Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Chciałbym zrozumieć twoje cierpienie
i przekierować je do własnego serca.
Pragnę wyczyścić złe doświadczenie
byś odnalazła drogę do szczęścia.

 

Chcę przekierować ból twój do siebie
wchłonąć go niczym frotowy ręcznik.
Przejąć na własność całe ciśnienie,
które wewnętrznie dręczy i męczy.

 

Dziś zrobię wszystko byś mogła odprężyć
spięte mięśnie oraz delikatną naturę.
Jeśli spętają nas trwałe więzy
krzyżując dłonie wejdziemy na górę.

 

Szczyt zdobędziemy lub się stoczymy
- a jeśli to Ci Kochanie pomoże.
To się podłożę, więc nie czuj winy.
Kiedy tam wejdziesz po mojej głowie.

Edytowane przez Gaźnik (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Witam - pierwszy wiersz jak widzę na orgu - powiem szczerze szału nie ma - no ale od czegoś 

trzeba zacząć - zobaczymy co będzie dalej.

A wiersz taki bez echa - wiem że o miłości która dopiero kiełkuje - ale może wyrośnie 

z niej coś pięknego czego życzę.

                                                                                                                                                                      Pozd.

 

Opublikowano

Witam. Dziękuje bardzo Panu za odpowiedź. Obawiałem się, że nie ujrzę odzewu.

Pojawiłem się bardziej jako czytelnik, ale na powitanie postanowiłem coś swojego wkleić. Uwielbiam sztukę amatorską, chociaż sam talentu niestety nie posiadam.

 

W ostatnim zdaniu Pan się myli, ale to zrozumiałe. Kiedy napisałem pierwsze dwie zwrotki myślałem o ludziach niepełnosprawnych, niestety nie potrafiłem go dokończyć. Całkowicie brakowało mi pomysłu. Tak więc jakieś 1,5 miesiąca później żeby nie zapomnieć tekstu postanowiłem go przekształcić i wyszło tak jak widać. Dziękuje za miłe życzenia, ale raczej jeśli chodzi o miłość do dane jest mi tylko o niej pisać. Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wiersz niezły. Tylko to poplątanie, jakbyś sam nie wiedziałeś co chcesz przekazać. Myślę, że na początek powinno się zaczynać od prostych tematów. Zastanów się co chcesz przekazać i dopiero zaczynaj pisać.

Nie jest tak źle, jak myślisz :)

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Podoba mi się i wzrusza mnie cały Twój wiersz, w którym w starannym, pięknym stylu piszesz o pokierowanym miłością całkowitym oddaniu się cierpiącej osobie... Tyle w nim miłości, że aż staje się rozpaczliwe i jednocześnie pełne uporu. Szczególnie podoba mi się ta zacytowana przeze mnie zwrotka, bo jest bardzo obrazowa i silnie działa na moja wyobraźnię. Pozdrawiam :)

Opublikowano (edytowane)

Podoba mi się ten wiersz,

oryginalna metaforyka, celnie i sensownie napisane.

 

Jedynie momentami drażni mnie arytmia, przede wszystkim w poniższych fragmentach:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

tutaj osobiście pozbyłabym się zaimka "je", i tak wiadomo, o co chodzi,

a byłoby płynniej;

 

rytmiczniej byłoby - napięte mięśnie, kruchą naturę - trzymając się Twojej wizji,

jednakże osobiście proponowałabym - napięte mięśnie z kruchej natury, gdyż napięcie adresatki najpewniej wynika z jej wrażliwości, wiem, że to trochę karkołomny skrót myślowy, ale nie chcę dawać Ci propozycji wymuszających przekształcenie całej zwrotki, w powyższej wersji nie zmieni się układ rymów.

 

Tyle na razie ode mnie,

mam nadzieję, że się na mnie nie gniewasz :)

 

Pozdrawiam :))

Edytowane przez Deonix_ (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Witam nowego Użytkownika - ja też tu jestem od niedawna. Wiersz piękny i głęboki, pełen uczucia i determinacji. Robi wrażenie.

