Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

potrafi tworzyć osobowość
pierwszym wrażeniem zbić z pantałyku
w animusz oblec postać młodą
starszej powabu dać bez liku

zazwyczaj z suknią chodzi w parze
udany romans ma z garniturem
z żakietem skreśli wyraz twarzy
z paltem lub futrem stworzy urok

do letnich ciuszków jest dodatkiem
w ciacho przemieni twarz pospolitą
z obfitym rondem oraz kwiatkiem
nagość przed słońcem schroni szybko

fasonów przecież ma tysiące
wdzięczny dodatek co szyku szuka
przypadkiem wzbudzi śmiech gorący
dobrze go dobrać to jest sztuka

Opublikowano

@Jacek_Suchowicz

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


to byłoby zbyt oczywiste
rozumiem, że sobie kpisz co to znaczy "szczególnie poukładany samodzielny" czyżby sugestia że inne piszę z kimś wspólnie
Pozdrawiam
Wiersz nie musi mieć tytułu "kapelusz" nawet nie powinien.

Gdyby wiersz potraktować jak swoje dziecko, które dorosło do do tego żeby
opuścić mieszkanie w szufladzie, wtedy staje się samodzielny, żyje swoim życiem,
sam powinien sobie dać radę, ma już nowe mieszkanie (czytaj portal)
ma tytuł (jak wykształcony człowiek) czasem pozycję (jest nagradzany)
wiedzie mu się nieźle (jest w końcu poukładany, porządny)

Cieszy mnie ogromnie, że piszesz, sam czy czy z kimś - to bez znaczenia.
Nie posądzaj mnie proszę o kpinę w żadnym temacie, bo sprawisz mi przykrość.

Tymczasem słonka :)
Opublikowano

no właśnie czy nie za bardzo poukładany i nie zbyt porządny
w tej swojej porządności - dobrze odrobionej pracy domowej
jak patrzę z dystansu to ciut przynudza może jak mi starczy wolnego czasu ciut pierzu i soli dodam
Dzięki pozdrawiam:))
ps zbyt wysoko Ciebie cenię aby Ci przykrość sprawiać

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...