Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie zawsze ten, którego uważamy za jednego jedynego faktycznie nim jest. Czasami tak się zdarza, ale w większości przypadków to bujda… niestety. Czasem ta osoba odchodzi, zanim jeszcze się zdąży powiedzieć mu co tak naprawdę się do niego czuje…

Wszystko zaczęło się w te wakacje. Miałam wyjechać po raz ostatni na normalny obóz. Długo szukałam odpowiedniej oferty. Jednak w końcu takowy znalazłam. Czechy – tuż przy granicy z Niemcami, wspaniały program, no i część osób w moim wieku. Pomyślałam, że to będzie niezapomniany obóz – musiał taki być…
Na długo przez wyjazdem moje myśli wciąż zaprzątały marzenia i nadzieje dotyczące upragnionej wycieczki. Zastanawiałam się nad tym jak tam będzie, czy poznam kogoś fajnego, z kim później będę miała kontakt później, a może ktoś z mojego miasta. Przede wszystkim jednak interesowało mnie to czy będzie tam ktoś, kto stanie się tym jednym jedynym.
W krótkim czasie okazało się, że z mojego miasta jadę jako jedna jedyna osoba. Moje nadzieje lekko się zmniejszyły, ale stwierdziłam, że w końcu jestem osobą dość kontaktową i jakoś sobie dam radę. Zresztą wolałam nawet nie jechać z nikim znajomym. Czułam, że bardziej będę sobą w grupie zupełnie nie znanych mi osób. Poza tym gdyby nie było tak fajnie, zawsze nie musiałabym później utrzymywać z nikim kontaktu.
Dni do wyjazdu szybko mijały, a we mnie narastał niepokój. Czy wszystko będzie naprawdę dobrze? Może znowu będę outsiderką? Może cały ten wyjazd to jedna wielka pomyłka? Takie i więcej pytań zaprzątało mi głowę. Jednak postanowiłam zrobić wszystko co tylko możliwe, by ten obóz nie był totalną pomyłką.
Dzień wyjazdu, a ja nie wiem czy się cieszyć, czy raczej płakać, że się popełniło największy dotychczasowy błąd w życiu. Odliczałam godziny, minuty i sekundy do przyjazdu autokaru, który miał mnie zabrać… Jako, że nie miałam blisko do miejsca zbiórki moi rodzice odwieźli mnie na miejsce. Jednak już od początku nie wszystko było takie różowe. Byłam na „zbiórce” pół godziny wcześniej, żeby się przypadkiem nie spóźnić. Ledwo dojechaliśmy rozdzwonił się mój telefon. Był to jeden z opiekunów, mój wyjazd opóźni się o jakieś 2 godziny. Moje nadzieje na wspaniały wypoczynek również odsunęły się na dalszy plan
Ponowne pojawienie się na miejscu było jednak „owocne”. Gdy autokar podjeżdżał mój niepokój wzrósł jeszcze bardziej. Jednak opiekunka okazała się bardzo sympatyczna. Przeprosiła za spóźnienie i zaprowadziła mnie do autokaru. Gdy weszłam do środka poczułam się nieswojo. Oczy wszystkich (albo prawie wszystkich) zwrócone były w moją stronę. Jak najszybciej chciałam znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, usiąść i jechać na docelowe miejsce. Rozglądając się po autokarze zauważyłam jedno puste siedzenie obok tajemniczo wyglądającego chłopaka. Podeszłam do niego i spytałam czy miejsce jest wolne. Uśmiechnął się i powiedział, że tak. Wyglądał jakby był smutny, a może zamyślony. Dlatego też nie zaczynałam rozmowy. Wydawało mi się, że kilka razy starał się nawiązać jakiś dialog, ale tego nie zrobił. A może tylko mi się tak wydawało…
Jakiś czas po mnie wsiadła jeszcze jedna dziewczyna. Poprosiła chłopaka siedzącego ze mną o zamianę miejsc. Zgodził się, a ja przy okazji spytałam go o imię.
Mikołaj… Domyślałam się, że nie jest on zwyczajnym chłopakiem. Chłopakiem końcu nie każdy ma długie, falowane włosy i niebieskie oczy. Brakowało mu tylko jakiegoś instrumentu na którym mógłby grać. W wyobraźni miałam już obrazek jego siedzącego gdzieś samotnie o zachodzie słońca albo przy płonącym ognisku z gitarą. Trochę żałowałam, że się zamienili, ale przecież to był dopiero początek i zawsze miałam jeszcze czas później, bo przecież cały obóz przede mną. Moje nadzieje wróciły z prędkością światła…
Jakiś czas po postoju wsiadł jeszcze jeden chłopak. Usiadł za mną razem z Mikołajem i tym drugim. Jak to faceci, od razu znaleźli wspólny język i rozmawiali praktycznie o wszystkim. Właściwie to dwóch z nich rozmawiało. Mikołaj tylko czasami się włączał, ale jak już coś powiedział to było to trafne i inteligentne. Widać było, że nie pasuje do reszty. Był bardzo spokojny, małomówny i wciąż tajemniczy. Pamiętam jak dziś jego ciepły ton głosu i uśmiech…