Mam jedynie uwagę co do rytmu - taką samą jak Deonix_ . Warto by doszlifować formę dla tak wartościowej treści. Pozdrawiam. :)

Opublikowano

Dziękuje bardzo za odzew. Wiele to dla mnie znaczy, postaram się dostosować do rad. szczególnie Pani Deonix, które są bardzo konkretne. Jestem nowym użytkownikiem, ale na swój sposób piszę od kilkunastu lat, jednak dawniej były to tylko proste rymowanki. Bardzo często kabaretowe wykonania rapowe (chociaż nie jestem fanem tej muzyki). 

 

Nie jest to kwestia konkretnego życiowego przypadku, miłości do kobiety dotkniętej ciężką chorobą. Jednak nie będę ukrywał, że zmieniła się trochę moja wrażliwość po pierwszej wizycie na oddziale intensywnej terapii dziecięcej. Od 5 lat mieszka u mnie siostra z niepełnosprawną córką i zdecydowanie wpłynęło to na mnie.

 

Jak już wcześniej pisałem. Pierwsze dwie zwrotki nie miały w ogóle przerodzić się w wiersz miłosny. Byłem dotknięty przeczytanymi w sieci obelgami w stronę opiekunów osób niepełnosprawnych po znanym proteście. Później zdałem sobie sprawę z tego ile osób, którym nikt nie dawał szans na normalne życie potrafiło osiągnąć dużo więcej niż osoby bez fizycznego kalectwa. Zasługują na taki wiersz. Chociaż sam nie kieruję go do konkretnej osoby, gdyby ktoś go kiedyś przeczytał swojej ukochanej poczułbym się spełniony artystycznie. Pomimo własnej niskiej samooceny.

 

Mam nadzieję, że nie zagmatwałem zbyt wiele tym postem. Przede wszystkim chciałem przekazać, że każdy zasługuję na miłość. A są ludzie, dla których warto poświęcić całego siebie. I nie można się poddawać przez napotkane problemy.

 

Pozdrawiam wszystkich. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze dzisiaj edytować.

 

PS. Kiepski rytm w mojej twórczości jest powiązany ze specyfiką mojego "pisania". Układam teksty wyłącznie w pamięci. Większość podczas fizycznej pracy na kopalni, resztę podczas biegania i spacerów. Nie potrafię się do tego zabrać siedząc przed notesem czy notatnikiem komputera.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Gaźniku :)

Ja właśnie tak odebrałam Twój wiersz, który aż kipi miłością do bliskiej osoby - jak piszesz niepełnosprawnej.

Taka milość to wielki dar, nie każdy potrafi kochać człowieka '' sprawiającego kłopoty''.

Twój wiersz jest prawdziwy. Pisz, po prostu pisz :)

Wiersz nie musi być rymowany by zaistnieć :)

PozdrawiaM.

Opublikowano

Ja zawsze staram się zamieścić rymy, z tym że najczęściej są one mocno naciągane. Niezwykle cieszę się, że Pani odczytała go właściwie. Dobrze wiedzieć, że przekaz jest właściwy. :)

  • 5 miesięcy temu...
Opublikowano

Gaźniku, ten wiersz to pragnienie, to burza wewnątrz Dusz. Wrócę do tego wiersza, bo nie wiem, dziś zagubiona jestem, moje myślenie oślepić może, a nie chciałbym tego. 

 

Te słowa poruszyły mnie najbardziej:

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Czyli wziąć wszystko - "zawłaszczyć' - w pozytywnym tego słowa znaczeniu, choć to słowo ma pejoratywny wydźwięk. 

 

Rozumiesz mnie, Gaźniku, prawda? Rozumiesz. 

 

Wrócę - na pewno - wrócę. Justyna. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Zgadza się. Jednak jak wspominałem. Nie jestem peelem tego wiersza. To taki przebłysk wrażliwości, który zwyczajnie musiał znaleźć ujście i trafiło się w tej formie. Ja o raczej lekceważąco podchodzę do swojej "twórczości". Jednak trafiają się sytuacje, że coś muszę zapisać żeby nie wpaść w paranoję. Sporo mi ulżyła psychika gdy zacząłem korzystać z portali poetyckich, jednak niestety nie jest to constans...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Żaden ze mnie poeta. Ja nawet nie potrafię pisać świadomie. Każdy mój wiersz to wyciek spontanicznego impulsu (jednak w kilku przypadkach sam byłem peelem). Z informacji, które zebrałem udzielając się na portalach poetyckich doszedłem do wniosku, że przy takich zdolnościach lepiej pisać do szuflady. Niestety Twój Czekan opublikowałem już wcześniej.

