Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1999 rok

Nie wiem, za co się mam najpierw wziąć, ręce opadają. Pierwsza Wigilia u nas, ma zjechać się cała rodzina a ja kompletnie nie mogę się zorganizować.
Stoły nie przywiezione, nie wiem czy będę miała przy czym usadzić gości, mąż miał już dawno to załatwić, ale z nim tak jest, wszystko na ostatnią chwilę.
Otwieram szafkę z naczyniami i patrzę bezradnie. Brakuje mi wszystkiego, naczyń również.
Nie ma na co czekać, nic nie wymyślę, wsiadam w samochód - muszę kupić zastawę na 12 osób.
Jadę, szukając jakiegoś przyzwoicie zaopatrzonego sklepu a przed oczami przewija mi się lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić. Na szczęście część potraw przygotuje moja mama, część teściowa, o tyle będzie mi lżej.
I jeszcze ten katar, jak na złość leje mi się z nosa – strumieniem, chyba nigdy takiego kataru nie miałam.
Wstępuję do apteki, ale nic odkrywczego poza przysłowiowym “Katar nieleczony trwa siedem dni a leczony tydzień” tam nie mają – niestety.
Sklep - wpadam w pośpiechu i kamień z serca... Jest!! Piękny granatowo - złoty komplet na 12 osób. Nie zastanawiam się nawet przez chwilę, biorę od ręki.
Podjeżdżam pod dom, z daleka widzę jak mąż taszczy ogromną, przepiękną choinkę.
W całym domu pachnie świerkiem, pachnie świętami. W dużym pokoju czeka na mnie niespodzianka - przyjechały stoły.
Oddycham głęboko, stres powolutku odpływa, dam sobie radę, zdążę ze wszystkim.
Dzieciaki szaleją, mąż oprawia drzewko usiłując namówić je by uprzejmie zmieściło się w jakiś stojak, ja wyciągnęłam zabawki choinkowe, segreguję je. W tym roku choinka będzie granatowo złota, tak jak nowa zastawa, będzie pięknie.
Na kuchni dogotowuje się barszczyk czerwony, dom pachnie suszonymi grzybami, pomarańczami, goździkami, cynamonem...
Usiłuję doprawić rybę po grecku, przez ten okropny katar straciłam zupełnie smak, a poza tym muszę uważać - odchudzam się po raz nie wiem już który. Ale teraz to już na poważnie, na pewno mi się uda tym razem. Zaparłam się.
Słucham z uśmiechem głosów dochodzących z pokoju, dzieciaki z mężem ubierają choinkę, słyszę jego tubalny śmiech. Tak jakoś na sercu ciepło mi się robi.

W radiu puszczają nastrojowe utwory, za oknem śnieg, choinka ubrana – wygląda cudownie.
Przytulam się do męża patrząc na rozświetlone kolorowymi lampkami drzewko.

Zapach ciasta wabi wszystkich do kuchni, sernik udał mi się w tym roku, nie zapadł się, nie przypiekł, stygnie i pachnie. Lubię sernik.
Stoły przykryte białym obrusem, nowa zastawa, granatowo – żółte serwetki, wygląda naprawdę elegancko.
Dzieci noszą potrawy na stół, ja w łazience przebieram się, przyczesuję włosy.
Nie patrzę w lustro, nie lubię swoich kilogramów, w niczym dobrze nie wyglądam.

Schodzą się goście, jest gwarno, radośnie. Moi rodzice, babcia, teściowie, nawet mój szwagier przyjechał.
Prezenty pod choinką skupiają całą uwagę dzieci, my zasiadamy przy wigilijnym stole, wszyscy razem, czuję rodzinną więź, czuję wyjątkowość tej chwili, podniosłość.
Jestem szczęśliwa.



