Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Jednak ''apetyczny'' tekst→powróciłem:)

 

 

>~( ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅L̲̅u̲̅d̲̅z̲̅i̲̅e̲̅ ̲̅'̲̅'̲̅g̲̅a̲̅s̲̅t̲̅r̲̅o̲̅n̲̅o̲̅m̲̅i̲̅c̲̅z̲̅n̲̅i̲̅e̲̅ ̲̅w̲̅r̲̅a̲̅ż̲̅l̲̅i̲̅w̲̅i̲̅'̲̅'̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅)~<

 

>~( ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅n̲̅i̲̅e̲̅ ̲̅p̲̅o̲̅w̲̅i̲̅n̲̅n̲̅i̲̅ ̲̅t̲̅e̲̅g̲̅o̲̅ ̲̅c̲̅z̲̅y̲̅t̲̅a̲̅ć̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̲̅)~<

 

 

– Co szanowny pan sobie życzy?

– A co jest ciekawego?

– Nasza specjalność.

– To znaczy?

– Rzygowinki szefa kuchni z pierwszego tłoczenia. Z żołądka poprzez przełyk, usta i chlup na zewnątrz. Mają odpowiednią konsystencję, zapach i wewnętrzne ciepło.

– Jak w niejednej rodzinie? Chyba się skuszę. Co pan radzi?

– Zamówić, bo dobre.

– Mięciutkie chociaż?

– Jak skórka zwłok w dotyku. Zapach też podobny. I te plamy!

– Długo będę musiał czekać?

– Aż szef zwymiotuję na stolik. Jak z niego chluśnie, to palce lizać.

– Na stolik? To nie higieniczne!

– Gwarantuję, że mają lepszy smak wymieszane z zapachem haftowanej ceraty.

– Rozumiem. Ale tamci jedzą z czystych talerzy.

– Nie każdy jest takim wytrawnym smakoszem jak szanowny pan. To dla nas przykre doświadczenie… ale cóż.

 

*

Dopiero teraz zauważam, że nie jestem jedynym gościem w tej ekskluzywnej restauracji. Siedzi tu wielu biesiadników wcinających różne specjały. Naprzeciwko stołuje się rozczłonkowana rodzina. Tak przynajmniej wynika z moich pobieżnych obserwacji wzrokowo słuchowych, gdyż siedzą osobno. Dziecko wcina rosół. Pływają w nim kępki włosów. Za każdym razem gdy nabiera łyżeczką z talerza, zwisają poza obszar nabierki. Mokre i poplątane. Aż ślinka mi kapie po jeszcze czystej brodzie.

 

Aktualnie sytuacja jest taka, że chłopczykowi wystają warkoczyki z ust. Już nie. Zrobił...śśśśślummpp i włochaty chapsik zniknął. Teraz będzie się ślizgał po przełyku z azymutem na soczki trawienne, by się kiedyś przemienić w soczyste gówienko. Póki co, tańczy wesoło w czeluściach brzuszka, myśląc z tęsknotą o tym co go czeka w kwasach żołądkowych. Z ust dziecka wystaje cienki włosek niczym nóżka pajączka. Małym paluszkiem podobnym do odwłoku, wciska go do środka. Drugą rączką wydłubuje ze słoiczka szczurze bobki, w posypce ze zmielonych wysuszonych myszy z dodatkiem konfitur z jagód.

 

Do ich stolika podchodzi kelner. Kładzie na białym obrusie płaską wersję jakiegoś zwierzątka, z kawałkami asfaltu. Zapewne mozolnie łopatą odklejone od nawierzchni jezdni. Od razu widać, że apetycznie rozjechany. Obiekt jest zamrożony z błyszczącymi skrawkami futerka oraz z wystającymi szpikulcami kości. Przebiły skórę ciekawe świata. Danie na pewno jest twarde i póki co stabilne. Doszedłem do takiego wniosku słysząc jak stuknęło o blat. Kelner wyciąga akumulatorową suszarkę i zaczyna odmrażać ów smakołyk. Na twarzy matki widnieje zniecierpliwienie a na obrusik spływa mazista breja w nieokreślonym kolorze. Jednocześnie na wystające strzępki żeber i twarde sztywne kłaki, nakładana jest słodka galaretka, zbita na wskroś śmietanka, tudzież krem czekoladowy.

 

Matka, jako że jej spieszno do skosztowania posiłku, wyciąga czerwonawe mięciutkie włochate flaczki, rozdziera je z wilgotnym plaśnięciem. Macza w dżemie truskawkowym i tak samo jak jej latorośl robi: śśśśślummmpp. Ojciec siedzi z grobową miną, potulnie czekając na swój ulubiony smakołyk. Ścierwo już zupełnie odmrożone zdaje się być większe, wilgotne i bardziej rozłożyste. Poza stół zwisa postrzępiony kikut łapki z przylepionym papierkiem, wypaloną zapałką, zwisającą kroplą soku pomarańczowego, strzępkiem skrzepłej krwi i czterolistną koniczynką.

