Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Krystyna błyskawicznie odebrała telefon. To był on.
- Tak, słucham - szepnęła drżącym głosem. Emocje były tak silne, że nie potrafiła się opanować.
- Cześć. Mówi Janek. Czy będziesz teraz w domu?
- Taak... dlaczego pytasz? – zdziwiła się. „Przecież dzisiaj Wigilia” – dodała w myślach. Po krótkiej pauzie Jan przemówił ostrożnie dobierając słowa – wysłałem dla ciebie i dzieci małą paczuszkę. Chciałbym, abyś odebrała ją osobiście. To z okazji świąt.
Pamiętał o niej. Cieszyła się. Miała ochotę go ucałować, gdyby tylko było to możliwe. "Tak! Oczywiście, że będzie w domu".
- Niech cię Bóg błogosławi – powiedziała z wdzięcznością. Była wzruszona.
- I ciebie też – odpowiedział. Miał lekko zachrypnięty głos. „To chyba przez ten mróz” – pomyślała. Poczuła niesamowitą radość. Chciała, żeby ten stan trwał wiecznie. „Życie jest dużo łatwiejsze, gdy czujemy się w jakiś sposób dowartościowani” – stwierdziła filozoficznie. „Bąbliki”, bo tak czasem żartobliwie nazywała swoje dzieci, wpadły z siłą huraganu do pokoju.
- Mama, mama! W co mamy się ubrać? – zapytała filuternie młodsza z córek, Liwia.
Ciemne oczy w kształcie spodków spoglądały uparcie na matkę. Krystyna zrobiła minę niewiniątka.
- Zaraz...zaraz.... – udała, że czegoś szuka - gdzież ja podziałam te eleganckie woreczki po ziemniaczkach ... pasowałyby idealnie do waszych nie umytych buzi i rozczochranych włosków – mrugnęła zawadiacko i cała trójka wybuchnęła śmiechem. Mersi przyjęła kokieteryjną pozę i z doskonale udawanym oburzeniem stwierdziła:
- O nie! To my już chyba wolimy inne kreacje. A tak w ogóle, to ja hrabianka Klementyna szukam moich magicznych spinek. Czy szanowna mama może je gdzieś widziała?
- Och! Wasza Wysokość - umknęły mi niestety z pola widzenia.
Dziewczynki zamknęły się w łazience, a Krystyna w międzyczasie przygotowywała odpowiednie kreacje świąteczne. Dla siebie również coś znalazła. "Przecież o to chodzi, aby dobrze wyglądać i dobrze się czuć." - stwierdziła. Zabrzmiało to jak slogan. „Może zostanę agentem reklamowym” – żartowała w myślach Krystyna. Rozległo się pukanie do drzwi. To posłaniec przyniósł paczkę. Krystyna wiedziała już od kogo. Podpisała pokwitowanie i zamknęła drzwi. Była wdzięczna losowi, że podarował jej takiego przyjaciela. Kogoś, z kim mogła szczerze porozmawiać. Kogoś, kto ją rozumiał i akceptował. To był człowiek z jej snów. Przeznaczenie zapukało wreszcie do drzwi. Głos matki wyrwał ją z głębokiego zamyślenia. Weszła do kuchni, aby sprawdzić stan gotujących się potraw.
- może być – stwierdziła, oblizując wargi. Tymczasem dzieci wyszły już z łazienki. Krystyna skierowała się w ich stronę.
- Ubierzcie się, proszę. Za godzinę będzie kolacja - oznajmiła. Dziewczynki posłusznie pomaszerowały do swojego pokoju. Zza zamkniętych drzwi dobiegały głośne okrzyki i śmiech. 12-letnia suczka Daisy leżała w kącie na posłaniu i leniwym wzrokiem spoglądała w stronę kuchni. Do jej nozdrzy docierały kuszące zapachy świątecznych potraw. Zbliżała się pora kolacji. Domownicy stali się bardziej wyciszeni. Na ich twarzach malowało się skupienie. Mimo wielu konfliktów, jakie ostatnio nawiedziły ten dom – w tym szczególnym dniu panowała serdeczna atmosfera. Krystyna skorzystała z wolnej chwili i zatelefonowała do Jana. Chciała jeszcze raz złożyć życzenia i zwyczajnie, usłyszeć jego głos. Podobno Wigilię spędzał u przyjaciela.
Musiała szybko zakończyć rozmowę z Jankiem, ponieważ pojawił się ostatni gość, którego wypadało powitać. Długo oczekiwany zresztą. Była nim matka chrzestna Krystyny, ciocia Augustyna, samotna, bezdzietna, 60-letnia panna, spędzająca prawie każdą wolną chwilę w domu Krystyny.