2000 rok

Jedziemy samochodem, w kompletnej ciszy. Wigilia u teściów. Nie miałam siły robić jej u nas, u mnie. Obok mnie człowiek, którego kochałam przez 13 lat, obcy, daleki i zimny. Nawet dzieci milczą, wpatrują się przez szyby na oszronione miasto. Staram się nie rozpłakać.
Błagałam, prosiłam by został z nami, chociaż na święta. Przecież tak bardzo go potrzebujemy, ja potrzebuję, dzieci. Wybłagałam jedynie tą Wigilię. Przytulam twarz do chłodnej szyby i nie wiem czy słusznie zrobiłam tak naciskając. Jest źle, czuję się źle. Skrępowana cisza zaległa między nami.
Podjeżdżamy pod blok, wchodzimy do teściów, nie czuć Świąt, czuć smutek.
Teściowa pochlipuje przy wigilijnym stole, teść z kamienną twarzą wpatruje się w przestrzeń, moi rodzice prowadza zdawkową konwersację. Wszyscy ukradkiem spoglądają na mnie…
Męczą mnie te spojrzenia, boli rola zdradzonej żony. Czuję pustkę, tak bardzo chciałabym stamtąd wyjść, tak bardzo bym chciała żeby mnie ktoś przytulił.
Atmosfera jest trudna do zniesienia. “Skubię” kolejno podawane dania, nie mogę jeść, nie przechodzi mi nic przez zaciśnięte gardło.
Koniec Wigilii witam z ulgą. Zdawkowe pożegnania.

Stoję przy samochodzie i czuję się dziwnie, świat zaczyna obracać się do góry nogami, odpływać, oddalać.
Otwieram oczy, nade mną nachyla się mąż, bez troski, ze złością w oczach, jak mogłam zemdleć? Jak mogę być tak kłopotliwą jednostką? Wiezie mnie na ostry dyżur. Uderzyłam głową o beton, wszystko mnie boli, dzieci płaczą.
Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same. Nie ma litości, nie ma wyjątku, mogę umrzeć, nie obchodzi go to.
Zostałam sama.

2003 rok

Oprawiam tę nieszczęsną choinkę, nie wydawała się taka duża na stoisku. Tak naprawdę to ma ze 3 metry najmarniej i ogromny pień. Nie mam żadnej siekiery, usiłuję ją obciosać tłuczkiem do mięsa.
Dzieciaki się śmieją ze mnie a ja robię, co mogę. Wreszcie udało się, wstawiam ją do stojaka. Stoi niepewnie, a jeśli się przewróci? Po chwili namysłu zdejmuję obrazek ze ściany i sznurkiem przywiązuję pień choinki. Może nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale przynajmniej nikogo nie zabije.
Dzieciaki wybierają bombki, w tym roku będziemy mieć złoto czerwoną choinkę.
Oglądamy zabawki, stare łańcuchy, niektóre pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. Wiele zabawek robiła moja babcia, wspominamy ją biorąc w ręce słomiane koguciki, aniołki, łańcuchy ze sreberek po czekoladzie. Babcia nie zasiądzie już z nami przy wigilijnym stole, ale pamiętamy ją, kochamy i wierzymy, że w ten szczególny wieczór będzie nad nami czuwać.

Zakupionym sprayem dzieci malują obrazy na szybach. Zerkam z przerażeniem, mam nadzieję, że da się to zmyć.
Mam radość w sercu, nie wiem czemu, może przyszedł czas pogodzenia się z tym co poza mną, akceptację zmian, które nastąpiły a może nauczyłam cieszyć się tym, co mnie otacza, małymi, codziennymi radościami.
Czuję się tak jakbym odnalazła w sobie zagubioną magię Świat, czuję, że potrafię się cieszyć spotkaniem z bliskimi przy świątecznym stole, że czekam na nie.
Po trzech latach uczę się od nowa uśmiechać, mimo że nigdy nie będzie już tak samo.

Nie spieszymy się, większość potraw przygotowałam już wczoraj, teraz tylko nakryjemy do stołu, pod choinkę położymy prezenty, zapalimy lampki choinkowe. Ciche kolędy, spokój, nasze świątecznie ozdobione drzewko pachnie cudownie, na stole rozłożone pomarańcze ponabijane goździkami, dzieci porobiły na nich przecudowne goździkowe wzory...
Córka nosi potrawy na stół, z zapałem ustawia kolorowe półmiski. Oczywiście syn musi wtrącić swoje trzy grosze, powstaje nierozwiązywalny problem gdzie ma stanąć półmisek z rybą a gdzie jest miejsce na barszczyk.