 

Głowa rodziny wydłubuje ze zwierzątka dwie gałki oczne, zachowane na szczęście w całości. Następnie przecina nożem nerwy wzrokowe i turla szkliste kulki po drewnianej klapce. Leżą na niej pogniecione dżdżownice pomalowane różowym lukrem. Wkłada gałkę z przylepionymi ciałkami między zęby płaskiego zwierzątka i z błogą radością w swoich gałkach, soczyście ją nimi przegryza. Aż sika na wszystkie boki. Następnie wsuwa mokre kawałeczki do swojej jaskini gębowej. Z międzyzębów wycieka długa kleista kropla. Zatrzymuje się na chwilę, by po kilku sekundach mlasknąć do rosołu, znajdując ukojenie w krainie wilgotnych włosów. Dzieciak jest w siódmym niebie. Taki pyszny wilgotno-puszysty glutek. Od razu go wyjmuje i robi: śśśślummmpp. Matka nadal gmera w kłaczatej powierzchni, poszukując szarych kostek do oblizania ze słodkiej galaretki.

A tam w kącie przy czerwonym stoliku, ktoś nerwowo stuka łyżeczką o czerninę, posypując danie zmielonymi drzazgami z używanych trumien, starannie wyselekcjonowanych dla zachowania aromatu przodków.

 

*

 

Na podłodze dostrzegam różne plamy. Są duże i małe, podobne do kwiatków na łące o zachodzie słońca. Wiercą się na nich przylepione tłuste muchy. Podchodzi kelner i zadaje pytanie, czy życzę sobie spróbować andruty pomalowane pyszną żółtawą sraczka niemowlęcą z rozmazanymi owadami i szczyptą cukru waniliowego. Kiwam głową, że tak. Po chwili na podłodze nic się nie rusza. Widzę jak rozgniata muchę uzyskując ciemne mazidło. Jedno skrzydło zostaje miedzy paznokciem a końcówką palca. Wyciągam natychmiast i kładę na wafla. W końcu za nie zapłaciłem. Mówi, że smarowidło smakuje wybornie jak wydzielina z wrzodu z domieszką skórek cytrynowych. Kiwam głową, że tak... że pragnę.

 

Próbuję natychmiast. A gdzie tam wybornie. O wiele lepiej. Dodatkowo posypuje jedzonko posiekanymi paznokciami ze skrawkami pożółkłej skóry i kawałkami bananów. Leżą na stole w wydłubanej włochatej kości, ozdobionej strzępkami różowego mózgu, strupami z kolan i nacią pachnącej pietruszki. Muszę gryźć bo są twarde, ale smakują lepiej niż niejedne orzeszki. Polewam je pysznym miodem wyssanym z niejednych zatkanych uszów, lecz rozgotowanych na miękko ze szczyptą cynamonu. Chociaż lepkie mięsiste glutki czasami się trafiają. Dodaje też stare twarde odciski urwane ze zmurszałych zwłok, po które się nikt nie zgłosił. Miękko i przyjemnie chrupią w ustach. Widocznie ich wytwórca długo wisiał za oknem i odpowiednio skruszał. Nawet wyczuwam słodkawo-mdlący zapach wpleciony w nutkę jaśminu i lawendy Działa pobudzająco na apetyt. Pytam uprzejmie, czy mają jakieś inne specjały do spróbowania. Kelner z uśmiechem, ruszając skostniałą, łuszczącą się brodawką z bimbającym kłakiem odpowiada:

 

– Ależ oczywiście. Prawdziwą, niepodważalną specjalnością naszej restauracji jest: Kawior Gluniasty.

– O! A co to jest? Bom ciekaw.

– Baboki ślamazarne z nosa, kulane na kuliste kulki i rzucane do pojemniczka, by trochę poleżały, nabierając odpowiedniej gęstości. Zatrudniamy stu wyspecjalizowanych dłubaczy a jednocześnie kulaczy międzypalczastych. Jedynym utrapieniem, są co chwila słyszalne ciche brzdęknięcia gdy gotowe produkty upadają na blaszane dno. Mamy wersje: suchą i mokrą ze śluzem z dwóch dziurek oraz z domieszką kakao i cukru pudru. Niestety, to tylko dla wybrańców, bo bardzo drogie. Rozumie pan. Dłubacze każą sobie odpowiednio płacić. Nie ma co się dziwić. To w końcu ich własność. A poza tym nie każdemu tak samo szybko narasta. Towar deficytowy. Żeby zapełnić naczynko wielkości łyżeczki, muszą czasami cały dzień ciężko pracować. Prawdziwy szacun za to dla nich. I wypłata oczywiście. Pana na ten specjał po prostu nie stać.

