Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Rano Stary poprawił klinem i urżnął się na nowo. Wiedziałem, że nie będzie z niego żadnego pożytku. Gdy ujrzał karty i tę gazetkę, które porzuciliśmy na stole, uśmiechnął się blado.
- Pamiętajcie, chuj musi stać – pokazał zgiętą w łokciu rękę.
Pokiwaliśmy głowami i poszliśmy na śniadanie. Nawet cieszyłem się, że Stary zostanie w hotelu, bo mieliśmy cały dzień dla siebie. Mogłem planować do woli i robić, co tylko zechcę. Najpierw pojechaliśmy ze Ślepym do domów towarowych „Wars” i „Sawa” przy Marszałkowskiej. Takiego giganta handlowego jeszcze nie widzieliśmy na oczy. Nasze supersamy-blaszaki wyglądały przy nich, jak dziecięce zabawki. Łaziliśmy od stoiska do stoiska z rozpalonymi policzkami, a ja międliłem w kieszeni pomięte banknoty. Ślepemu kupiłem sweter, parę pamiątek dla jego mamy i siostry, a sobie kilka kaset do magnetofonu, choć wykonawców bliżej nie znałem. Na koniec wziąłem kryształową szkatułkę dla Mamy, bezczelnie patrząc w oczy kasjerce, najwyraźniej zdziwionej, skąd u mnie tyle kasy. Czułem się, niby syn jakiegoś księcia albo właściciela fabryki.
- Do jutra – zaśmiałem się do niej – Muszę jeszcze kupić adapter i kilka płyt, ale nie chce mi się tego nosić.
Odprowadziła nas tępym wzrokiem, więc dodatkowo pomachałem jej ręką. Nie kłamałem. Upatrzyłem sobie adapter Artur2 z małymi kolumienkami i musiałby przejść kataklizm, żeby nie trafił pod mój dach. Trzeba było jedynie zdobyć jeszcze trochę Szopenów.
Włóczyliśmy się pół dnia po mieście, dogadzając sobie ile wlezie. Po sutym obiedzie wstąpiliśmy do kina na premierę drugiej części „Poszukiwaczy zaginionej arki” pt. „Indiana Jones”. Wyszliśmy całkowicie zachwyceni. Znów był powód do pochwalenia się przed chłopakami, którzy na pewno teraz siedzieli markotnie na murku albo naparzali się śnieżkami. Później kazałem taksówkarzowi wieść nas na najlepszy kryty basen w mieście. Pluskaliśmy się aż do zamknięcia, gdy okazało się, że nie pomyśleliśmy o ręcznikach. Otarliśmy się trochę ciuchami, ale i tak musieliśmy ubrać je na mokre ciało. W hotelu miałem na włosach i plecach kawałki lodu. Ale nic się nie stało. Żaden z nas nawet nie złapał kataru.
Starego nie było w pokoju, była za to chuda, jak szczapa sprzątaczka w śmiesznym fartuchu. Kiedy nas ujrzała, pokręciła szybko głową.
- Zboczeniec. I to przy dzieciach.
- My nie takie dzieci - parsknąłem – Pani się nie przejmuje.
- Powiem kierownikowi – mruknęła i wyszła prędko.
Na stoliku pod oknem, obok pustej butelki po winie, leżało kilka kart z rozkroczonymi panienkami, które Stary zapomniał schować.
Wykąpaliśmy się w bardzo gorącej wodzie i wskoczyliśmy pod pościel.
- Pijemy coś? - spytałem.
- Ja nie chcę – odparł Ślepy – Niby fajnie, ale rano do bani.
- Dobra...
Leżeliśmy pod kołdrą na złączonych łóżkach, stykając się głowami. Ślepy zgarnął ze stolika karty i zaczął je oglądać od nowa. Też mnie korciło, ale nie miałem śmiałości. Teraz bez wahania sięgnąłem po gazetkę.
- Ty wiesz, jak to się robi? – szepnął po chwili.