Słyszę dzwonek domofonu, dziwię się, jeszcze zbyt wcześnie na gości.
Idąc korytarzem łapię swoje odbicie w lustrze, schudłam. Już nie muszę uciekać wzrokiem od samej siebie, odruchowo poprawiam włosy.

Dzieci mnie wyprzedziły. Pędzą do przedpokoju, słyszę jak otwierają drzwi.

- Mamo Tatuś przyjechał!!

To będą dobre Święta, teraz już wiem.

Opublikowano

Powiem szczerze , ciekawa byłam tego opawiadania.Nie,nie przez kompetycje , które czasem nas dzielą [ mam takie wrażenie ], lecz lubię lekką i jasną prozę . Czytam wszystko , jak leci .
W Twoim opowiadaniu,mętlik widzę. Przecinków katastrofę , która sens zdaniu odbiera a przede wszystkim , próbę wtracenia poetyckiej formy.
Samo opowiadanie, jest formą nie tyle pamiętnika , co konkluzją wydarzeń powtarzającej się daty.Czyli , czyli....nie wiem , jak mam sie ustosunkować.To, pierwsze wrażenie.
serdecznij niż zwykle
aneta

Opublikowano

a koleżanka wie, co to Word?
albo, że jest taka reguła, iż przed przecinkami nie zostawiamy spacji, natomiast po nim, owszem, jedną?
oraz taką, że między znakami stawiamy najwyżej jedną spację? A nie np dwie?
Jest też taka zasada, że jeśli piszemy w pierwszej osobie, to używamy w pewnych czasownikach końcówkę, jakże zakręconą, ę :) piszę, gotuję, szykuję, piorę?

opowiadanie bardzo mi przypadło do gustu, więc nie mogłam przejść obojętnie, tak strasznie żal mi się zrobiło tych zaniedbanych zdań, że tu jest czysta wersja, gdzieniegdzie zmieniona, ale tylko pocięłam kilka zdań, bo za długie dawałaś, łączyłaś w nich za wiele nie bardzo pasujących do siebie czynności, sytuacji, spraw. Z góry przepraszam za wtrącenie się, ale nie wytrzymałam :) a właśnie, przed "ale" też stawiamy przecinki.

===========================================================

1999 rok

Nie wiem, za co się mam najpierw wziąć, ręce opadają. Pierwsza Wigilia u nas, ma zjechać się cała rodzina a ja kompletnie nie mogę się zorganizować.
Stoły nie przywiezione, nie wiem czy będę miała przy czym usadzić gości, mąż miał już dawno to załatwić, ale z nim tak jest, wszystko na ostatnią chwilę.
Otwieram szafkę z naczyniami i patrzę bezradnie. Brakuje mi wszystkiego, naczyń również.
Nie ma na co czekać, nic nie wymyślę, wsiadam w samochód - muszę kupić zastawę na 12 osób.
Jadę, szukając jakiegoś przyzwoicie zaopatrzonego sklepu a przed oczami przewija mi się lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić. Na szczęście część potraw przygotuje moja mama, część teściowa, o tyle będzie mi lżej.
I jeszcze ten katar, jak na złość leje mi się z nosa – strumieniem, chyba nigdy takiego kataru nie miałam.
Wstępuję do apteki, ale nic odkrywczego poza przysłowiowym “Katar nieleczony trwa siedem dni a leczony tydzień” tam nie mają – niestety.
Sklep - wpadam w pośpiechu i kamień z serca... Jest!! Piękny granatowo - złoty komplet na 12 osób. Nie zastanawiam się nawet przez chwilę, biorę od ręki.
Podjeżdżam pod dom, z daleka widzę jak mąż taszczy ogromną, przepiękną choinkę.
W całym domu pachnie świerkiem, pachnie świętami. W dużym pokoju czeka na mnie niespodzianka - przyjechały stoły.
Oddycham głęboko, stres powolutku odpływa, dam sobie radę, zdążę ze wszystkim.
Dzieciaki szaleją, mąż oprawia drzewko usiłując namówić je by uprzejmie zmieściło się w jakiś stojak, ja wyciągnęłam zabawki choinkowe, segreguję je. W tym roku choinka będzie granatowo złota, tak jak nowa zastawa, będzie pięknie.
Na kuchni dogotowuje się barszczyk czerwony, dom pachnie suszonymi grzybami, pomarańczami, goździkami, cynamonem...
Usiłuję doprawić rybę po grecku, przez ten okropny katar straciłam zupełnie smak, a poza tym muszę uważać - odchudzam się po raz nie wiem już który. Ale teraz to już na poważnie, na pewno mi się uda tym razem. Zaparłam się.
Słucham z uśmiechem głosów dochodzących z pokoju, dzieciaki z mężem ubierają choinkę, słyszę jego tubalny śmiech. Tak jakoś na sercu ciepło mi się robi.

