Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Cztery nacięcia. Zagiąć. Dwie spirale lewoskrętne, dwie prawo. Złączyć.”

Palce dziewczyny, połyskujące od parafiny, poruszały się zwinnie, jak dwie łasice. Co chwilę chwytała mały nożyk, nacinała świeczkę i kontynuowała formowanie.

„W górę. Wszystkie w lewo. Wyciągnąć, spłaszczyć.” W jej myślach wirował wielobarwny teserakt(1). „Jeszcze cztery wierzchołki, szkoda że nie można zagiąć w ana czy kata(2). A zresztą... Ludzie by i tak nie zobaczyli. Takie płaskie.” Konstrukcja już w niczym nie przypominała tradycyjnej świeczki; była to raczej wymyślna stylizacja wieży Eiffle'a połączona z sześcianem z trójwymiarowej koronki. „Kolory, żeby kolorami można czwarty wymiar pokazać... ale oni i tak nie zobaczą... nie widzą...”

Pochyliła się nad naczyniem z niebieskawą, prześwitującą cieczą. Chwyciła pędzelek i zaczęła domalowywać gdzieniegdzie błękitne płaszczyzny, które, jak od zaczarowanej różdżki, zmieniały barwę na jaśniejszą i traciły przezroczystość. „Czemu nikt nie widzi tak, jak ja? Mama by zrozumiała. Ona zawsze wiedziała wszystko. I jak pokazywałam jej, to się nie krzywiła od zapachu plasteliny. I zawsze zrobiła czekoladę. Takiej nigdzie nie ma. A ta w domu towarowym jest do kitu.” Myśli dziewczyny pobłądziły ku wspomnieniom ciasnego mieszkanka na Podgórzu, gdzie wśród stert starych gazet robiła swoje pierwsze rzeźby. Tam też wygrzebała, będąc w piątej klasie, podręcznik „Geometrii analitycznej”.

„Taka była gorąca. Wosk też parzy, ale tak inaczej, tak zimniej. To pewnie dlatego, że Barczakowa dawała mleko od swojej krowy. Na wodzie to już nie jest czekolada. I filiżanki. Tak, na pewno filiżanki też dawały smak. Pewnie dlatego, że środek jest otwarty. Jak w butelce, w której wszystko jest na zewnątrz, a się nie wylewa.” Ręce zupełnie bez udziału świadomości komplikowały coraz bardziej i tak zawiły wygląd świeczki.

Dziewczyna była nawet niebrzydka, ale ubiorem maskowała wszystkie zalety swojej urody. Bura spódniczka do kolan, bluzka w nieokreślonym, szarozielonym kolorze. Całości dopełniały plamy z wosku, które wyglądały, jakby celowo zostawione. Dłonie miała czerwone, zniszczone licznymi zacięciami i śladami od oparzeń. Włosy przewiązane niedbale chustką w sino­niebieskawym odcieniu. Wyglądała bardziej na rolniczkę, niż artystkę z galerii z luksusowymi świeczkami.

„Nawet, kiedy pogięłam jej parasol” myślami znów była z matką „to się nie gniewała, próbowała zrozumieć, co ja widzę. I mnie powinni zabrać, a nie ją. To wcale nie wina matki, ojca, alkoholu ani niczego innego. Ewolucja. Oni jeszcze tego nie widzą, jeszcze nie przyszedł czas.” kontynuowała rozmyślania. „Ale kiedyś za milion lat ktoś to widzi, bierze właśnie moją świeczkę do ręki i wie, że ja wiem, że widzę inaczej” Absurdalność takiego założenia do niej nie docierała. Jej świat nie miał czasu, nie było w nim miejsca na przeszłość ani przyszłość. Widziała przestrzeń czterowymiarową, w której czas był zaledwie jedną z osi, niczym nie wyróżnioną.

„Jeszcze źle. Złączyć przeciwległe wierzchołki bez ruszania ich z miejsca.” Ręce zamarły. Wpatrywała się w woskową rzeźbę, szukając sposobu na dokonanie niemożliwego połączenia. Obróciła kilka razy całą konstrukcję w palcach. Nijak nie dawało się złożyć tak ścianek, aby przeciwległe płaszczyzny pokryły się bez wyginania całości. Konflikt między jej wyobraźnią a płaską, trójwymiarową rzeczywistością bryły pozostawał nierozwiązywalny.