- Co?
- No wiesz.
- Nie wiem.
Czuliśmy się zakłopotani, ale te zdjęcia działały tak dziwnie. W tych pięknie wyuzdanych, otwartych kobietach było coś nieskończenie pociągającego. Mnie szczególnie przypadły do gustu pośladki jednej z nich. Mogłem na nie patrzeć bez końca. Kątem oka zerknąłem na Ślepego. Jemu najwyraźniej pasowała leżąca na wielkiej poduszce mulatka o migdałowych oczach i z małym biustem.
- A sam ze sobą próbowałeś?
- Nie.
- To może spróbujemy?
- Dobra...
Kiedy rano otworzyłem oczy, Stary siedział zgarbiony na łóżku i oglądał ponury pejzaż za oknem. Na stoliku stała otwarta butelka wina. Pewnie znów zaczął oszczędzać albo górę wzięło przyzwyczajenie. Kiedy odbębniliśmy toaletę, w pełnym rynsztunku usiedliśmy na jednym z łóżek i czekaliśmy na to, co zrobi Stary. Niecierpliwie oczekiwaliśmy kolejnych atrakcji, on tymczasem usadowił się na sąsiednim wyrze i wysypał na pościel zwitki poniszczonych banknotów. W portfelu, zamiast kasy nosił dokumenty, mnóstwo dziwnych kartek z notatkami i zdjęcia z czasów, kiedy był harcmistrzem, jeździł na Junaku i strzelał z armat. Musiał je mieć pod ręką, gdyby trzeba było się komuś pochwalić. Zanim zabrał się do liczenia, polał sobie pełną szklankę jabcoka i wychylił do dna, jakby to była sodowa z saturatora. W sumie, to się cieszyłem, bo wino zwilżyło mu wargi, zabierając ze sobą odpychający, biały osad.
Później liczył i liczył, a my zajmowaliśmy się głównie czekaniem. Niestety, liczenie mu nie szło. Próbował kilka razy, ciągle się myląc.
- Dajże, tata...
Zgarnąłem obiema dłońmi banknoty i wysypałem je na podłogę. Liczyłem na głos, przekładając je na osobną kupkę, ale Starego jakoś to nie interesowało. Wstał i nalał sobie znowu, ja tymczasem wpakowałem trochę kasy do kieszeni i z najbardziej niewinną z moich moich, sumowałem dalej. Blady jak ściana hotelowego pokoju Ślepy, przyglądał mi się z przerażeniem. Puściłem mu oko, żeby przestał, jednak było to ponad jego siły. Stary usiadł i zajął się winem, więc spokojnie liczyłem dwa lub trzy banknoty, a następny pomijałem, wsuwając go sobie pod tyłek. Jak już było po wszystkim oddałem mu kasę, za co lekko pogłaskał mnie po głowie. Wzdrygnąłem się, jak za dawnych lat, gdy moczył w kwaśnej, śmierdzącej ślinie wyliniałą chusteczkę i próbował zmywać brud podwórka z mojej twarzy.
Na odprawie okazało się, że to nasz ostatni dzień w Warszawie i trzeba będzie zawęzić program do wizyty w Muzeum Wojska Polskiego, Zoo i Łazienkach. Przy muzealnych działach dostaliśmy wykład na temat ich obsługi oraz prowadzenia ostrzału oddalonych obiektów. Stary opowiadał prawie ze łzami w oczach.
- Proszę ja was, nie ma tu Katiuszy, które siały postrach pośród Niemców, ale jest czołg T-34, na którym nasze wojska zajechały aż do Berlina. Katiusze, panowie, nie miały wyjątkowej, strategicznej wartości bojowej, jednak pełniły rolę bardzo groźnej broni psychologicznej. Nocą wystrzeliwane seryjnie pociski powodowały lawinę błysków, a do tego wydawały upiorne dźwięki – ni to piski, ni to jęki, po których ciarki biegały Szkopom po plecach. Przed wiekami armia polska też dysponowała czymś takim. Husaria w galopie szeleściła specjalnymi piórami, krusząc ducha walki w szeregach wroga. Mogła pokonać kilkakrotnie silniejszego przeciwnika.