*
Eliza podeszła do domofonu
– Tak, słucham...kto? Już otwieram - Zwolniła blokadę i wpuściła gościa do środka.
- Cześć, przepraszam za spóźnienie – powiedział Jan wchodząc do mieszkania – taki jestem dzisiaj roztargniony – próbował ukryć zakłopotanie.
- Nie szkodzi, akurat szykujemy się do kolacji – uspokoiła go Eliza – Cieszę się, że Cię widzę – wyraziła szczere zadowolenie.
- Max jest pod prysznicem, zaraz do nas dołączy.
Przyjaciel Jana mieszkał razem z żoną na drugim piętrze starej, dobrze utrzymanej kamienicy w północnej części miasta. Lubił tu przyjeżdżać, choć ostatnio zdarzało mu się to coraz rzadziej. Miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Max z Elizą zaprosili go w tym roku na Wigilię. Zauważyli, że z Jankiem dzieje się coś niedobrego. Był przepracowany, zmęczony, chory i w dodatku jego życie uczuciowe znajdowało się w stanie skrajnej degradacji. Stał się przewrażliwiony i apatyczny.
Eliza sięgnęła do szafki z obuwiem, wyjęła męskie kapcie i podała Janowi. Posłusznie wsunął
stopy w miękkie klapki i udał się do salonu. Cichaczem położył pod choinkę drobne upominki dla gospodarzy. Zatopił się w miękkiej kanapie i czekał. Teraz dopiero poczuł, jak opuszcza go napięcie nagromadzone w ciągu całego dnia. Co za ulga!
Max urzędował w toalecie. Słychać było tylko jego ciche pogwizdywanie. Przyjaźnili się od dawna. Max doradzał Janowi w pewnych sprawach. Miał ustabilizowaną sytuację rodzinną, a to stanowiło wielki atut i umożliwiało mu bardziej wnikliwą ocenę pewnych specyficznych sytuacji. On już nie szukał, był spełniony w życiu osobistym, podejmował więc decyzje w oparciu o inne kryteria. Jan potrzebował kogoś takiego. Sam niestety był przedstawicielem tej grupy społeczności, której życie uczuciowe przypominało zgliszcza poprzednich wojen, na których toczyły się kolejne walki z coraz to nowymi przeciwnikami, gdzie co i rusz deptane były małe, delikatne, dopiero budzące się do życia bezbronne roślinki, które jakimś cudem rodziły się na tym padole ludzkich sprzeczności i duchowej pustki. Jan potrzebował stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i kogoś, kto uderzy pięścią w stół, zajrzy mu w oczy i powie: „tak jest dobrze i już” Taak... Max to taka bratnia dusza. On znał Jana na wylot. Czasem zdarzało mu się ujrzeć jego drugie oblicze, to gorsze oczywiście. Jan nawet żartował, że jest ich dwóch i każdy z nich prowadzi oddzielne życie. „Cóż... – stwierdzał – rzeczywistość zmusza nas do podejmowania różnych ról i kreowania wielu wizerunków własnej osoby, narzucania postaw i przyjmowania za swoje pewnych przekonań”
W drzwiach łazienki pojawił się wreszcie Max. Niewysoki, ciemnowłosy, pogodny czterdziestokilkulatek. Wydatny brzuszek zdradzał, że jego właściciel lubi dobrze zjeść, a sam zainteresowany sprawiał wrażenie zadowolonego ze swojego wyglądu. Sympatyczna powierzchowność i pogodne usposobienie czyniło zeń istotę niezwykle interesującą.
- Człowieku, coś ty tam robił tak długo ? – zapytał Jan, przyglądając się Maxowi z rozbawieniem. Przywitali się i zasiedli do stołu.
- No wiesz ... żony nie widziałem prawie tydzień... no wiesz, tego... a zresztą co ci będę mówił – mrugnął porozumiewawczo Max – Musiałem się w końcu do porządku doprowadzić – przygładził włosy – No i jak kochanie, będzie coś z tego? – obdarzył Elizę rozbrajającym uśmiechem. Błyskawicznie odbiła piłeczkę.
- A jak myślisz, skarbie? – zrobiła niewinną minkę i zamaszystym krokiem ruszyła w stronę kuchni, aby zabrać jeszcze kilka drobiazgów.
Zasiedli do kolacji. Wieczór spędzili w bardzo miłej, spokojnej atmosferze. Jan niestety musiał położyć się wcześniej. Był umówiony z dziećmi i z żoną na obiad świąteczny. Zmęczone ciało domagało się wypoczynku.