*

Cały sklep wypełniony był zapachem parafiny. Panował tu półmrok, rozmieszczone gdzieniegdzie halogenowe, punktowe, miniaturowe reflektorki rozjaśniały jedynie wyeksponowane tuż pod nimi świecowe arcydzieła. Światło przesączające się przez wielobarwne rzeźby tworzyły dziwny, psychodeliczny nastrój. Każdy, kto tu wchodził, miał wrażenie, że znajduje się w samym środku trójwymiarowego kalejdoskopu, stworzonego na uciechę jakiegoś zapomnianego boga radości. Choć każda świeczka była inna, to wszystkie łączyło coś nieuchwytnego, wrażenie, które ma człowiek, gdy się obudzi i wie, że przyśniło mu się coś nie­sły­chanie ważnego, tylko zapomniał, co to było, i jedynie cień tego, jakiś smak pod językiem, pozostaje na skraju świadomości.

Takie odczucia miał też mężczyzna, który powoli otworzył drzwi i, onieśmielony przepychem barw i kształtów, powoli wszedł do środka. Choć wyglądał najwyżej na trzydzieści lat, to gest poprawiania ciągle spadających na nos okularów nasuwał natychmiast skojarzenia z jakimś akademickim profesorem. Szedł tak, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Miękkie spodnie z wysokiego gatunku wełny oraz skórzane, brązowe buty doskonale komponowały się z eleganckim, nieco wolnym stawianiem kroków. Rozejrzał się przez chwilę, po czym zaczął wpatrywać w dziewczynę stojącą przy warsztacie.

- Pani...... - odczytał z identyfikatora imię – Moniko, można prosić?

Monika nie podnosząc głowy spojrzała w jego stronę. „Zaraz znów będzie to samo. Poprosi o coś, popatrzy i nawet się nie zastanowi, czego to jest cień. I chwyci w ręce. I zburzy symetrię. Poprzekłada, poprzestawia i nic nie będzie na miejscu.”

- Słucham – wymamrotała pod nosem, z głową wciąż skierowaną ku naczyniu z roztopioną parafiną.

- Poproszę te trzy zielone, w kształcie dwudziestościanu. - wskazał palcem na świeczki przypominające kanciaste kule.

Dziewczyna wypuściła z rąk pracę. Podeszła do półki i zdjęła trzy bryły. „Widzi? On widzi? Nie jestem sama? A może to tylko jakiś matematyk? I czy lubi czekoladę? Niech poprosi mnie, to wypiję nawet tę w domu towarowym. A na randkę założę tę sukienkę, którą mama kupiła mi na komunię. Tę ze złotymi wstążeczkami. I poperfumuję się z tej buteleczki, którą mama trzymała w szafie z bielizną. A potem pójdziemy nad Wisłę. I księżyc będzie nam świecić w oczy. Aż zobaczymy brzeg wszechświata. Na pewno będzie chciał mnie pocałować. I spojrzy mi w oczy i w nich zobaczy zwinięty kosmos, aż do końca. A mama się ucieszy, jak go przedstawię. Żeby jeszcze żyła, to by zrobiła nam dobrej czekolady.”

- Proszę – powiedziała – to będzie 48 złotych. A mi nie wyszło – dodała – bo miał być rombicosi-dodekahedron(3), ale się spłaszczył i zlikwidowałam niektóre ścianki.

„Pewnie studiuje matmę i dorabia sobie tutaj” pomyślał mężczyzna. Zważył w rękach świeczki i zaczął się rozglądać.

- Ale te nie są ładne – ciągnęła dziewczyna. - O, te są lepsze, chciałam zrobić trochę, żeby wszystkie sześć sześcianów były równo w tym samym miejscu, ale nie. - Jej słowa były nieco zagmatwane. - No wie pan, żeby każdy miał z każdym jedną wspólną płaszczyznę, ale tak się nie udało.

- No... nie mogło się udać - odpowiedział. - Przecież sześć sześcianów może być łączne pojedynczymi płaszczyznami każdy z każdym tylko w czterowymiarowej przestrzeni, a nie w naszym trójwymiarowym świecie.

- Niech pan tak nie mówi – zacisnęła zęby. - Wszyscy tak mówią. A ja zrobię kiedyś tak, że każdy zobaczy. I mama wróci, żeby pochwalić mnie, i powie, no wreszcie ci się udało, córeczko. A oni ją wtedy wypuszczą, i nie będzie już musiała umrzeć w tym szpitalu, bo zobaczą, że miałam rację. Niech pana tu nie ma – podniosła głos. - Bo mi pan psuje symetrię. A jak pana nie będzie to już jest dobrze, bo nic nie psuje w środku.

„Chora, czy co?” pomyślał. - Już wychodzę, niech się pani nie denerwuje, pani Moniko – powiedział otwierając drzwi.