Ślepy ziewnął ukradkiem, ja za to słuchałem z rumieńcami na policzkach. O wojnie mogłem bez końca. T-34 widziałem zresztą na „Czterech pancernych”, o Katiuszach czytałem w którymś z „Tygrysów” podczas ostatniego przeziębienia, a husarów miałem nawet kilku w mojej kolekcji żołnierzyków. W Łazienkach Starego wzięło na opowieści o Janie III Sobieskim, ostatnim z wielkich królów polskich, potem zaschło mu w gardle i myślał tylko o tym, gdzie jest najbliższa knajpa lub sklep ze stoiskiem monopolowym. Było już po 13.00, więc alkohol był dostępny.
- Jaca, w którym roku była Odsiecz Wiedeńska? – zapytał jeszcze.
- Oj, tata...
- Na pewno nie wiesz.
- Wiem.
- To powiedz!
- Kurde, tata, masz mnie za debila?
- Jak wiesz, to powiedz i już.
- 1683.
- No.
Kiedyś mnie to bawiło, ale z wiekiem odczuwałem coraz większą niechęć do zabaw intelektualnych ze Starym, bo zaczynał się powtarzać, jak gdyby cofał się w rozwoju. Przez to jego cholerne celebrowanie wiedzy, miałem ciągle kłopoty. Nikogo z mojej dzielnicy nie interesowała wiedza ani mądrość. Inteligencja byłą rozumiana raczej jako spryt, umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach i tak też zaczynałem ją pojmować. A przez Starego, swego czasu byłem uznawany za nadętego zarozumialca i długo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dla niego wiedza była rzeczą śmiertelnie poważną, więc mimowolnie udzieliło mi się takie traktowanie sprawy. Potrafił obudzić mnie w środku nocy, by zapytać ile to jest 7 x 8, które miasto jest stolicą Nepalu i kiedy odbyła się bitwa pod Płowcami. Ciągle też odpytywał moich kumpli, radując się ich zmieszanymi minami i swoją gracją biskupa, podczas instruowania ich co i jak. Z początku lubiłem te rozumowe zabawy ze Starym, ale poza domem i szkołą, okazały się całkowicie bezużyteczne. Odczułem to dość boleśnie podczas pewnej kłótni z Adim. Mówił, że coś spadło „na ziem” i wszyscy przyjęli to bez mrugnięcia okiem, oprócz nieodrodnego synka swego ojca, czyli mnie.
- Mówi się: „na ziemię”.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, Adi nie.
- I co z tego? Na ziem też może być.
- Nie może, bo to nie po polsku.
- Spadaj, Uszal. Na ziem, na ziem, na ziem!!!
Skandował, żeby mi zrobić na złość, ale obstawałem przy swoim. W końcu nie wytrzymałem i walnąłem go znienacka w nos. To, co potem nastąpiło, wprawiło nas wszystkich w szok. Kiedy Adi odsunął dłonie od twarzy, zobaczyliśmy krwawe strumyki ściekające mu z nozdrzy i ust. Nawet oczy miał nabrzmiałe krwią, jakby zaraz miały eksplodować. Nagle zaczął wyć. Krzyczał tak, że w niektórych oknach pojawiły się głowy ciekawskich sąsiadów. Może od tego wycia, może z powodu widoku masy krwi, a na pewno ze strachu – dałem drapaka w bramę i tyle mnie widzieli. Później, kiedy wrócił ze szpitala, oberwało mi się od jego siostry, której Adi ochoczo pomagał nogą. Pogodziliśmy się i nigdy więcej nie podniosłem na niego ręki.