Opublikowano

Pamiętam jak w zeszłe wakacje, zainspirowany pewną książką o Mount Evereście, chciałem umieścić gdzieś w swoim wierszu ,,czekan". Jeśli dobrze to wspominam, to czekan często był jednym z ostatnich ,,przedmiotów'' ratujących życie,

będących ostatnią nadzieją wspinaczy. I nawet doświadczeni w zawodzie szerpowie nieraz musieli z owych korzystać. Dlatego uosobienie czekanu jest tak mocne i dobitne, że aż szkoda pominąć wiersz. Szczególnie, jeśli jest konsekwentny właśnie od deski do deski ;) Gaźniku, jak bardzo wątpiłbyś w swoją twórczość, jesteś bardzo pomysłowy a przy tym konsekwentny w działaniu, pomimo pisania pod impulsem. W końcu coś mnie skłoniło do tego, że całkiem spory czas temu napisałem, a i byłeś pierwszą osobą mi znajomą na portalach poetyckich. Dlatego może zacząłem rozpisywać się w necie, bo dla jednej osoby- zawsze warto. Dlatego pisz dalej, bo nie uwierzyłbym, że człowiek dzięki któremu tu jestem, nagle wypisuje się ze swojego talentu- i to w tym negatywnym wydźwięku ;)

PS. A kotlety prawie codziennie jem do bułki i jakoś nie narzekam :p 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • "Bluźnierstwo jest tuszem,

      którym spisuję legendę wyklętych"

       

      Na słodki szpik z dziecięcych kostek,

      przysięgam, że jej tutaj nie było.

      Choć to zaiste dziwne 

      bo jest środek, parnego lata 

      i ona sama 

      wie o tym doskonale, 

      że w trakcie nocnych, 

      potężnych burz 

      musi nam oddawać 

      swe młode i dorodne wdzięki 

      by zachować kunszt swoich prac.

      Ale nie widzieliśmy jej już kilka dni.

      A nie możemy opuszczać 

      tej piwnicznej kryjówki.

      Nie żebyśmy bali się 

      spotkania z ludzkimi sąsiadami,

      ale w niektórych mieszkaniach, 

      czatują u progu psy.

      Ghule są sprytne, pomysłowe, 

      chytre na złoto i wdzięki niewieście,

      ale słabo u nas z fizycznością.

      Garby, artretyzm

      i wystające z głodu żebra,

      nie dają nam szans w walce.

      Nawet niewielka psina 

      to dla nas wielki problem.

      Chciałbym pomóc przyjacielu 

      ale nie jestem w stanie.

      Ukłonił się grzecznie 

      i zniknął

      w kratce odpływowej do kanału.

      Człapanie mokrych łap,

      poniosło się echem

      w głąb labiryntu ścieków.

       

       

      Nawet ghule

      wystrychują mnie na dudka.

      Wiedzą co się stało.

      Ale bez złota niczego nie wskóram.

      A nie mam już

      zbyt wiele czasu na pytania.

      Bo nie mam na nie odpowiedzi.

      Wyszedłem z ciemni, zatęchłej piwnicy

      i skierowałem swe kroki

      na ostatnie piętro,

      do jej niewielkiego mieszkania.

       

       

      Wychodząc ledwie przymknąłem 

      słabo zamykający się zamek,

      teraz pchnąłem drzwi 

      i wreszcie mogłem 

      odetchnąć pełna piersią,

      wolną od smrodu, wilgoci i brudu 

      królestwa ghuli.

      Mieszkanie było jasne, 

      zadbane i wysprzątane.

      Pachniało jej gorącym ciałem 

      i lawendowym ogonem perfum.

      W sypialni

      łóżko było starannie zaścielone.

      Żółta pościel w czerwone tulipany,

      wprowadzała kontrast

      dla reszty wystroju.

      Prace wisiały jak zawsze

      prawie wszędzie.

      Nie zaspokajało ich miejsce 

      na ścianach czy suficie.

      Zostawiła otwarte okna.

      Wiatr strącił ołówki i kartki.

      Przewertował bezwstydnie 

      strony jej pamiętników.

      Widział ją w pozach i czynnościach 

      nie przystających do młodej damy

      a gorszącej, lubieżnej wiedźmy.

      Jej akty i sceny nocnych orgii,

      gorszyły wyobrażenie

      o stateczności kobiet.