- Powiedzieli panu, jak mam na imię? - głośno spytała wychodzącego. Chwyciła ze złością niedokończoną świeczkę. Ręce jej drżały, nacięcia nie były precyzyjne, jak poprzednio, wyginanie fragmentów też nie wyglądało już tak perfekcyjnie. „Nie wolno, mama mówiła, żeby nie ufać nikomu. Nawet, jak da cukierki, czy zaprosi na czekoladę. Czy on mnie zaprosił? Tak, zaprosił, a ja odmówiłam. Nie pójdę na czekoladę z obcym. Mama by się gniewała.” Ręce, pozbawione kontroli, niszczyły całą pracę. „I dobrze, on tylko udawał, że widzi. Wcale mi się nie podobało, że ładnie pachniał. Udawał tylko. Nie widział, że te sześciany to tylko cień. I nie lubię brunetów.” Zgniotła miękką wciąż świeczkę; stworzyła abstrakcyjną wizję początku wszechświata, mieszaniny wszystkich barw, linii i płaszczyzn. Spojrzała w dół. „Znowu wszystko zepsułam” pomyślała.

Zza okna wciąż przyglądał jej się młodo wyglądający mężczyzna w płaszczu.


Inowrocław, luty 2004
-------------------------------------------
1 - Teserakt – czterowymiarowa bryła foremna, czterowymiarowa kostka, o wszystkich krawędziach i ścianach równych, każda składowa bryła teseraktu jest sześcianem.

2 - Ana, kata – kierunki wyznaczone na osi czwartego wymiaru, analogia do znanych z trójwymiarowej przestrzeni kierunków: przód-tył, prawo-lewo, góra-dół.

3 - Rombicosi-dodekahedron – (z łac. rhombicosidodecahedron) dwudziestodwunastościan rombowy, symbol Wythoffa: 3 5|2



Od autora: Opowiadanie jest jednym z cyklu "Trzynaście portretów"; łączy je bardzo luźno Toruń, jako miejsce akcji wszystkich oraz pewne elementy powtarzające się w nich - nazwa ulicy, anonimowa postać itd. Ze względu na specyficzny język w tym opowiadaniu wydało mi się konieczne umieszczenie przypisów - niestety BBCode nie akceptuje zmiany pozycji czcionki, stąd nieszczęsne (1), (2) i (3) w treści - przepraszam ;)

Opublikowano

Doktorze, oprócz tego, że wrażenia fajne, to powiem z przymrużonym ślipiem, że pierwsza część (nad gwiazdką) kojarzyła mi się socrealistycznie - dziewczyna o wyglądzie rolniczki, ubiór też pasuje do plakatów o planie sześcioletnim i walce o nową wieś, "dom towarowy" ;) czwarty wymiar był dla mnie - jak pewnie dla każdego - nielichym wyzwaniem, któremu nie sprostałem. Natomiast bryły znalazłem i polecam wszystkim takim laikom jak ja:

http://www.scienceu.com/geometry/facts/solids/java/rh_icosidodeca.html

Dobrze wywiązałeś się z pomysłu :) Zgoda co do niepokoju...

Opublikowano

"...i kto normalny?"- napewno nie ja...opowiadanie wciąga swoją tajemniczością i klimatem a czwarty wymiar, hhmmm, nie wiem sama, mocno zaniepokoił

Freney, dzięki za bryły ;)
pozdrawia czarna [laik matematyczny]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Prawda

       