Dla odmiany w Zoo to ja się nudziłem, a Ślepy biegał od klatki do klatki z wyczytywał wszystkie opisy dotyczące pochodzenia i zwyczajów poszczególnych zwierząt. Stary z nami nie chodził. Usiadł na ławce obok hipopotama i sączył z piersiówki którąś z odmian swojego eliksiru. Po drodze na Centralny wstąpiliśmy jeszcze do Domów Towarowych „Centrum”, gdzie naciągnąłem Starego na adapter. Wtedy też zobaczyłem, że wszyscy biegną w stronę stoiska fonograficznego. Złapałem za ramię jakiegoś kolesia i dowiedziałem się, że rzucili do sprzedaży debiutancką płytę Papa Dance. Parę razy przed seansem w kinie puszczali ich teledysk pt. „Kamikadze”, a w radiu słyszałem „Czy Ty lubisz to, co ja”. Fajnie grali, tak śmiesznie. Elektronicznie, ale inaczej niż Kombi. Stanąłem w długiej kolejce i udało mi się dostać przedostatni egzemplarz. Stary golił ostro, więc usadowiłem go na ławce przed Pałacem Kultury i wróciłem na stoisko z płytami. Wpadłem w szał zakupów. Dobrałem sobie płyty długogrające Lady Pank, Oddział Zamkniętego i Manaamu, składankę polskiego rocka oraz singiel Dżemu z „Wokół sami lunatycy” i Dzień, w którym pękło niebo”.
Idąc w kierunku dworca, zrobiliśmy sobie jeszcze jeden przystanek, bo Stary miał już nieźle w czubie. Bałem się, że wytnie mi numer i zaśnie, jak rok temu we Wrocławiu. Wtedy na szczęście miałem bilet i mogłem wrócić do Bielska sam, teraz byłem przy forsie, ale bałem się, że nie udźwigniemy ze Ślepym tych wszystkich toreb z zakupami. Stary gapił się nieruchomo przed siebie, jednak nie zamykał oczu. Odetchnąłem. Miałem jeszcze coś do zrobienia. Pewnym krokiem podszedłem do jednej z budek handlujących towarem z importu. Ach, te kolorowe pudełka. Często stałem przed oknem wystawowym Pewexu i podziwiałem. Gościu z budki spojrzał na mnie kpiąco, więc z butną miną zażądałem Dunhili, Chesterfieldów, Cameli, Lordów i kilku tabliczek czekolady.
- Dzieciom papierosów nie sprzedajemy – oświadczył rozbawiony.
- Co pan? To dla taty.
Odwróciłem się i pomachałem Staremu ręką. Też mi machnął. Załatwiłem sprzedawcę na cacy, więcej nie marudził, tylko dał wszystko, co chciałem.
Wracaliśmy kuszetką w pośpiesznym „Beskidy”, który miał dotrzeć do Bielska wczesnym rankiem. Stary od razu uwalił się na najniższe łóżko i zaczął potężnie chrapać. Ślepy zajął najwyższą półkę, więc mi została środkowa.
- Palimy? – zapytałem z triumfującym uśmiechem.
- Pewnie – cmoknął zachwycony - Camela bym spróbował. Mój wujek mówi, że robią je z suszonego wielbłądziego gówna.
- Z gówna!? – krzyknąłem – Fuj!
- Nie znasz się. Dawaj.
Uchyliliśmy okno. Do przedziału wpadło chłodne powietrze i szum. Na podłodze dostrzegłem jeszcze jednego Szopena. Zeskoczyłem prędko i schowałem zdobycz do kieszeni.
- Ej, chłopie – zgorszony Ślepy pokręcił głową – Sumienie cię nie gryzie?
- Jak mi zajebał szylingi od wujka, to go gryzło? – odparowałem – Należy mu się.
- No chyba, że tak...
Zapaliliśmy po Camelu. Ślepy palił śmiesznie, całkiem jak Stary. Trzymał peta między kciukiem a wskazującym i wcale się nie zaciągał.