      Te kartki żyły dzięki erotycznej magii,

      przyciągania męskich oczu.

       

       

      Obrzydzenie było na tyle wulgarne,

      że rodziło niezdrowe podniecenie 

      tej szczególnej dewiacji zmysłów.

      Bronił się teraz z całych sił

      by odwrócić wzrok

      od nabrzmiałych piersi,

      ciała wygiętego w łuk spełnienia.

      Wręcz słyszał jej przeciągły jęk 

      a potem krótki krzyk.

      Łapy demonów oplotły ją szczelnie.

      Języki spijały wilgoć

      a szczęki szukały

      najdelikatniejszych obszarów szyi 

      oraz wewnętrznej strony,

      kształtnych ud.

      Kochał ten widok

      a zarazem nienawidził.

      Oddawała się im 

      a potem rzucała się w jego ramiona.

       

       

      Wiedział od początku,

      że maluje te obrazy nie ze snu  

      a z jawy.

      Przyznała mu się od razu.

      O dziwo zrozumiał

      a nawet budziło to w nim coś więcej.

      Widział nieraz jej kochanków.

      Te wszystkie demony.

      Wpuszczał do sypialni,

      rozradowane i spragnione ghule.

      A potem siadał przy kominku w salonie 

      i spokojnie słuchał.

      Jak jej śmiech,

      przeradza się w serię jęków

      a one w krzyki spełnienia.

      Ostatnio pozwalała mu patrzeć.

      Być częścią jej tajemnego świata.

      I patrzył na każdy szczegół.

      I wiedział tylko tyle, 

      że ją kocha.

      Bo tylko ona pozwoliła mu być sobą.

      Też był martwy jak jej kochankowie.

      Tyle że w środku.

      Nie miał serca, 

      które cierpiało by na taki widok.

      Nie miał duszy,

      która uznałaby to za grzech.

      Był takim samym potworem.

      Dlatego korzystał z jej ciała 

      na takich samych warunkach.

      A to dawało mu siłę by być 

      coraz doskonalszym poetą mroku.

      Cel uświęca wszelkie środki.

       

      Ostatnio wspominała,

      że skoro ja 

      zaakceptowałem i poznałem 

      jej świat mroku 

      to ona musi zrobić to samo dla mnie.

      Może i ghule nie wiedzą gdzie jest 

      ale ja już chyba wiem 

      i tylko oni mogą mi pomóc.

       

      Kolejne wejście do najniższych piwnic.

      Cegły były tu lodowate i mokre,

      pokryte mchem i grzybem.

      Posadzka była ubitym klepiskiem,

      autostradą dla szczurów i myszy

      uciekających przed szponami ghuli.

      Z absolutu mroku, dochodziły ciche zwodnicze szepty.

      Krople wody z uszkodzonych rur,

      uderzały o tafle błotnistych kałuż 

      jak wystrzały.

      Poszczególne pomieszczenia

      zdawały się lochami na zamku.

      Pełno w nich było

      zapomnianych po wieki

      skrzyń, beczek czy worów.

      Gdzieniegdzie chrupnęła pod butem 

      kość lub mała czaszka.

      Rozwleczone jelita, gniły spokojnie,

      znacząc drogę do mojego celu.

      Kilka razy zza zaułków

      posłyszałem warkot 

      z zaciśniętej gardzieli.

      Ghule patrzyły 

      z mrocznym zapadlisk i szczelin.

      Znali mnie, tylko dlatego nadal żyłem.

      Przeczuwali, że idę ku studni.

      Przepuszczali kogoś,

      kogo uważali za swojego.

       

       

      W pomieszczeniu ze studnią 

      nie było nikogo

      a właz był dokładnie założony.

      Odkręciłem pokrywę

      i zajrzałem w głąb tunelu.

      Powietrze było ciężkie od gazów,

      fosforyzowało od nich delikatnie

      a jego woń nie miała

      dość ohydnego odpowiednika

      w świecie ludzkiej powierzchni.

      Już miałem zejść po 

      niewielkiej linowej drabince 

      osadzonej w

      osypującej się lekko ściance,

      gdy przestraszył mnie 

      warkotliwy głos zza pleców.

       

       

      Pan widać chcę 

      udać się do naszego świata,

      czyżby na jedną w nekropolii?

