumny, zamyka wieko oraz oczy, by wreszcie spokoju zaznać.

 

*

Ktoś puka w szyberdach.

 

*

–– No co… kto tam?

–– To ja. Promień księżyca. Dosyć spania. Czas wstawać.

–– Chcesz powiedzieć, że ta cała heca…

–– Nie wiem i nie chce powiedzieć? Promieniem jestem, a te nie mówią.

–– No tak… nie mówią.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...