- Ekstra – stwierdził fachowo.
- Przy naszych wykruchach to wszystkie są ekstra – odparłem, wspominając Sporty, Popularne i Giewonty.
Ostatnio trochę się polepszyło pod tym względem, bo pojawiły się DS-y, Jadrany, Caro i Mocne, a nawet takie śmieszne, miętowe Zefiry, jednak faje z importu musiały być najlepsze. I rzeczywiście, Camele były super.
- Daj jeszcze jakiegoś koniaku spróbować – mruknął Ślepy.
Zeskoczyłem na podłogę i dopadłem torby, którą Stary wsunął pod łóżko. Wyjąłem najładniej wyglądającą, pękatą flaszkę i podałem mu. Wziął niewielki łyk, pomiędlił trochę w ustach i nagle splunął z obrzydzeniem prosto na szybę.
- Jaki syf! On tam chyba Błysku nalał!
Za gardło ścisnął mnie tępy żal, wstyd i smutek. Kiedyś broniłem Starego, jednak już nie miałem siły. Wszyscy wiedzieli, że pije „fikołki”, czyli Acnosan, Błysk, Denaturat i spirytus szpitalny. Chwilowo tego nie robił, bo miał kasę, lecz byłem pewien, że lada dzień znów będzie wionął „dyktą”. Nienawidziłem go, gdy nawalony czymś takim zaczepiał mnie z kumplami na ulicy. Na całe życie zapamiętałem śmiech całej dzielnicy, kiedy próbowałem go bronić. Parę lat wcześniej tłumaczył mi, że denaturat służy mu do robienia eksperymentów chemicznych. Rozlał trochę na kamionkę w kuchni i podpalił. Fioletowo-pomarańczowy płomień sprawił, że uwierzyłem, no i potem byłem skłonny rzucać się na chłopaków z pięściami.
- Uszal, tyżeś jest głupi – Adi puknął się w czoło – On to chleje!
- Eksperymenty robi! – nie ustępowałem – Sam widziałem!
- Chleje – dodał Rufek.
- Eksperymenty robi, mówię!
- Chleje!
Obraziłem się na nich i pobiegłem do domu. Teraz śmiałem się razem ze Ślepym, także z własnej głupoty. Spróbowałem tego nibykoniaku. Był faktycznie ohydny i w niczym nie przypominał żadnego znanego mi alkoholu. Raczej bliższe to było jakimś chemikaliom.
- Możliwe – mruknąłem i odłożyłem flaszkę do teczki.
Nie było więcej o czym gadać. Ułożyliśmy się na półkach. Wkrótce Ślepy także zaczął chrapać, a ja rozmyślałem o Starym. Jak mu to przechodziło przez gardło? Znałem smród denaturatu, bo używali go na podpałkę sprzedawcy waty cukrowej. Błysk to był płyn do okien. Pachniał lepiej, ale też nie nadawał się do picia. O spirytusie szpitalnym nie wiedziałem nic. Zasnąłem brzydko skrzywiony.

Opublikowano

połknęłam zachłannie:-))) Twoja powieść jest osadzona w czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Skąd ja to znam... Zefirki, caro i takie te. Niesamowita powieść! Toż to jest dokument historyczny Jacku. Mam nadzieję, że otrzymam egzemplarz powieści wraz z dedykacją ;)
Sama też próbuję stworzyć coś w rodzaju autobiografii, ale gdzie mi tam do Ciebie.
Pozdrawiam :-))

Opublikowano

Wracam ponownie. Bardzo przejrzyście i w sposób przystępny przedstawiasz ówczesną polską rzeczywistość. Nagle poczułam się tak, jakbym odbyła podróż w czasie. Zintegrowałam się z bohaterami powieści, powiem więcej - ja się z nimi prawie utożsamiłam, no...wyłączając płeć oczywiście :-)) Pozdrawiam raz jeszcze głównego bohatera i jego przyjaciół :-)))
Tak właśnie chciałabym pisać.