      Ghul miał lekko podejrzaną minę 

      i ręce założone na piersi,

      jak nauczyciel, 

      który przyłapuję uczniów na paleniu 

      w szkolnej toalecie.

      Ubrany był jak to

      przedstawiciel tego gatunku.

      Fantazyjnie i groteskowo.

      Czarna marynarka pełna była dziur 

      i zabrudzeń z krwi i ziemi.

      Była też o trzy numery za duża na jego skarlałą postać i chude barki.

      Do niej wybrał

      krótkie białe szorty pływackie,

      obnażające jego krzywe nogi

      Ghule nie nosiły butów.

      Miały nieproporcjonalnie wielkie stopy 

      do reszty ciała i ludzkie buty 

      były na nie zbyt małe i wąskie.

      Uwieńczeniem zatem był 

      tweedowy melonik

      o fioletowym rondzie 

      Równie wygnieciony i brudny

      co marynarka.

       

       

      Który z korytarzy 

      zaprowadzi mnie przyjacielu 

      na stary anglikański cmentarz 

      na obrzeżach miasta?

      Mogę wskazać drogę.

      Idź za mną.

      Wskoczył szybko do tunelu i zaczekał na dole aż niepewnie postawię 

      te kilka kroków po drabinie.

      Gdy byłem na dole,

      uśmiechnął się i ruszył w

      najdalej na lewo

      położoną odnogę korytarza.

      Powędrowałem za nim.

       

      Po niespełna godzinie

      spędzonej w tunelu.

      I wielu jego zakrętach oraz odnogach.

      Mogłem uczuć na twarzy uderzenie 

      chłodnego acz świeżego powietrza

      z powierzchni. 

      Ghul idący na przedzie

      na chwilę przystanął,

      podskoczył po czym zniknął mi z oczu.

      Skulony pełzłem do miejsca 

      w którym zniknął 

      i tym samym 

      odnalazłem małą wyrwę 

      w sklepieniu tunelu.

      Spłynęła z niej szponiasta dłoń 

      i uchwyciłem się niej.

      Pociągnął mocno i zdecydowanie 

      i już po chwili leżałem w bujnej,

      niekoszonej od wieków trawie,

      opodal grobu jakiegoś 

      starszego jegomościa

      nazwiskiem Bryant.

       

       

      Nekropolia była zupełnie odludna, zapuszczona i zapomniana.

      Nie dziwne.

      Byłem chyba jedyną żywą istotą,

      która jeszcze pamiętała o tym miejscu.

      Był na tym cmentarzu

      grobowiec szczególny,

      który był mi natchnieniem 

      w godzinach całkowitego wykluczenia 

      i dotkliwej samotni serca.

      Spoczywało w jego marmurowej bryle

      o strzelistych ściankach 

      i żeliwnych odrzwiach.

      Ciało przedwcześnie zmarłej

      córki pastora.

      Zmarła spadając z konia.

      Skręciła kark a zwierzę spłoszone 

      przez ukrytą w krzakach zwierzynę

      jeszcze dodatkowo poturbowało 

      jej ciało kopytami.

      Zgasła mając lat osiemnaście.

      W roku tysiąc osiemset siódmym.

      Czytałem jej swoje wiersze,

      czasami tworzyłem dla niej 

      i zostawiałem rękopis 

      wsunięty pod drzwi.

      Była mi bliska.

      Była mi natchnieniem.

       

      Jak rzekłem cmentarz był pusty,

      jeśli nie liczyć ghuli,

      dziwnie zebranych

      w zwartym skupisku,

      właśnie pod grobowcem dziewczyny.

      Patrzyli na coś w milczeniu,

      lecz nawet z tej odległości 

      dało się wyczuć, 

      że byli czymś mocno poruszeni.

      Drzwi grobowca

      były uchylone dość szeroko 

      a ghuli było dwunastu.

      Mój kompan ruszył 

      do swych braci,

      zerknął do środka grobowca 

      i zamarł jak reszta.

      Omotany zwykłą ludzką ciekawością 

      ruszyłem w ich stronę.

      Przepchnąłem ich lekko 

      by zrobić sobie miejsce 

      i spojrzałem w stronę 

      kamiennego katafalku z trumną.

      Odnalazłem ją,

      gubiąc gdzieś po drodze swój rozum.

       

      Trumna była otwarta.