      Niektórzy uważają, że jest tyle prawd ilu jest ludzi na świecie. Że każdy ma swoją prawdę. Inni myślą, że prawda to fakt, którego nie da się zanegować. Jeszcze inni uważają, że prawda to zgodność rozumu z rzeczywistością. Ci pierwsi często popadają w sprzeczności, gdyż jedna prawda jednego człowieka przeczy drugiej prawdzie drugiego. Nie istnieje zatem żadna prawda uniwersalna dla wszystkich. Ci drudzy mówią co innego. Dokonują sprowadzenia rzeczy do faktów, których nie da się zanegować. Ale żyjemy w dobie powszechnej manipulacji faktami, którą można zręcznie zafałszować prawdę. Są rozmaite sposoby manipulacji prawdą, opisane w literaturze pod jedną nazwą: „erystyka”. Opisuje się tam sposoby osiągnięcia „sukcesu” w sporze nie tylko za wszelką cenę ale także wbrew prawdzie, wedle celu jaki chce się osiągnąć. Człowiek rozumny wie, że trzeba mieć dobrze wykształcone sumienie tak aby można było rozróżnić prawdę od fałszu i za razem być w zgodzie z rzeczywistością. Co może pomóc człowiekowi w dojściu do prawdy? Oczywiście rozum, logika, sumienie super naturalne. Ale co jeszcze? Ten czynnik stanowi Prawda Objawiona, która pomaga w rozróżnieniu fałszu od prawdy. Prawdę tą objawił nie kto inny tylko Jezus Chrystus jak tylko się pojawił na Ziemi, tj. ponad dwa tysiące lat temu. Przyszedł na ten świat aby go zbawić nie zaś po to aby świat potępić. Narodził się partenogenetycznie z Maryi Dziewicy, z Ducha Świętego. Dorastał w rodzinie Józefa, rzemieślnika, który adoptował Jezusa i Maryję Pannę. Już jako dziecko był prześladowany przez okrutnego władcę i musiał salwować się wraz z najbliższą rodziną ucieczką do Egiptu. Po śmierci satrapy mógł powrócić do ojczyzny ziemskiej. Jako dziecko zadziwiał uczonych w piśmie swoją wiedzą podczas spotkania w świątyni. Nabywał wprawy w zawodzie cieśli dzięki swemu ojcu, rzemieślnikowi. Jako młody człowiek często bywał w świątyni, gdzie zapoznawał ludzi zgromadzonych w świątyni ze zwojami zwierającymi proroctwa o nadejściu Mesjasza. Gdy stał się już dojrzałym mężczyzną rozpoczął swoje nauczanie teologiczno-moralne, zgodnie z posłannictwem otrzymanym od swego Ojca niebieskiego. Dokonywał wielu cudów. Uzdrawiał niewidomych od urodzenia, głuchych, wskrzeszał umarłych, w cudowny sposób rozmnożył chleb. Swoją działalność posłanniczą prowadził przez wiele lat. Nauczał, że się na to narodził aby dać świadectwo Prawdzie. Pod koniec swojej działalności, gdy nauka, którą głosił zaczęła niepokoić lokalną władzę w Jerozolimie, skorumpowaną, chciwą na pieniądze, został fałszywie oskarżony o bunt przeciw władzy rzymskiego okupanta i żydowskiej władzy duchownej, i w sfingowanym procesie sądowym skazany na śmierć krzyżową. Prawie nikt nie stanął w jego obronie. Nawet jego uczniowie. Tylko prokurator rzymski Piłat z Pontu próbował ująć się za nim. Wyrok był okrutny i odwrotnie proporcjonalny do winy oskarżonego. Był to najzwyczajniej w świecie mord sądowy, w którym skazuje się na najwyższy wymiar kary, jaką była śmierć krzyżowa, człowieka Bogu ducha winnego. Droga krzyżowa podczas której skazany musiał nieść swój krzyż prowadziła przez całe miasto, aż na miejsce kaźni za miastem, zlokalizowane na górze zwanej Golgotą. Tam pomiędzy skazańcami, skazanymi za pospolite przestępstwa, dokonał ziemskiego żywota. Ponieważ przepowiedział, że po trzech dniach po swojej śmierci zmartwychwstanie, polecono żołnierzom rzymskim aby strzegli grobu Jezusa zwanego Chrystusem, królem Żydów. Tak też się stało. I stało się tak, że strażników rzymskich zmorzył mocny sen w czasie służby. Nagle nastąpiły dziwne i niewytłumaczalne zjawiska: trzęsienie ziemi i powstanie wielkiej jasności dobywającej się z wnętrza grobowca. Obudzeni i przerażeni rzymscy żołdacy w panice uciekli z posterunku. Ciało Jezusa zniknęło. Duchowieństwo żydowskie dowiedziawszy się o zdarzeniach minionej nocy, przekupili strażników i nakazali im mówić, że uczniowie Jezusa wykradli w nocy ciało i nie wiadomo gdzie je położyli. Lecz co przeczyło i przeczy po dziś dzień temu kłamstwu? To materialny dowód zmartwychwstania, Całun Turyński. Jest to całun, w który było spowite ciało Jezusa w chwili złożenia w grobie. Autentyczność całunu przechowywanego obecnie w Turynie, we Włoszech, dla każdego, kto z uwagą śledzi dokonania nauki w tej materii, a także czyta z uwagą Biblię nie ulega wątpliwości. I jak mawiał mistrz z Nazaretu: „Kto jest z Prawdy, słucha mego głosu. A ten, który mówi, że słucha mego głosu, a nie bierze swego krzyża na każdy dzień i mnie nie naśladuje, nie jest mnie godzien”.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...