Opublikowano

Dzięki wielkie. Jednak do powieści jeszcze daleko. Teraz zapisuję graficznie, potem będę stylizował. Nie chcę "Gnoju", "Kesa", "Z szynką raz" ani "Chlopaka rzeźnika". Ale czy umiem... się okaże.
Pisz Basiu swoją opowieść, nigdy nie wiadomo co się urodzi, byle się dystans zachował...

Opublikowano

z najbardziej niewinną z moich moi = chyba chodziło o minę?
..........

może zbyt rozkojarzona czytałam, ale... jakoś tak, w porządku się czytało, wszystko ok, ale brak mi czegoś w tym tekście, tzn z tym fragmencie, mam nadzieję, że jest on ostatni tylko w serii świątecznej i ciąg dalszy zielonych jabłek nastąpi :)

  • 2 tygodnie później...
  • 3 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Jeszcze cię może polubią. Zgadzam się z przesłaniem, w ramach którego do Biedronki jeżdżę na najstarszym rowerze, w bardzo starych kaloszach, tak, że okoliczni menele uważają mnie za stuprocentowo swojego. . 
    • @Berenika97 Fajne, partnerskie takie :)
    • @Migrena fajne te przemyślenia, czytam i odkrywam że życie nie może zniknąć
    • @Maciej Szwengielski Panie Macieju, to nie tak: 1. Pisze mi Pan, że KK mordował milionami po to, by przeżyć i zachować podstawowe nauki Mesjasza. A przecież podstawową ideą Jezusa było niezabijanie. No to jak to tak? ;) Przecież sam Pan sobie przeczy. A poza tym, to nie prawda. Ekspansja KK nie wynikała ani z obrony czegokolwiek, ani z woli przeżycia.  2. Nie ludy "barbarzyńskie" i "pogańskie", bo to są określenia pejoratywne i wręcz niestosowne, tylko ludy żyjące przed chrześcijaństwem, które chrześcijanie wymordowali. Razem z ich świątyniami, kulturą, wierzeniami, tradycjami, pomnikami etc.  To taka formalna uwaga. 3. Nic tu nie mają do rzeczy Kaligula łącznie ze Stalinem, Hitlerem i współczesnym poetą. Pan mnie  nie zagada, nie zarzuci historycznymi nazwiskami, bo nie rozmawiamy  relatywistycznie, tylko bezwzględnie. Jeśli na ścianie wisi czarny obraz, to bez względu na to, jaki kolor ma ściana, ten obraz jest czarny.  4. KK jest organizacją stricte polityczną. Czy tego chce, czy nie chce. Taki ma profil swojej działalności. Oczywiście jest jednocześnie organizacją religijną. Kiedyś na ten temat przegadałem pewnie dobrą godzinę ze śp. red. Turowiczem. I mimo, że hasaliśmy po wielu aspektach dot. KK, we wszystkim zgadzaliśmy się do do joty.  5. Dziś w obronie swojej ciemnej zaszłości KK stosuje retorykę, która sprawdzała się w średniowieczu, a nawet później. Niestety, podobne metody jedynie ten Kościół ośmieszają. 