      Wieko zrzucono u podnóża schodków.

      Na czerwonym materiale 

      leżał kościotrup dziewczyny.

      W objęciach nagiej zupełnie 

      i rozpalonej pożądaniem akademiczki.

      Tuliła się do zmarłej.

      Ocierała o nią subtelnie.

      Jej dłoń baraszkowała między udami,

      pieszcząc się mocno.

      Jęczała głośno.

      Spazmy rozkoszy

      przechodziły przez jej 

      zaczerwienione

      erotyczną gorączką ciało.

      Piersi pokryte potem 

      o idealnie nabrzmiałych sutkach 

      błagały o silny dotyk.

      Łono było mokre i śliskie.

      Oczy szły w górę czaszki ilekroć 

      dotknęła najdelikatniejszej części swego łona.

      Drżała coraz mocniej i mocniej 

      aż wreszcie 

      przeszedł przez nią prąd spełnienia

      i padła z głośnym jękiem 

      na wypełnienie trumny.

      Wtedy uniosła się

      delikatnie na łokciach 

      i zaprosiła lubieżnie palcem

      całe grono podziwiające ją z progu.

      Ghule ruszyły z dzikim wyciem 

      ku kochance.

      A ja odetchnąłem, zamknąłem drzwi

      i ruszyłem do niej.

      Tym razem decydując się na to 

      by nie być tylko obserwatorem.