 

– A jeżeli sobie sam wydłubię. Albo komuś.

– Po pierwsze: kradzież to ciężki grzech. Nie wstyd panu, mieć takie zboczone myśli? Po drugie, w naszej restauracji jest to surowo zabronione. Monitoring działa a kara dotkliwa. Chyba pan popiera kulturalne zachowanie w takim zacnym miejscu??

– W rzeczy samej, drogi panie... a jak sam się nieznośnik wykulnie?

– Zapłaci pan połowę kary. Jesteśmy wyrozumiali do pewnych granic. Dbamy o swoich klientów. Ale radzę w porę do środka wcisnąć jak tylko się wynurzy. Po co płacić nawet pół.

– Co racja to racja. Ma pan jeszcze jakieś propozycje?

– Na przykład wykruszkę.

– Wykruszkę?

– Brązową posypkę ze starych gaci znanych ludzi. Dobrze smakuje z śrutem zębowym wraz z plombami, strzępkami dziąseł i soczkiem ze świeżych jabłek. Nie wspomnę o specyficznej woni. No normalnie... nie można przestać jeść.

– Niewątpliwie. Choć szczerze powiedziawszy, sam mogę w domu wytrząsnąć na talerzyk...po jakimś czasie.

– Jak pan sobie życzy. Nie ingerujemy w prywatność klientów, poza murami restauracji. Proszę jednak zważyć na pięć gwiazdek. Tyle pan w domu nie ma.

– Fakt. Chociaż biały karzeł może by się na biedę znalazł.

– Pana decyzja... to niech pan sobie wytrząśnie z majtek pieprzonego karzełka na tą... swoją biedę. Sorry. Ja tylko grzecznie poleciłem.

 

*

 

Taki jestem zajęty różnorodną degustacją i rozmową, że nie zauważam na stoliku: specjalności szefa kuchni. Widocznie był taktowny i chlupnął niepostrzeżenie, nie chcąc przeszkadzać. Ciepłe rzygowinki, parujące kluseczki w różnokolorowej mazi. Taka z mych ust brudna ślinka cieknie, że muszę ją wytrzeć chusteczką, bo mi się zbiera na wymioty. Dotykam ciastowatej powierzchni paluchem, a następnie trochę podnoszę do góry. Między nim a specjałem, tworzy się kleisty gumowaty łącznik. Patrzę na niego dla zwiększenia apetytu. Galaretka ciastowata przez którą kukają kluseczki, jeszcze nie wystygła. Czeka aż ją skonsumuję.

 

Wyciągam z kieszonki zawiniątko, a z zawiniątka łyżeczkę. Wolałem przynieść własną. Dbam o higienę osobistą. Mało to różnych drobnoustrojów, takich i owakich krąży między nami. Nakładam trochę na łyżeczkę. A później znowu będę nabierać niedużo. Chcę się dłużej delektować pysznym smakiem. Pierwszy chaps jest najlepszy. Nie za gorący. Nie za zimny. Ciepłe gluteczki są roskoszą do kubeczków smakowych. Mówię wam. Raj w gębie. Co prawda, od czasu do czasu trafiają się bardziej twarde obiekty, ale gutam radośnie, bo tak smacznie uderzają o podniebienie przełyku.

 

*

Nagle z boku słyszę: śśśśluuupp. Patrzę i aż mnie zatkało z obrzydzenia. Facet wciąga zwykły makaron. Z czego on się urwał – myślę sobie – Chyba puszczę pawia. Niech leci prosto na niego. Ani odrobiny przyzwoitości. W takim ekskluzywnym miejscu. Bezczelność. Sięgam po księgę skarg i zażaleń. W końcu to niedopatrzenie władz restauracji.

 
 
Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @JuzDawnoUmarlem   Zamek zablokowany solą, a jednak udało się otworzyć drzwi na oścież. Bardzo piękny obraz otwierania się na drugiego człowieka po trudnych przejściach. "Spanie od ściany" - świetne! Dużo intymności ukryło się  w zaledwie trzech słowach.  
    • @andrew    Wiersz po prostu pachnie. Czytam i mam to uczucie, że chwila już minęła, ale została w kwiatach i w smaku czekolady. Piękne.
    • @Mel666   Inrygujący wiersz, przypomina mi  opis dysocjacji, poczucia odrealnienia i stania się widzem we własnym życiu. Może dlatego, że niedawno sama pisałam o dysocjacji.  Obraz pustej skorupy i uwięzionej w środku lawy robi wrażenie.  Piękny, choć bardzo bolesny wiersz. 
    • Szedł wolno chodnikiem, palił papierosa. Wzrok wbity w ziemię, w to co przed stopami. Zazwyczaj tak chodził po ulicach, nie wiedział o tym, bezwiednie się to działo gdy miał o czym myśleć a teraz miał bardzo mocno wiele rzeczy do zgryzienia przemielenia połknięcia i przetrawienia lub wyplucia. Jeszcze w międzyczasie, między myślami uważnie stawiał kroki, tak żeby nie trafić na łączenia płyt. Dopalił ostatniego macha i rozejrzał się za śmietnikiem. Kilka kroków dalej ktoś przed furtką trzymał ustawiony kosz. Nie lubił rozrzucać kipow po ulicach, choć nieraz przecież tak robił, wiele razy przecież, kiedyś niemal zawsze, ale zrozumiał że to nie w porządku, że to brud, bałagan że to nie wypada, że to nie kultura tak robić także z troski o przyrodę przecież, z troski o estetykę otoczenia. Więc już od dawna zanim rzucił niedopałek na chodnik, na ziemię szukał śmietnika. Tak jak teraz, ostatni mach i palcem strącił żar, przecież nie wrzuci tlącej sie fajki ryzykując podpalenie i pożar. Przeszedł kilka kroków które mu pozostało i otworzył pokrywę kubła wrzucając do środka zmientolony bezwiednie, nerwowo między palcami wyużyty filtr. Poszedł dalej. To była dłuższa ulica na przedmiejskim osiedlu domków jednorodzinnych. Miał dojść do końca i skręcić w prawo żeby trafić na przystanek autobusowy skąd trafi komunikacja do domu. Było tak jak go pokierowali. Na końcu skręcił w prawo i faktycznie zobaczył wejście schodami pod tunel pod ruchliwa ulica z torami. Zszedł po schodach blisko barierki jednak nie dotykał jej. Nie potrzebował się podpierać przecież ale okrutnie bał się czasów gdy będzie stary, bardziej niedołężny i będzie musiał korzystać z tego typu konstrukcji które uważał za brudne i niehigieniczne. Wejście wyjście z tunelu i kilkadziesiąt metrów dalej ulica, przejście dla pieszych i po lewej wiata przystanku. Udał się pewnym krokiem w tamtą stronę nie zważając już na to czy następuje czy nie na pełne płyty czy ich krawędzie. Zobaczył że na przystanku i w jego okolicy czekają dwie osoby wiec wziął to za dobra monetę jeśli chodzi o czas oczekiwania na pojazd ale i tak pierwsze co pokierował się pod wiatę wprost do rozkładu jazdy. Spojrzał na zegarek na rozkład jeszcze raz na zegarek. Więcej niż piętnaście minut, to była kupa czasu, bardzo dużo czekania. Szybko przeliczył ten czas na jakieś trzy papierosy które zapali w tym czasie i ucieszył się bo za chwile już w ustach trzymał całkiem nowego nieodopalonego marlboro. Jeszcze tylko znaleźć zapalniczkę w tych przepastnych kieszeniach. Od dziecka były przepastne to znaczy, że wiele tam się mieściło i przepadalo w tej przestrzeni na miesiące, nieraz lata. Głównie sterta drobnych śmieci papierki po batonikach, cukierkach, jakieś kartki pogniecione kilka pustych zgniecionych paczek po papierosach, słuchawki choć tak dawno już ich nie używał jakby przestała go cieszyć muzyka, kilka kasztanów z jeszcze poprzedniej jesieni, pozwijane w kulki kawałki foli aluminiowej, jakieś połamane pety. Rozumiesz czemu między tymi wszystkimi rzeczami ciężko mu było wyszukać ogień. To jedna to druga ręka ładowała się w którąś z kieszeni szukając w tej przestrzeni, pomiędzy tym bałaganem ognia. Był tam tego był pewien jeszcze niedawno odpalał papierosa. Była tam musiał tylko być cierpliwy i konsekwentny i