*

Dochodziła pierwsza po południu. Ewa krzątała się w kuchni i raz po raz spoglądała w okno. Oczekiwanie i napięcie, jakie mu towarzyszyło stawały się nie do zniesienia. Powinien zaraz przyjechać. Do kuchni weszła Melisa, nalała sobie filiżankę kawy i usiadła przy stole.
- Zaraz przyjedzie tata – stwierdziła tonem wyrażającym ufność, pewność i cień zdeterminowania. Ukochana córka tatusia, pomimo dwudziestu trzech wiosen nadal potrzebowała wiele czułości i ciepła. Nie przyjmowała pewnych rzeczy do wiadomości. Dla niej ojciec był uosobieniem doskonałości.
Michalina i Tomek siedzieli w salonie i prowadzili przyciszoną rozmowę. Tomek lubił starszą siostrę. Była jego lustrzanym odbiciem. Często pomagała mu znaleźć inną perspektywę, wtedy, kiedy już sam nie radził sobie z rozwiązaniem problemu. Dla niego tak naprawdę nie miało znaczenia, kto jest jej matką . Przecież mieli wspólnego ojca i tylko to się liczyło.
Miłą pogawędkę przerwał im klakson samochodu. Oboje spojrzeli przez okno. To był ojciec, przystojny, dystyngowany pan w średnim wieku. Szczupła, wysportowana sylwetka, chłopięca twarz i grzywka opadających włosów srebrzących się gdzieniegdzie. Ewa poczuła nagłe uderzenie gorąca. Znała dobrze ten stan. Ona go wciąż kochała i nie było na to rady.
- Cześć, witam – Jan powitał wszystkich obecnych ciepłym uśmiechem – miałem być wcześniej, przepraszam, naprawdę nie mogłem. Uściskał dzieci i zszedł ponownie na dół, aby położyć upominki pod choinką.
Nigdy nie czuł się tu nieswojo, chociaż tak rzadko bywał w domu. Najważniejsze, że zabezpieczył rodzinę. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy o wszystko jest tak trudno. Gorzej ze sferą emocjonalną, ale... chyba nie można mieć wszystkiego. Cóż... zawsze jest jakaś cena, którą trzeba zapłacić. A on płacił, płaci i płacić będzie. Szczególnie teraz, gdy został już na dobre uwikłany w kilka bardzo skomplikowanych przedsięwzięć. Nie miał już odwrotu i świadomość tego sprawiała, że czuł się czasami przerażony. Kontakty z kobietami, bolesne i nieczytelne... To była dziedzina, z którą nie radził sobie najlepiej. Wszystko zagmatwane, oderwane od rzeczywistości i pozbawione głębszego sensu. A teraz ona... I znowu rozkoszował się ciepłem ogrzewającym jego serce, radością jakąś niewypowiedzianą, która jak burza złocistych bąbelków rozpływała się po całym jego ciele. Walczył też z niepewnością, strachem, szukając odpowiedzi na zadawane sobie pytania, by potem jednym krótkim stwierdzeniem, jakby sam sobie chciał wylać kubeł zimnej wody, otrzeźwić się, wyrwać z tego błogiego, ale niebezpiecznego stanu. „Przecież to tylko eksperyment” – uspokajał się – „wszystko będzie dobrze”. Nie mógł sobie pozwolić na popełnienie błędu. Stał tak jeszcze może kilka minut, po czym skierował się na górę, aby porozmawiać z dziećmi. Wszystko było już przygotowane. Ewa poprawiła makijaż i zeszła na dół. Jan rozmawiał właśnie z najmłodszą córką. Mieli sobie wiele do powiedzenia. Zbyt rzadko się widywali. Wiedział, że nie był to powód do dumy. Usprawiedliwiał się tylko tym, że Melisa też miała napięty rozkład zajęć i nie zawsze ich wolne dni pokrywały się ze sobą. Spoglądał na córkę i trudno mu było