Hotel w którym mieszkaliśmy - nic specjalnego, ale za to widoki wokół – przepiękne. Mieszkałam z trzema dziewczynami. Były raczej outsiderkami. Jednak mnie bardziej interesowało z kim mieszka Mikołaj. Niemniej jednak to nie było mi dane odkryć… przynajmniej na razie.
Pierwsza noc i … impreza zapoznawcza na korytarzu. My nie byłyśmy uwzględnione, mimo, że działa się tuż pod naszymi drzwiami. Wcale nie było mi szkoda, było mi żal, że nie mogłam go lepiej poznać… Nadzieja jednak nadal pozostała… nie wiem nawet czy uczestniczył w tym spotkaniu. Chyba, że chciał pozostać tajemnicą… Może chciał być bardziej anonimowy? Ja jednak chciałam odkryć jego tajemnicę…
Kolejne dni również nie zbliżyły nas do siebie. Wydawało mi się, że Mikołaj chciałby jakiegoś kontaktu, ale… ani ja ani on nie mieliśmy chyba odwagi zrobić pierwszego kroku. Gdy jedno robiło krok w przód, drugie robiło dwa w tył. Przynajmniej ja tak czułam. Prawie na każdej wycieczce przypadkiem spotykaliśmy się w sklepie albo gdzieś na ulicy, ale po krótkim „cześć” i „milo Cię widzieć” każde szło w swoją stronę. Nie chciałam by nasza znajomość tak wyglądała, ale zranione ,ostatnią znajomością, serce nie pozwalało o sobie zapomnieć. Bałam się, że znów wszystko potoczy się podobnie. Może bałam się być szczęśliwą, wiedząc jak ulotne może być wszystko?
Przyszedł dzień, gdy mieliśmy ognisko. Pomyślałam, że to odpowiedni moment, by się zbliżyć do siebie. Taka sielska atmosfera musiała jakoś podziałać.
Siedzieliśmy sobie przytuleni patrząc na ogień. Jego ręka wciąż trzymała moją. Kurczowo, zupełnie tak jakby nie chciał, żebym mu gdzieś uciekła. Zupełnie tak jakby bał się, że gdy mnie puści to to wszystko okaże się tylko snem, przywidzeniem, marzeniem. Czasem patrzył mi prosto w oczy. Jego oczy w blasku ognia były jeszcze bardziej lśniące.
Jednak to był tylko sen. W rzeczywistości nic z nie wyszło tak jak bym sobie wymarzyła. Przede wszystkim nie siedzieliśmy nawet obok siebie tylko naprzeciwko, poza tym po jakimś czasie zniknął i … już nie przyszedł. Ogniska zawsze wprowadzają mnie w stan jakiejś melancholii, nostalgii i wtedy potrzebuję się do kogoś tak po prostu bezinteresownie przytulić. Teraz jednak nie miałam do kogo… było mi z tym źle…
Przez kolejne dni udało mi się wejść do jego towarzystwa. Z początku byłam chyba postrzegana jako outsidera mająca wszystko gdzieś i nie mająca zamiaru zapoznawać się z nikim. Później przekonali się, że tak naprawdę jestem dziewczyną, z którą można pogadać o wszystkim. Cieszyłam się, że wreszcie będę mogła spędzać więcej czasu w obecności Mikołaja. Jednak czy samo spędzanie czasu coś zmieni?
Kolejne ognisko było już pod koniec obozu. Do tego czasu raczej nic się nie zmieniło. Rozmawialiśmy może kilka razy, ale nic więcej się nie stało. Ognisko było ostatnią szansą by móc powiedzieć sobie wszystko. Tak też miało być. Tym razem udało mi się nawet siedzieć w pobliżu niego. Wcześniej przygotowałam dla niego mały prezent, mianowicie moje wiersze dla niego. Postanowiłam mu je dać na pamiątkę. To ognisko było w bardziej przyjacielskiej atmosferze niż poprzednie. Może dlatego ,że wszyscy na nim byli, a może tak mi się tylko wydawało, bo wreszcie nie siedziałam sama wpatrując się beznamiętnie w ogień. Tym razem siedziałam w grupie osób. Rozmawialiśmy o mijającym obozie, o tym co nam się podobało a co nie.
Przez cały czas trzymałam prezent w kieszeni od bluzy. Czekałam na właściwy moment gdy pozostaniemy względnie sami, by mu go dać. Czułam jakby palił mnie przez materiał. Zupełnie jakby już nie mógł się doczekać pójścia w ręce Mikołaja.
W końcu zostaliśmy sami. Poczułam, że taka chwila nie zdarzy się już drugi raz, więc muszę ją wykorzystać. Powiedziałam więc Mikołajowi, że mam dla niego mały prezent, taką małą pamiątkę. Poprosiłam też by przeczytał to gdy będzie miał chwilę taka tylko dla siebie. Był dość zaszokowany, ale podziękował i … na tym się skończyło. Schował list do kieszeni i dalej wszystko działo się jakbym nigdy nie dala mu tej pamiątki, jakby to wszystko nigdy się nie stało.
Ani następnego dnia, ani też później nie mówił nic o liście. Jego stosunek wcale się nie zmienił. Wszystko było takie samo…