się nie zrażać wiedząc, że rzeczy potrafią się ukryć jakby utopić w bałaganie ale odpowiednie zamieszanie tym wszystkich sprawi ze w końcu wypłynie gdzieś gdzie trafi mu w garść. No i jest! Odchodzi kilka kroków od przystanku bardziej nawet niż z respektu do wypisanymi dużymi literami zakazów prawnych co do palenia w takich miejscach rozumiejąc niechęć niepalących, a nawet palących papierosy do palaczy dmuchajacych dymem z płuc. Wiedział że palenie to smród oprócz tego, że uwielbiał papierosy i niektórych sytuacji w ogóle bez papierosa sobie nie wyobrażał. Taką sytuacja było wyjście miedzy ludzi tak ogólnie na ulice, do pabu czuł się bezpieczniejszy, bardziej pewny siebie, zasłonięty dymem. Taką sytuacją było także oczekiwanie na autobus. Nie lubił czekać na przystankach czując że marnuje czas że mija bezpowrotnie jakby ktoś mu go zabierał i właśnie ten papieros pozwalał mu wytrzymać te myśli, zabić je i uprzyjemnić te chwilę. Podniósł rękę do papierosa w ustach drugą zasłonił przed wiatrem, kciukiem zakręcił o kółko krzesające iskrę i.. -oo kur... -pod nosem zagryzł przekleństwo. Znał ten dźwięk wiedział co się stało, rozwalił się mechanizm i wytorpedowało krzemień z tej sprężynki która go mocuje więce teraz kółko kręciło się bez żadnego oporu nie dając żadnego efektu w postaci plomienia w postaci odpalanego papierosa dymu w płucach i spokoju w umyśle. Zamiast tego czeka go nerwówka, czeka go zapewne nieudolna próba naprawienia tego fajansu. W myślach przeklinał zapalniczkę i fakt że go to spotyka teraz jak i nieraz kiedyś. Rozbiera mechanizm odgina tę blaszkę i patrzy co tam się wydarzyło. Opadają mu ramiona bo nie ma nigdzie tego kamyczka kluczowego więcej musiał gdzieś wystrzelić więc już go nie znajdzie więc ogień do wyrzucenia ale co najważniejsze za tym idzie nici z palenia. Podchodzi do przystankowego wbetonowanego śmietnika i ze złością ciska zepsuty sprzęt, czuje zawód. Rozgląda się na dwóch współtowarzyszy oczekiwania na pojazd komunikacji miejskiej. Młoda dziewczyna w sportowej, kolorowej nadmuchiwanej kurtce z zaciągniętym na głowę kapturem, który skrywa jej twarz, stoi po zewnętrznej stronie wiaty i patrzy gdzieś przed siebie. Druga osoba to starsza pani, siedzi na ławce wewnątrz wiaty, obok wózeczek taki na zakupy ubrana zgodnie z kanonem tej grupy wiekowej jakieś beże na głowie, beret, apaszka na szyi, na nogach grube rajstopy pod sukienką (spódnicą może dodaje sobie w głowie bo nigdy nie wie jaka to różnica) czarne buty, babcia także patrzy przed siebie. -Raczej nie zwracamy na siebie na wzajem uwagi- mówi głos w jego głowie jako komentarz do sytuacji i dodaje: -chyba że czegoś od siebie chcemy- wiedząc co będzie dalej. Musi podejść do kogoś teraz i zapytać o ogień bo to cień jego szansy żeby zapalić, a teraz kiedy nie może i kiedy napsuł sobie właśnie nerwow zepsutym sprzętem jest mu to koniecznie potrzebne, potrzebne tym bardziej do osiągnięcia pewnego stanu spokoju. Zanalizował te dwie postacie i chociaż z góry zakładał porażkę jako że ocenił obie na osoby nie palące musiał się chwycić nikłej nitki jakiejkolwiek nadziei, jakiejkolwiek szansy i podejść do którejś i zapytać. A nuż- pomyślał- a widelec- automatycznie kolejna myśl dokleiła się do pierwszej rozśmieszając go tą banalną starą jak świat grą słów. Wybrał tą młodszą, stojąca dziewczynę oceniając tu prawdopodobieństwo by posiadała ona tak potrzebna mu rzecz na większe. Znalazł się obok niej i nie stawiając jeszcze ostatniego kroku powiedział -dzień dobry- poczym zatrzymał się i patrzył. Dziewczyna nie zareagowała wogóle, co zbiło go z tropu i odebrało sporo pewności siebie ale w tej sytuacji musiał być konsekwentny więce znów spróbował ale już nie tak radośnie tylko w sposób bardziej zachowawczy -ekhm.. - odkaszlnąplł cla zebrania myśli- dzień dobry- powtórzył się tym razem uważając by te dwa słowa były wyraźnie powiedziane. I czeka. A postać w kapturze ani drgnie patrząc gdzieś w dal, dalej niż to co było tu widać. Zamachal ręka i powiedział -halo proszę pani. Dziewczyna