uzmysłowić sobie, że ma przed sobą dorosłą kobietę. Odszedł z domu, gdy miała 13 lat i z pewnością bardzo to przeżyła. Gdyby można było cofnąć czas... Pocieszał się, że przynajmniej ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby chociaż w części zrekompensować jej poniesione straty. Z synem sprawa miała się podobnie. Tomek był tylko trochę starszy od Melisy. Rozmowę przerwała Ewa prosząc ich, aby zeszli na kolację. Resztę wieczoru spędzili we względnie miłej atmosferze. Jan musiał im wytłumaczyć, dlaczego nie może zostać na drugi dzień świąt i wydawało mu się, że przyjęli to ze zrozumieniem. Albo tak dobrze udawali... zresztą nie miał innego wyjścia. Musiał im powiedzieć tylko tyle, na ile pozwalała mu tajemnica zawodowa.
Około godziny 21.30 opuścił dom, po czym udał się z Otwocka do Warszawy, gdzie wynajmował mieszkanie przeznaczone dla tajnych operacji. Zresztą takich mieszkań miał kilka. Musiał je często zmieniać, ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że wszystko wyjdzie na jaw. Sprawa była objęta ścisłą tajemnicą. Życie owiane mgiełką tajemnicy, niewyjaśnione zagadki, o których wiedzieli tylko nieliczni, niesamowite wydarzenia – to wszystko wzbudzało w nim dreszczyk emocji, ale bywały chwile, że czuł się tym zmęczony. Nie było drogi odwrotu z labiryntu, po którym się poruszał. Uwikłał się w zbyt wiele, być może interesujących, aczkolwiek niebezpiecznych pętli. Nie sposób byłoby opowiedzieć komuś, kto prowadzi zwykłe, normalne życie to, co dzieje się z nim i w jakiej rzeczywistości egzystuje. To dwa światy, odległe i różne, a ich przedstawiciele zbyt mało o sobie wiedzą. Granicę pomiędzy nimi można niechcący przekroczyć, on o tym wiedział. Potrafił wręcz po mistrzowsku manipulować ludzkimi uczuciami, co oczywiście było jednym z podstawowych narzędzi, jakich używał w swojej pracy. Byli w jego życiu ludzie, którzy przekraczali tę cieniutką, niewidoczną granicę. Zazwyczaj jednak wszystko szło dobrze i po wykonanym zadaniu pozwalał im powrócić do „pierwotnego stanu”; tak czasem nazywał powrót do rzeczywistości. Czas takiego „zabiegu socjotechnicznego” był oczywiście uzależniony od stopnia trudności sprawy, profilu psychologicznego osoby będącej królikiem doświadczalnym oraz otoczenia, w jakim dany człowiek się znajdował. Był wysokiej klasy modelatorem ludzkich zachowań, błyskotliwym i wyrafinowanym. Kochał piękno, władzę i pieniądze, co wcale nie oznaczało, że zasługiwał na miano wyrachowanego, bezwzględnego typa. Wręcz przeciwnie – był bardzo wrażliwym, delikatnym, lecz przesadnie skrytym mężczyzną. Jak każdy miał swoje czułe punkty i jeśli ktoś go zranił, bardzo to przeżywał. Marzył o tym, aby jakaś kobieta obdarzyła go czystym, bezinteresownym uczuciem. W jego sytuacji było to czysta utopia, ponieważ jak dotąd każda napotkana kobieta interesowała się tylko tym, aby uszczknąć co nieco z jego władzy, pieniędzy i pozycji. To było jak zaraza, czaiło się wszędzie i nie wynaleziono jeszcze na to lekarstwa. Cały czas zresztą odczuwał skutki tej dziwnej epidemii, paraliżującej go od środka. A jednak ciągle miał nadzieję, tliła się w jego duszy, jak iskierka a on doświadczał nawet stanu błogiego oczekiwania...