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Edytowane przez Simon Tracy (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • "Bluźnierstwo jest tuszem, którym spisuję legendę wyklętych"   Na słodki szpik z dziecięcych kostek, przysięgam, że jej tutaj nie było. Choć to zaiste dziwne  bo jest środek, parnego lata  i ona sama  wie o tym doskonale,  że w trakcie nocnych,  potężnych burz  musi nam oddawać  swe młode i dorodne wdzięki  by zachować kunszt swoich prac. Ale nie widzieliśmy jej już kilka dni. A nie możemy opuszczać  tej piwnicznej kryjówki. Nie żebyśmy bali się  spotkania z ludzkimi sąsiadami, ale w niektórych mieszkaniach,  czatują u progu psy. Ghule są sprytne, pomysłowe,  chytre na złoto i wdzięki niewieście, ale słabo u nas z fizycznością. Garby, artretyzm i wystające z głodu żebra, nie dają nam szans w walce. Nawet niewielka psina  to dla nas wielki problem. Chciałbym pomóc przyjacielu  ale nie jestem w stanie. Ukłonił się grzecznie  i zniknął w kratce odpływowej do kanału. Człapanie mokrych łap, poniosło się echem w głąb labiryntu ścieków.     Nawet ghule wystrychują mnie na dudka. Wiedzą co się stało. Ale bez złota niczego nie wskóram. A nie mam już zbyt wiele czasu na pytania. Bo nie mam na nie odpowiedzi. Wyszedłem z ciemni, zatęchłej piwnicy i skierowałem swe kroki na ostatnie piętro, do jej niewielkiego mieszkania.     Wychodząc ledwie przymknąłem  słabo zamykający się zamek, teraz pchnąłem drzwi  i wreszcie mogłem  odetchnąć pełna piersią, wolną od smrodu, wilgoci i brudu  królestwa ghuli. Mieszkanie było jasne,  zadbane i wysprzątane. Pachniało jej gorącym ciałem  i lawendowym ogonem perfum. W sypialni łóżko było starannie zaścielone. Żółta pościel w czerwone tulipany, wprowadzała kontrast dla reszty wystroju. Prace wisiały jak zawsze prawie wszędzie. Nie zaspokajało ich miejsce  na ścianach czy suficie. Zostawiła otwarte okna. Wiatr strącił ołówki i kartki. Przewertował bezwstydnie  strony jej pamiętników. Widział ją w pozach i czynnościach  nie przystających do młodej damy a gorszącej, lubieżnej wiedźmy. Jej akty i sceny nocnych orgii, gorszyły wyobrażenie o stateczności kobiet. Te kartki żyły dzięki erotycznej magii, przyciągania męskich oczu.     Obrzydzenie było na tyle wulgarne, że rodziło niezdrowe podniecenie  tej szczególnej dewiacji zmysłów. Bronił się teraz z całych sił by odwrócić wzrok od nabrzmiałych piersi, ciała wygiętego w łuk spełnienia. Wręcz słyszał jej przeciągły jęk  a potem krótki krzyk. Łapy demonów oplotły ją szczelnie. Języki spijały wilgoć a szczęki szukały najdelikatniejszych obszarów szyi  oraz wewnętrznej strony, kształtnych ud. Kochał ten widok a zarazem nienawidził. Oddawała się im  a potem rzucała się w jego ramiona.     Wiedział od początku, że maluje te obrazy nie ze snu   a z jawy. Przyznała mu się od razu. O dziwo zrozumiał a nawet budziło to w nim coś więcej. Widział nieraz jej kochanków. Te wszystkie demony. Wpuszczał do sypialni, rozradowane i spragnione ghule. A potem siadał przy kominku w salonie  i spokojnie słuchał. Jak jej śmiech, przeradza się w serię jęków a one w krzyki spełnienia. Ostatnio pozwalała mu patrzeć. Być częścią jej tajemnego świata. I patrzył na każdy szczegół. I wiedział tylko tyle,  że ją kocha. Bo tylko ona pozwoliła mu być sobą. Też był martwy jak jej kochankowie. Tyle że w środku. Nie miał serca,  które cierpiało by na taki widok. Nie miał duszy, która uznałaby to za grzech. Był takim samym potworem. Dlatego korzystał z jej ciała  na takich samych warunkach. A to dawało mu siłę by być  coraz doskonalszym poetą mroku. Cel uświęca wszelkie środki.   Ostatnio wspominała, że skoro ja  zaakceptowałem i poznałem  jej świat mroku  to ona musi zrobić to samo dla mnie. Może i ghule nie wiedzą gdzie jest  ale ja już chyba wiem  i tylko oni mogą mi pomóc.   Kolejne wejście do najniższych piwnic. Cegły były tu lodowate i mokre, pokryte mchem i grzybem. Posadzka była ubitym klepiskiem, autostradą dla szczurów i myszy uciekających przed szponami ghuli. Z absolutu mroku, dochodziły ciche zwodnicze szepty. Krople wody z uszkodzonych rur, uderzały o tafle błotnistych kałuż  jak wystrzały. Poszczególne pomieszczenia zdawały się lochami na zamku. Pełno w nich było zapomnianych po wieki skrzyń, beczek czy worów. Gdzieniegdzie chrupnęła pod butem  kość lub mała czaszka. Rozwleczone jelita, gniły spokojnie, znacząc drogę do mojego celu. Kilka razy zza zaułków posłyszałem warkot  z zaciśniętej gardzieli. Ghule patrzyły  z mrocznym zapadlisk i szczelin. Znali mnie, tylko dlatego nadal żyłem. Przeczuwali, że idę ku studni. Przepuszczali kogoś, kogo uważali za swojego.     