potrząsnęła głowa jakby wyrwana z letargu jak ściągnięta z innego miejsca i patrzy w jego stronę trochę zamglonym nieobecnym jeszcze wzrokiem ale wracającym do rzeczywistości z błyskiem ciekawości i zdziwienia że tu jest i że ktoś właśnie coś od niej chce i kim jest i co chce. Wciąż nic nie mówi ale ręką zsuwa kaptur z głowy i wtedy wszystko staje się jasne, nie mogła go słyszeć bo w uszach ma słuchawki z których słyszalne dla niego dźwięki wyraźnie sugerują że poziom głośności to bardzo duży. Dopiero ten gest zamachania zwrócił jej uwagę. A już się czuł gdy nie reagowała by zrezygnować z tej próby jako że poczuł się olany, poczuł że sygnał to niechęć i zaproszenie by odejść. Ona z uszu wyjmuje słuchawki i mówi -przepraszam pan coś do mnie..? -tak i dzień dobry i przepraszam że zajmuję i kłopoczę ale marze o papierosie czy może pani pali? -niee- przeciągając to słowo kręci głowa na boki- przepraszam pana. -to dobrze, to zdrowiej oczywiście, jeszcze raz przepraszam - wycofuje się w lekkich ukłonach zażenowany tą sytuacja w końcu ściągnął myśli tej dziewczyny z jakichś innych wszechświatów, z podróży o których nie mógł mieć pojęcia ich wagi, gdzieś tutaj do teraz do niego do siebie a nie czuł się godzien by jego problem oderwał ją z jakichś być może pięknych a na pewno ważniejszych dla niej myśli i spraw. Ale ona uśmiecha się do niego i wraca do swojej muzyki, słuchawki w uszach, do swojej strefy komfortu, kaptur wraca na głowę. Odchodzi te kilka kroków tyłem i zatrzymuje się obrócony już bokiem do niej tyłem do wiaty frontem do ulicy i bierze głęboki wdech. Sporo kosztują go energii takie sytuacje zawsze pamięta jak on się czuje nagabywany w ten sposób więc wie że to nie w porządku by komuś innemu wyrządzać taka krzywdę. Wie że źle robi a nie może inaczej teraz. Tłumaczy sobie że papierosy kocha że to jest miłość do palenia że to wyższa potrzeba. Czy to go usprawiedliwia pyta sam siebie jednocześnie zbierając się w sobie do faktu konieczności kolejnego podejścia i zaczepienia następnej osoby z listy. Pewnym ale starającym się nie nastraszyć starszej kobiety krokiem podchodzi i mówi trochę głośne -Dzień dobry szanownej pani Kobieta powoli kieruje wzrok na niego i mierzy go spojrzeniem takim od góry do dołu ale i na wskroś, pytającym kim jest i odpowiada lekko skrzecząc -Dzień dobry- zacinająco zamykając usta na koniec jakby chciała coś dodać ale silnie ściśnięte wargi miały powstrzymać kolejne słowa -Wie pani przepraszam za kłopot i że zajmuje czas - wie ze robi coś niezbyt w porządku i słowa dobiera tak by wyrażały to i skruchę za ten grzech tak by ustawiły tą zaczepianą właśnie osobę gdzieś wyżej niż jego, małego szarego robaka, niegodnego wobec tej postaci jej historii życia - ale ja to tylko krótkie pytanie o zapalniczkę, o ogień czy ewentualnie ma pani takowy? -Młody człowieku- starczy głos skrzeczy nieprzyjemnie jednak jest ona ciepła i życzliwa co wiele dla niego znaczy akurat - nie mam nie paliłam nigdy jak mój mąż który zmarł na raka płuc po wielu dziesięcioleciach palenia i po latach potwornej męki w chorobie. To był naprawdę okropny okres w moim życiu a objawy i efekty choroby to bardzo uciążliwe i bolące sprawy. Nie namawiam cię tu na rzucenie tego nałogu ale przemysł ta sprawę czy warto stracić zdrowie, życie... - zawiesza głos gdzieś na granicy nie wybrzmienia, następuje cisza która brzmi jak melancholia jak smutek jak żal jak tęsknota jak wielka miłość. Mężczyzna nie śmie przerwać tej chwili w żaden sposób żadnym słowem gestem patrzy się na stara pomarszczona koścista twarz drobnej kobiety i zastanawia się czy była piękna w młodości jak bardzo kochała swojego męża i dochodzi do wniosku ze chyba wciąż go kocha ze ma do niego żal ze ja zostawił tu sama skazując na usychanie z tęsknoty. Patrzy na nią dopóki jej zawieszone w przestrzeni wzrokiem oczy nie wracają do tu i teraz do sytuacji dopóki nie kieruje ich w jego stronę dopóki ich wzrok nie spotyka się w dwóch parach oczu i wtedy spojrzeniem próbuje jej pokazać ze ją rozumie że czuje jaki