Opublikowano

hm... zaczęło się interesująco, później mi czegoś chyba zabrakło, czegoś, co by zmusiło do głębszego zastanowienia, refleksji.
bo początek, pierwsze zdania raczej nastawiły mnie na coś innego, sam nie wiem na co;)

z innych kwestii, to w zdaniu "Czasem ta osoba odchodzi, zanim jeszcze się zdąży powiedzieć mu co tak naprawdę się do niego czuje…" coś mi nie pasuje z zaimkami.

pozdrawiam
Michał Z.

Opublikowano

Chyba nie mogłeś tego odebrać, bo Ania jest TheGreen. I to zarówno wiekiem jak i stażem. Pisze po prostu to, co czuje ona sama i jej rówieśnicy. J się nie doszukałem w tym niczego interesującego i wynika to pewnie z różnicy wieku. Ale tekst jest moim zdaniem ( ale jam nie jest p. Profesor) zupełnie poprawny.

Opublikowano

Też nie poczułem tej historii, ale pewnie problem tkwi w moim wieku. Panowie i Pani, a jeśli to utwór terapeutyczny? Kto z nas nie odreagowywał w ten sposób nieudanych zakochań? Jeśli jednak literatura, to forma i styl już jest, i wypada życzyć jedynie ciekawszych pomysłów :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...