    • Cierpienie   Dlaczego cierpienie wpisane jest w człowieczą egzystencję? Niektórzy, dawni miłośnicy mądrości mówili, że brak cierpienia (bólu) jest już pełnią szczęścia. Współcześni poeci śpiewają: „Po to by radość móc docenić; po to cierpienie; po to by dostrzec piękno Ziemi; po to cierpienie; po to by siebie w sobie zmienić; po to cierpienie; po to by w jasność wstąpić z cienia; po to cierpienie; po to by pojąć i docenić; po to cierpienie; po to by krzyż mógł świat odmienić; po to cierpienie”.   Pewien myśliciel powiedział: „Zło składa się na różnorodność, a więc i bogactwo świata; ponadto pozwala nam docenić wartość dobra; cierpienie jest niezbędne, żeby zaznać pełnego smaku radości.”. Inny filozof mówił: „Opatrzność Boża ma całościowy obraz naszego dobra i właśnie w imię naszego dobra całościowego dopuszcza na nas cierpienie”. Jeszcze inny filozof rzekł: „Źródłem większości cierpień jest nasze oddalenie się od natury.”. Był też i taki myśliciel, który postawił tezę: „Nawet głęboki ból (…) owiany jest specyficzną słodyczą.”. Dzięki cierpieniu można się czegoś nauczyć. Kto raz się sparzy ten na zimne dmucha. Kto doznał cierpienia w relacjach interpersonalnych, w uczuciach, ten będzie wiedział czego w przyszłości unikać.   Wielki poeta niemiecki pisał w swoim opowiadaniu o cierpieniach młodego człowieka (patrz. „Cierpienia młodego Wertera”) spowodowanych konwenansami i układami towarzyskimi. Nie mógł zrealizować w całej pełni swoich szlachetnych uczuć względem wybranki swego serca, ponieważ był niskiego stanu urodzenia, w przeciwieństwie do obiektu swoich uczuć. Czy i w dzisiejszych czasach takie cierpienie nie ma racji bytu? „Nie wyjdziesz za mąż za tego człowieka, ponieważ on jest pozbawiony jakiegokolwiek majątku...” - mawiają zatroskani rodzice panny na wydaniu. „Ale ja go kocham!” - protestuje córka. „A z czego będziecie żyli?” - pada riposta - „Gdzie będziecie mieszkać?”.   Cierpienie „niewinnych” dzieci często bywa argumentem w dialogu tzw. „ateizmu cierpiącego” z chrześcijanami. Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego dopuszcza cierpienie „Bogu ducha winnych” dzieciaków? Argumentacja, że to odziedziczona konsekwencja „grzechu pierworodnego” (a więc szatana) jakoś nie trafia do przekonania. Ale cierpienie nienarodzonych dzieci podczas „zabiegu aborcji”, jak go eufemistycznie nazywają współcześni bojownicy złej sprawy, nie stanowi żadnego problemu.   Inną formą cierpienia było cierpienie ludzi w obozach koncentracyjnych, w czasie drugiej wojny światowej. „Po Auschwitz nie ma już Boga!” - krzyczą oponenci. A tymczasem Bóg cierpiał wraz z więźniami tych obozów zagłady. Ten Bóg miał niejedno imię i nazwisko! Na przykład ojciec Maksymilian Maria Kolbe. Zginął w bunkrze skazany na śmierć głodową. Ponieważ przeżył, dobito go zastrzykiem trucizny. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, głowy wielodzietnej rodziny. Dobrowolnie zgłosił się za niego na apelu obozowym.   W najważniejszej księdze ludzkości zwanej Biblią, jedną z sztandarowych postaci cierpiętniczych jest Hiob. To człowiek „prawy”, pobożny i taki, któremu dobrze się w życiu wiedzie. Miał żonę, dzieci, przyjaciół, liczne stada bydła. Jak mówi natchniony pisarz, Szatan nie mógł znieść Hioba i postanowił go zniszczyć. Zasugerował Bogu, że na pewno nie będzie czcił Stwórcy, jeśli ten pozbawi go rodziny, majątku, a wtedy ten będzie złorzeczył Omnipotentowi. Nie wiadomo dlaczego Bóg dopuścił cierpienie względem Hioba. Zginęła jego rodzina (dzieci), zginęło stado bydła. Hiob jednak przyjął cierpienie z pokorą i nie złorzeczył Absolutowi tak, jak spodziewał się tego Szatan. Wtedy diabeł zwrócił się do Boga i zaproponował dopuszczenie dalszego doświadczenia względem Hioba. Tym razem ciężką chorobą. Tą chorobą był trąd. I tak się stało, Hiob został dotknięty trądem. Żona Hioba była bliska obłędu: „Składałeś ofiary swemu Bogu, wielbiłeś go, a ten dobry Bóg doprowadził ciebie do takiego stanu”. Nawet wtedy biblijny bohater nie złorzeczył Bogu. Przeklinał jedynie dzień swoich narodzin. Jego cierpienie stało się cierpieniem ponad ludzką miarę, a wtedy człowiek ma prawo do takiego przekleństwa. Gdy jego przyjaciele dowiedzieli się o tym co spotkało Hioba, przybyli do miejsca jego odosobnienia i … zapłakali z bezsilności.   Najbardziej gorzką kartą literatury sakralnej przedstawiającą cierpienie, moim zdaniem, jest mord sądowy, jakiego dopuścili się ludzie na Jezusie z Nazaretu, zwanego Mesjaszem. Całe swoje dojrzałe życie głosił ludziom doskonałe nauki etyczne poprzez przypowieści, proste (ale niełatwe) analogie. Głosił miłość, pokój, braterstwo, szczęście możliwe do osiągnięcia jeszcze na tym świecie. Wskazywał na drogę, jaką musi przejść każdy mieszkaniec tej ziemi aby dojść do „niebieskiej ojczyzny”. Dokonywał cudów (rozmnażał chleby, wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chromych). Okrzyknięto go nawet królem! I nagle nastąpiła zmiana nastrojów społecznych. Tego spokojnego i niewinnego człowieka pojmano, jak pospolitego przestępcę. Nauczyciela, mistrza, króla... . Jak bardzo musiał cierpieć z powodu utraty dobrego imienia? Został fałszywie oskarżony o niesubordynacje względem rzymskiego cesarza i bluźnierstwo. Uznano go za wichrzyciela społecznego, naruszającego ład społeczny. Zmanipulowane nastroje społeczne doprowadzono do zenitu. Toteż kara za rzekome zbrodnie Chrystusa była niewspółmierna do rzeczywistych czynów. Rzymski namiestnik, prokurator, Poncjusz Piłat nakazał wychłostać „samozwańczego” króla i chciał go puścić wolno, jako nieszkodliwego szaleńca. Chłostano jego wedle rzymskiej tradycji katowskiej specjalnymi biczami zwanymi „flagellum”. Wyrok wykonano tak skrupulatnie, że skazany ledwie uszedł z życiem. I było tak, że cierpienie niewinnego Boga-Człowieka sprawiało tłumowi ogromną przyjemność. Kiedy Poncjusz Piłat, zgodnie z niepisanym prawem, chciał uwolnić jednego ze skazańców, ludzie wybrali Barabasza, znanego wszem i wobec złoczyńcę, dobrego Człowieka posłali na okrutną śmierć krzyżową. Piłat umył ręce z krwi tego niewinnego, jak sam go określił. Rozochocony tłum zawył: „Krew jego na nas i na syny nasze!”. Ubrano skazanego na śmierć krzyżową w odpowiednią do tej tortury szatę. Włożono poprzeczną belkę krzyża na jego ramiona i rozpoczęto kaźń drogą wiodącą przez miasto, aż na wzgórze położone opodal zwane Golgotą. Pośród szyderstw i złorzeczenia szedł ten, który sam był Miłością, który tak ukochał ludzi, iż z rozkoszą podjął się nieść „krzyż”, dając tym samym miłości naukę. Upadał pod ciężarem „krzyża” aż trzykrotnie, zanim dotarł na miejsce męczeńskiej śmierci. Tam przybito jego do krzyża, a krzyż postawiono do pionu, aby konał w męczarniach. Szyderstwom i kpinom nie było końca, gdy umierał: „Jeśli jesteś Synem Bożym zejdź z krzyża, a uwierzymy w ciebie!”. Gdy wreszcie skonał, żołnierz rzymski przebił jego bok, z którego natychmiast wypłynęła krew i woda, wymowny znak śmierci „skazańca”.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...