W pomieszczeniu ze studnią  nie było nikogo a właz był dokładnie założony. Odkręciłem pokrywę i zajrzałem w głąb tunelu. Powietrze było ciężkie od gazów, fosforyzowało od nich delikatnie a jego woń nie miała dość ohydnego odpowiednika w świecie ludzkiej powierzchni. Już miałem zejść po  niewielkiej linowej drabince  osadzonej w osypującej się lekko ściance, gdy przestraszył mnie  warkotliwy głos zza pleców.     Pan widać chcę  udać się do naszego świata, czyżby na jedną w nekropolii? Ghul miał lekko podejrzaną minę  i ręce założone na piersi, jak nauczyciel,  który przyłapuję uczniów na paleniu  w szkolnej toalecie. Ubrany był jak to przedstawiciel tego gatunku. Fantazyjnie i groteskowo. Czarna marynarka pełna była dziur  i zabrudzeń z krwi i ziemi. Była też o trzy numery za duża na jego skarlałą postać i chude barki. Do niej wybrał krótkie białe szorty pływackie, obnażające jego krzywe nogi Ghule nie nosiły butów. Miały nieproporcjonalnie wielkie stopy  do reszty ciała i ludzkie buty  były na nie zbyt małe i wąskie. Uwieńczeniem zatem był  tweedowy melonik o fioletowym rondzie  Równie wygnieciony i brudny co marynarka.     Który z korytarzy  zaprowadzi mnie przyjacielu  na stary anglikański cmentarz  na obrzeżach miasta? Mogę wskazać drogę. Idź za mną. Wskoczył szybko do tunelu i zaczekał na dole aż niepewnie postawię  te kilka kroków po drabinie. Gdy byłem na dole, uśmiechnął się i ruszył w najdalej na lewo położoną odnogę korytarza. Powędrowałem za nim.   Po niespełna godzinie spędzonej w tunelu. I wielu jego zakrętach oraz odnogach. Mogłem uczuć na twarzy uderzenie  chłodnego acz świeżego powietrza z powierzchni.  Ghul idący na przedzie na chwilę przystanął, podskoczył po czym zniknął mi z oczu. Skulony pełzłem do miejsca  w którym zniknął  i tym samym  odnalazłem małą wyrwę  w sklepieniu tunelu. Spłynęła z niej szponiasta dłoń  i uchwyciłem się niej. Pociągnął mocno i zdecydowanie  i już po chwili leżałem w bujnej, niekoszonej od wieków trawie, opodal grobu jakiegoś  starszego jegomościa nazwiskiem Bryant.     Nekropolia była zupełnie odludna, zapuszczona i zapomniana. Nie dziwne. Byłem chyba jedyną żywą istotą, która jeszcze pamiętała o tym miejscu. Był na tym cmentarzu grobowiec szczególny, który był mi natchnieniem  w godzinach całkowitego wykluczenia  i dotkliwej samotni serca. Spoczywało w jego marmurowej bryle o strzelistych ściankach  i żeliwnych odrzwiach. Ciało przedwcześnie zmarłej córki pastora. Zmarła spadając z konia. Skręciła kark a zwierzę spłoszone  przez ukrytą w krzakach zwierzynę jeszcze dodatkowo poturbowało  jej ciało kopytami. Zgasła mając lat osiemnaście. W roku tysiąc osiemset siódmym. Czytałem jej swoje wiersze, czasami tworzyłem dla niej  i zostawiałem rękopis  wsunięty pod drzwi. Była mi bliska. Była mi natchnieniem.   Jak rzekłem cmentarz był pusty, jeśli nie liczyć ghuli, dziwnie zebranych w zwartym skupisku, właśnie pod grobowcem dziewczyny. Patrzyli na coś w milczeniu, lecz nawet z tej odległości  dało się wyczuć,  że byli czymś mocno poruszeni. Drzwi grobowca były uchylone dość szeroko  a ghuli było dwunastu. Mój kompan ruszył  do swych braci, zerknął do środka grobowca  i zamarł jak reszta. Omotany zwykłą ludzką ciekawością  ruszyłem w ich stronę. Przepchnąłem ich lekko  by zrobić sobie miejsce  i spojrzałem w stronę  kamiennego katafalku z trumną. Odnalazłem ją, gubiąc gdzieś po drodze swój rozum.   Trumna była otwarta. Wieko zrzucono u podnóża schodków. Na czerwonym materiale  leżał kościotrup dziewczyny. W objęciach nagiej zupełnie  i rozpalonej pożądaniem akademiczki. Tuliła się do zmarłej. Ocierała o nią subtelnie. Jej dłoń baraszkowała między udami, pieszcząc się mocno. Jęczała głośno. Spazmy rozkoszy przechodziły przez jej  zaczerwienione erotyczną gorączką ciało. Piersi pokryte potem  o idealnie nabrzmiałych sutkach  błagały o silny dotyk. Łono było mokre i śliskie. Oczy szły w górę czaszki ilekroć  dotknęła najdelikatniejszej części swego łona. Drżała coraz mocniej i mocniej  aż wreszcie  przeszedł przez nią prąd spełnienia i padła z głośnym jękiem  na wypełnienie trumny. Wtedy uniosła się delikatnie na łokciach  i zaprosiła lubieżnie palcem całe grono podziwiające ją z progu. Ghule ruszyły z dzikim wyciem  ku kochance. A ja odetchnąłem, zamknąłem drzwi i ruszyłem do niej. Tym razem decydując się na to  by nie być tylko obserwatorem.                          
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - no właśnie jak - miło że czytałaś - dziękuję -                                                                                                Pzdr. @hollow man - dzięki -
    • @andrew O czym zawsze gotowi przypomnieć przytomni ludzie ;) Brat by się zgodził. Ale poezja to nie jest ta domena, dla której znalazłby uwielbienie.  
    • Piękne wspomnienie o mądrej babci    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...