to ból ze dodaje jej otuchy po cxym spuszcza wzrok z pokorą. Nie wie co ma dodać powiedzieć czuje się z jednej strony fatalnie źe przywołał w kobiecie te bolesne złe wspomnienia a z drugiej ta kobieta chyba tego potrzebowała żeby to powiedzieć komuś, ma wrażenie że jej to lepiej zrobiło -Dziękuje pani, jest pani dobra osoba -i posyła jej uśmiech ale zamkniętymi ustami by nie pomyślała że się cieszy. -Dziękuje panu- kobieta jeszcze przez chwile studiuje go wzrokiem i po chwili odwraca głowę wracając myślami do swoich spraw. A on coraz bardziej popada w swoj obiekt pożądania coraz wyraźniej czuje smak i teksture dymu w ustach w płucach w powietrzu gdy wypuszcza go przez usta. Teraz rozgląda się trochę nerwowo po okolicy czy przypadkiem nie pojawił się ktoś nowy ktoś kto możliwie miałby cholerna zapalniczkę ale nikt tu nie podszedł bo nikt tu w ogóle po okolicy o tej porze chyba nie chodzi. Taka pora środek dnia roboczego ludzie w pracy w szkole pochowani w domach. -Problem - alarmuje go mózg a jego ciało to potwierdza stojąc w miejscu nerwowo się kiwa, nerwowo macha rękoma. Coś musi wymyślić -sklep - słyszy w głowie podpowiedz. Ma jeszcze jakieś dziesięć minut jednak niezbyt napawa go to optymistycznie tego typu dzielnice rzadko gdzie taki sklep mają bo mieszkańcy raczej zaopatrują domy w wielkich marketach więc małe sklepiki poupadały z braku klientów. Mógłbył wymyślić ten sklep wcześniej na przykład bo wtedy mógł zapytać o to młoda kobietę lub starsza panią teraz już napewno tego nie zrobi by po raz drugi zaprzątać czyjs poukładany świat swoją osoba. Już nie odważy się podejść wyrwać ludzi z ich muzyki z ich myśli do jakiś szarych i nudnych wymiarów z poziomu cudzych potrzeb, jego potrzeb. To szaleństwo wie o tym to uprzedzenie społeczne, to uprzedzenie do siebie a jednak nie decyduje się na drugi raz próby nawiązania kontaktu z żadna z kobiet. A teraz wyobraź sobie ze w tym wszechświecie nieskończonych możliwości jest rzeczywistość równoległa dla nam danej tu w której jakaś sytuacja zdarzenie wydarzyła się dokładnie odwrotnie albo inaczej. I tak jest z każda decyzja podjęta tu w równoległej rzeczywistości wszystko potoczyło się w inny sposób bo decyzja nie była podjęta albo ktoś podjął inna decyzje. I od tego czasu historia toczy się inna od naszej. I ta historia z przystanku ma kilka swoich równoległych zakończeń. Pierwsza: Mężczyzna nie znajduje nikogo z ogniem w okół siebie. Zaczyna coraz bardziej nerwowo chodzić po przystanku czym ściąga na siebie uwagę obu pań. W końcu wyciąga z paczki papierosa i choć nie może go palić przypatruje się mu obraca go w palcach i wtedy ta młodsza pani zachodzi go za plecami i puka w ramie, co potwornie go nieprzygotowanego i zaskoczonego przestrasza i aż podskakuje obracając się by zobaczyć o co chodzi -Proszę pana -kobieta wyglada na lekko rozbawioną jego dosc histeryczną reakcjalą- pan chyba źle sformułował swoje pytanie On myśli o co jej chodzi ale nic nie mówi tylko wpatruje się w nią wciąż lekko zaskoczony. Zachęca ją skupionym wzrokiem do kontynuowania. -Pan zapytał mnie czy palę papierosy a ja zgodnie z prawda odpowiedziałam że nie. Pomyślałam pierwsze co było dla mnie oczywiste że mnie pan pyta o papierosa, wie pan czy pana poczęstuje a potem -schowała roześmiany wzrok lekko zażenowany - że mnie pan podrywa w ten sposób proponując wspólne palenie -Jeny przepraszam - nie umie ukryć zażenowania ze tak odczytano jego intencje -Ależ nie ma za co to ja pana przepraszam bo teraz kiedy tu pana widzę jak pan jak nerwus nałogowiec chodzi w kółko po tym przystanku i pali tego papierosa na sucho to dopiero zrozumiałam o co panu chodzi. Papierosów nie palę to prawda ale panu chyba nie chodzi o papierosy skoro te pan ma panu chodzi o możliwość odpalenia tego papierosa. -T..ttak - lekko zszokowany sytuacją i zmieszany coraz bardziej gdy zaczyna rozumieć o co chodziło on szukał palacza w tej kobiecie gdyż założył że palacz będzie miał ogień. twierdząca odpowiedź na pytanie o to czy pali papierosy miała skutkować twierdzeniem