Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest tyle rzeczy i spraw
które chciałbym zostawić
w tyle

 

Gdy ciągle patrzy się świat 
ja w stresie chcę wyciągnąć
sztylet

 

Chcę żyć pełnią barw
bez zbędnych szkiełek i szmat
wbić go tam gdzie się da
niech zdycha choć przez chwilę

 

Podobno to jestem ja 
choć w duszy mi gra 
że to tylko gra 
nic nie jest tu prawdziwe

 

to mój bilet

Opublikowano

Co stoi na przeszkodzie, żeby odciąć balast?

ja - zbyteczne,

I ostatnie wersy:

 

podobno to jestem ja

a w duszy wciąż gra

nic nie jest prawdziwe

 

mam bilet

 

Co o tym myślisz? Pozdrawiam

Opublikowano

Propozycja Marii odnośnie ostatniego wersu zdaje mi się trafna,

osobiście nawet zaszalałabym bardziej i w ogóle się go pozbyła.

Dalej, co do formy, w drugiej zwrotce, w drugim wersie podmieniłabym "wyciągnąć" na "wyjąć",

jakoś tak płynniej dla mnie. W drugim wersie trzeciej zwrotki "zbędnych" uważam za zbędne :)

I to tyle uwag :)

 

Poza tym - ciekawy utwór, ma specyficzny "podróżniczy" klimat :)

 

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dziękuję za propozycję.

Faktycznie, wiersz byłby wtedy bardziej profesjonalny. Może nawet wyszłoby mu to na dobre, ale ten jest bliższy mojemu sercu i świadomie wybrałem taką formę. 

Dzięki temu ostateczna interpretacja jest bardziej klarowna, przynajmniej w moich oczach. Chociaż z tym jest tak, że każdy zinterpretuje to na swój sposób, to w pewnym sensie piękne, a ja nie chciałbym nikomu niczego narzucać. 

W każdym razie, nie będę się tak rozpędzał, bo wyjdzie z tego niezły monolog.

Pozdrawiam!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...