*


Ewa podeszła do lustra. Z naprzeciwka spoglądała na nią twarz zmęczonej, aczkolwiek przystojnej kobiety w średnim wieku. Regularne rysy twarzy, drobna sylwetka, dystyngowana postawa, gesty pełne gracji – to wszystko czyniło z niej osobę, która zasługuje na szczególne zainteresowanie. Podobała się mężczyznom. Tkwiła jednak w nieudanym małżeństwie od 13 lat. Czuła się, jak rzecz, którą kiedyś ktoś kupił, stary grat przestawiany z kąta w kąt. Mogła być jeszcze przydatna. Sama najchętniej wniosłaby pozew o rozwód, ale nie miała siły walczyć. Coś w niej pękło. Wewnętrzna pustka, jakiej ostatnio doświadczała stała się nie do zniesienia. Miała dosyć oglądania męża „figuranta” odwiedzającego ostentacyjnie dom. Niedobrze jej się robiło na widok faceta manifestującego wszem i wobec swoją władzę. „Ma szczęście, że nie zdaje sobie sprawy z własnej tępoty umysłowej, żyjąc w błogiej nieświadomości” – stwierdzała złośliwie. To poprawiało jej na chwilę humor, niestety potem wszystko wracało ze zdwojoną siłą. Dlaczego dała się zniszczyć takiemu człowiekowi? Co z tego, że był ojcem jej dzieci? Pragnęła wolności, niezależności, poczucia szczęścia i radości z każdego zarobionego grosza. Zastanawiała się, czy byłaby w stanie porzucić to wszystko i zacząć od nowa. Z dala od niego, jego kłamstw, chłodu emocjonalnego i pieniędzy nie zawsze zarobionych w uczciwy sposób. Przecież tyle kobiet wychodzi na prostą o własnych siłach. Mogłaby chociaż spróbować. Miała szansę przeżyć jeszcze jedno życie i to na własnych warunkach. Ostatnio przyłapała się nawet na tym, że zaczyna współczuć jego dotychczasowym kochankom, które zwabiał niezmiennie w ten sam sposób z lepszym lub gorszym skutkiem. „Oni tacy są” – myślała – „głupi, goniący za nie wiadomo czym, żądni władzy i bezlitośni. Wydaje im się, że wszystko mogą, a każde świństwo ujdzie im płazem. Jedynym pocieszeniem jest to, że los prędzej czy później wystawi im słony rachunek, bo okaże się, że przekroczyli granicę”

Opublikowano

,,Ewa poczuła poczuła nagłe uderzenie gorąca''-tutaj się 2 razy Pani napisało.

,,Rozmowę przerwała im Ewa prosząc ich, aby zeszli na kolację'' -Wyrzuciłbym im.

******************

,,Miała dosyć oglądania męża „figuranta” odwiedzającego ostentacyjnie dom''.- Z tym figurantem to w środek tarczy


''Jedynym pocieszeniem jest to, że los prędzej czy później wystawi im słony rachunek, bo okaże się, że przekroczyli granicę” - niezwykle trafnie


''rzeczywistość zmusza nas do podejmowania różnych ról i kreowania wielu wizerunków własnej osoby, narzucania postaw i przyjmowania za swoje pewnych przekonań”- co prawda to prawda.

,,Kontakty z kobietami, bolesne i nieczytelne... To była dziedzina, z którą nie radził sobie najlepiej. Wszystko zagmatwane, oderwane od rzeczywistości i pozbawione głębszego sensu. A teraz ona... I znowu rozkoszował się ciepłem ogrzewającym jego serce, radością jakąś niewypowiedzianą, która jak burza złocistych bąbelków rozpływała się po całym jego ciele'' - nieźle napisane.

To wszystko wyżej wymienione to tylko mała kropla tego co zafascynowało mnie gdy czytałem. Tekst napisany bardzo dobrze, ciekawie, pomimo jego długości nie przyszło mi do głowy aby przestać. Co więcej... duży +

Opublikowano

Ostatni akapit mi się spodobał. Ma rys i zaciekawia. Reszta to takie opisy życia - nie powiem, że telenowelowe, ale za mało dla mnie wciągające. Czyta się fajnie, jednak czegoś jakby brakuje. Podkreślam - mnie osobiście :)

Opublikowano

Dzięki Asher. Będzie to dość długa opowieść, i pewnie jeszcze mnóstwo poprawek do zrobienia. Jednak jest to dla mnie tak ważne, iż jestem w stanie ponieść wszelkie trudy i przeciwności. Ze stwierdzeniami, że czegoś brakuje spotykam się bardzo często. Staram się być pilnym uczniem. I naprawdę zależy mi na wszelkich sugestiach, wychwyceniu błędów.
Jakbyś miał jeszcze coś do dodania, to daj znać, bo ja naprawdę mam głód wiedzy. Ta opowieść (czy powieść) ma dla mnie ogromne znaczenie.
Jeszcze raz dzięki i pozdrowionka :-)

Opublikowano

Wiesz co Jacek, ja nawet myślę żeby zrobić porządny plan tej powieści, niektóre rzeczy powywalać. Przede wszystkim jednak wypunktuję, bo się zaczynam gubić.
Pod wpływem sugestii bardziej się też skupiam na technice, przestaję podchodzić zbyt emocjonalnie do tekstu. Te trzy części będę przerabiać ponownie, wymyślę inny tytuł (ten mi się nie widzi jakoś). Kupa roboty przede mną, ale jam cierpliwa istota jest. Dzięki Wodzu :-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...