W radiu puszczają nastrojowe utwory, za oknem śnieg, choinka ubrana – wygląda cudownie.
Przytulam się do męża patrząc na rozświetlone kolorowymi lampkami drzewko.

Zapach ciasta wabi wszystkich do kuchni, sernik udał mi się w tym roku, nie zapadł się, nie przypiekł, stygnie i pachnie. Lubię sernik.
Stoły przykryte białym obrusem, nowa zastawa, granatowo – żółte serwetki, wygląda naprawdę elegancko.
Dzieci noszą potrawy na stół, ja w łazience przebieram się, przyczesuję włosy.
Nie patrzę w lustro, nie lubię swoich kilogramów, w niczym dobrze nie wyglądam.

Schodzą się goście, jest gwarno, radośnie. Moi rodzice, babcia, teściowie, nawet mój szwagier przyjechał.
Prezenty pod choinką skupiają całą uwagę dzieci, my zasiadamy przy wigilijnym stole, wszyscy razem, czuję rodzinną więź, czuję wyjątkowość tej chwili, podniosłość.
Jestem szczęśliwa.




2000 rok

Jedziemy samochodem, w kompletnej ciszy. Wigilia u teściów. Nie miałam siły robić jej u nas, u mnie. Obok mnie człowiek, którego kochałam przez 13 lat, obcy, daleki i zimny. Nawet dzieci milczą, wpatrują się przez szyby na oszronione miasto. Staram się nie rozpłakać.
Błagałam, prosiłam by został z nami, chociaż na święta. Przecież tak bardzo go potrzebujemy, ja potrzebuję, dzieci. Wybłagałam jedynie tą Wigilię. Przytulam twarz do chłodnej szyby i nie wiem czy słusznie zrobiłam tak naciskając. Jest źle, czuję się źle. Skrępowana cisza zaległa między nami.
Podjeżdżamy pod blok, wchodzimy do teściów, nie czuć Świąt, czuć smutek.
Teściowa pochlipuje przy wigilijnym stole, teść z kamienną twarzą wpatruje się w przestrzeń, moi rodzice prowadza zdawkową konwersację. Wszyscy ukradkiem spoglądają na mnie…
Męczą mnie te spojrzenia, boli rola zdradzonej żony. Czuję pustkę, tak bardzo chciałabym stamtąd wyjść, tak bardzo bym chciała żeby mnie ktoś przytulił.
Atmosfera jest trudna do zniesienia. “Skubię” kolejno podawane dania, nie mogę jeść, nie przechodzi mi nic przez zaciśnięte gardło.
Koniec Wigilii witam z ulgą. Zdawkowe pożegnania.

Stoję przy samochodzie i czuję się dziwnie, świat zaczyna obracać się do góry nogami, odpływać, oddalać.
Otwieram oczy, nade mną nachyla się mąż, bez troski, ze złością w oczach, jak mogłam zemdleć? Jak mogę być tak kłopotliwą jednostką? Wiezie mnie na ostry dyżur. Uderzyłam głową o beton, wszystko mnie boli, dzieci płaczą.
Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same. Nie ma litości, nie ma wyjątku, mogę umrzeć, nie obchodzi go to.
Zostałam sama.