że skoro tak to napewno ma ognia. -Więc co prawda nie palę ale ja proszę pana mogę mimo to panu pomóc. I zdejmuje z pleców plecak odpinając najmniejsza kieszonkę mówi -Ja mam ogień Roześmianymi oczami bada jego zawstydzoną twarz, zawieszając moment gdy ręka zniknęła w kieszeni plecaka -P..poproszę- niepewnie mówi bo zazwyczaj jeśli nie ma czasu by przemyśleć mówi niepewnie i wyciąga rękę -Ale mam tylko zapałki -mówi dziewczyna choć oboje wiedza że te w zupełności wystarczą -świetnie zupełnie rewelacyjnie, nie mogło być lepiej przecież -pozwala sobie na luz bo uda się uciec z nikomfortowej sytuacji niepalenia mimo chęci i możliwości. Dziewczyna wręcza mu paczkę i dodaje że może je zatrzymać że jemu się bardziej przydadzą. on dziękuje i komplementuje jej domyślność, narzeka na swoją bezmyślność i znów mówi o niej jak bardzo jest jej wdzięczny za wszystko. Na koniec żegna ją życząc wszystkiego dobrego. Ona uśmiecha się i wraca pod kaptur, do słuchawek, muzyki, podróży wśród myśli. Odpala papierosa kilka metrów dalej i rozsmakowuje się w pierwszych machach, waży gęstość dymu w płucach, puszcza kółko które niemal natychmiast rozrywa wiatr. Druga: Mężczyzna nie znajduje zapalniczki u żadnej z kobiet ale postanawia opanować pożądanie wynikające z nałogu i sygnalizowanie go swoją nerwowością więc siada na drugim, wobec siedzącej tam już kobiety, końcu ławki. Dziesięć minut do autobusu. Myśli o dziewczynie w kapturze, o tym jak poczuł się mały i nieważny gdy raz i drugi go zignorowała, gdy myślał że go ignoruje a to były słuchawki w jej uszach przypomina sobie że sam ma pare słuchawek w kieszeni i wyciąga je z zamiarem posłuchania od dawna niesłuchanej muzyki. oczywiście najpierw musi je rozplatać co specjalnie go nie dziwi choć frustruje za każdym razem gdy za każdym razem trzeba to robić. Podłącza słuchawki do smartfona i wyszukuje interesujące go nowości. Po trzech utworach podjeżdża autobus wiec staje i idzie w stronę drzwi, wsiada i w progu zderza się z mężczyzna który z opóźnieniem musiał zorientować się że to jego przystanek. Przy zderzeniu na podłodze jeszcze w autobusie ląduje paczka zapałek. Nie wiadomo wypada mu z ręki z kieszeni z plecaka i choć to gratka dla głodnego nałogowca, pewność że teraz na końcu swojej trasy z pewnością natychmiast po opuszczeniu pojazdu zaspokoi swą rządze, jednak podnosi je i staje jedną noga na chodniku jedną w środku i krzyczy -Panie Tamten obraca się więc unosi do góry dłoń potrząsając pudełkiem -wypadły panu Widzi jak tamten mruży oczy jakby nie mógł dojrzeć co i kto -zapałki panu wypadły Chce mu je oddać wiedząc jaka to męka gdy odkryje ich brak akurat pewnie w momencie w którym będzie mocno chciał lub musiał zapalić papierosa. A tamten macha ręka i obracając się w odwrotnym kierunku, plecami już do niego, krzyczy przez ramie -zatrzymaj je, mam zapalniczkę I to mógłby być koniec i tej wersji historii jednak gdy mężczyzna rozsiada się w pustym autobusie wybiera to poczwórne miejsce gdzie pary krzesełek są skierowane twarzami do siebie i na fotelu naprzeciwko widzi leżący zielony przedmiot. Ten oczywiście okazuje się zapalniczka a co nieoczywiste to odpowiedź na pytanie czy to ta zapalniczka o której mówił tamten człowiek myśląc że ją ma, licząc że ją ma, czy wypadła mu jak zapałki z dziurawej albo zaprojektowanej tak że wypadają z niej rzeczy kieszeni. Myśli jeszcze przez chwile o tym człowieku który podarował mu przez przypadek teraz już dwa ognie ale szybko skupia się na swojej potrzebie zapalenia i w głowie licząc przystanki, szacując czas do końca przeznaczenia podróży.
    • Ten sposób prowadzenia życia zmusza cię do zwiększenia prędkości by zdążyć na czas   choć wiesz, że szanse są nikłe słuchasz i nosisz nadzieję   ten wysiłek to twoja miłość włożona w każdy fragment życia czyli w obecność drugiego człowieka   jeśli przeczytam cię dzisiaj w co wątpię, bo braknie mi czasu spróbuję zrozumieć ile korzyści ma w sobie więzienie po takim ciężkim boju.   
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...