2003 rok

Oprawiam tę nieszczęsną choinkę, nie wydawała się taka duża na stoisku. Tak naprawdę to ma ze 3 metry najmarniej i ogromny pień. Nie mam żadnej siekiery, usiłuję ją obciosać tłuczkiem do mięsa.
Dzieciaki się śmieją ze mnie a ja robię, co mogę. Wreszcie udało się, wstawiam ją do stojaka. Stoi niepewnie, a jeśli się przewróci? Po chwili namysłu zdejmuję obrazek ze ściany i sznurkiem przywiązuję pień choinki. Może nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale przynajmniej nikogo nie zabije.
Dzieciaki wybierają bombki, w tym roku będziemy mieć złoto czerwoną choinkę.
Oglądamy zabawki, stare łańcuchy, niektóre pamiętam z czasów mojego dzieciństwa. Wiele zabawek robiła moja babcia, wspominamy ją biorąc w ręce słomiane koguciki, aniołki, łańcuchy ze sreberek po czekoladzie. Babcia nie zasiądzie już z nami przy wigilijnym stole, ale pamiętamy ją, kochamy i wierzymy, że w ten szczególny wieczór będzie nad nami czuwać.

Zakupionym sprayem dzieci malują obrazy na szybach. Zerkam z przerażeniem, mam nadzieję, że da się to zmyć.
Mam radość w sercu, nie wiem czemu, może przyszedł czas pogodzenia się z tym co poza mną, akceptację zmian, które nastąpiły a może nauczyłam cieszyć się tym, co mnie otacza, małymi, codziennymi radościami.
Czuję się tak jakbym odnalazła w sobie zagubioną magię Świat, czuję, że potrafię się cieszyć spotkaniem z bliskimi przy świątecznym stole, że czekam na nie.
Po trzech latach uczę się od nowa uśmiechać, mimo że nigdy nie będzie już tak samo.

Nie spieszymy się, większość potraw przygotowałam już wczoraj, teraz tylko nakryjemy do stołu, pod choinkę położymy prezenty, zapalimy lampki choinkowe. Ciche kolędy, spokój, nasze świątecznie ozdobione drzewko pachnie cudownie, na stole rozłożone pomarańcze ponabijane goździkami, dzieci porobiły na nich przecudowne goździkowe wzory...
Córka nosi potrawy na stół, z zapałem ustawia kolorowe półmiski. Oczywiście syn musi wtrącić swoje trzy grosze, powstaje nierozwiązywalny problem gdzie ma stanąć półmisek z rybą a gdzie jest miejsce na barszczyk.

Słyszę dzwonek domofonu, dziwię się, jeszcze zbyt wcześnie na gości.
Idąc korytarzem łapię swoje odbicie w lustrze, schudłam. Już nie muszę uciekać wzrokiem od samej siebie, odruchowo poprawiam włosy.

Dzieci mnie wyprzedziły. Pędzą do przedpokoju, słyszę jak otwierają drzwi.

- Mamo Tatuś przyjechał!!

To będą dobre Święta, teraz już wiem.


==========================================================


Serdecznie pozdrawiam i proszę następnym razem zadbaj o tekst..
Natalia

Opublikowano

"Lekarz chce zatrzymać mnie na obserwację. Nie mogę zostać, on rano wyjeżdża, dzieci nie zostaną same"
Właśnie przeczytałam twoje opow. po raz drugi i cieszę się, ze poprawione, jak fajnie teraz wygląda. Tylko jeszcze to jedno zdanie, dla mnie to wygląda, że lekarz wyjeżdża.... Jeśli jeszcze to poprawisz, bedzie idealnie.
A co do treści.... Dla mnie najbardziej ciekawy był środkowy fragment, sprawdza się chyba powiedzenie, że nejtrudniej jest w oryginalny sposób pisac o szczęściu. Ale myślę, ze wyszłaś z tego zwycięsko, w takiej sytuacji bardzo łatwo osunąć się w kicz (wiesz, te choinki, bombki; w ogóle gwaizdka to straszny kicz, chociaż przyjemny:))), ale tobie udało się byc w miarę oryginalną, jest w tym autentyzm, czuć w tym życie.
Fajne opowiadanie, z przyjemnością przeczytałam 2 razy, co nie zdarza mi sie często:)
Pozdrawiam i Wesołych 2004!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...