Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

````````````````````````````````````


Być może na końcu w ostatniej karawanie
ktoś zrozumie że nigdy nie będzie oazy
że oczy tylko mamią puste krajobrazy
i kolejne marzenie pustynią zostaje

Być może się zawaha na chwilę przystanie
przez chwilę poza siebie obejrzeć się waży
i jak inni ziarenkiem zostanie pejzaży
w roziskrzonym od słońca suchym oceanie

Być może celem było bezsensu ujrzeć sens
przez moment w odrobinie rozbłysnąć uśmiechu
na pustyni nadziei gdzieś na rozstajach łez

A jego karawana w mglistym zniknie echu
jak mara zła wiara przeklęty dzień w pośpiechu
na drodze do oazy po niewyśniony sen



````````````````````````````````````

Opublikowano


Zanim człowiek się obejrzał, koniec wakacji i niemal lata.
Nadchodzi czas podróży wyimaginowanych w krainy wyobraźni,
absurdu, groteski, ale i nie pozbawionej właściwej dla nadchodzącej jesieni zadumy.
Gdy marność nad marnościami coraz częściej będą szeleścić liście pod nogami,
a słońce chylić się zacznie ku kolejnemu upadkowi w zimową otchłań -
zapraszam tutaj:

http://bit.ly/PA0Vo2


Opublikowano

"Płynę " , Sokratexsie tą karawaną, i rozmyślam o tym ,że człowiek na pustyni jest samotny -tęskni za ludźmi...!
A krajobrazy na pustyni- piasek , wiedzi tylko miraż ,fatamorganę , jak dotrze do oazy?!Bo -"i jak inni ziarenkiem zostanie pejzaży..."
To sonet, -piękny forma doskonała, no i metafory ,,,powalają!
W drugim trzywersie- puenta ,"na drodze do oazy po niewyśniony sen", oby się spełnila !
Pozdrawiam!
Zabieram!
Ja

Opublikowano

Piękny wiersz i podobny trochę w treści oraz nastroju do wiersza Stepa. I nawet uważkę mam podobną: jeden z wersów (a nawet może dwa) nieco zakłócają rytm przez złe rozmieszczenie akcentów:

"Być może to był cel sens cały i jego kres
przez moment w odrobinie rozbłysnąć uśmiechu
na pustyni nadziei gdzieś na rozstajach łez"

A może by tak:

"Być może to był cały sens i jego kres
przez moment w odrobinie rozbłysnąć uśmiechu
na pustej gdzieś nadziei na rozstajach łez"

Oczywiście moja propozycja odrobinkę zmienia znaczenie poszczególnych wyrazów, choć moim zdaniem nie zmienia ogólnej wymowy wiersza. Ale można to zmienić całkiem inaczej, to już zależy od Autora. W kazdym razie przydałoby się wyrównać ten rytm akcentowy, a będzie wiersz zapięty na ostatni guzik. :-)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziękuję.
Chciałem, żeby ta stronka troszkę różniła się od typowych stron z wierszami, więc cieszę się, że Ci się podoba. W miarę czasu będę dodawał nowe cykle, także limeryki i haiku.
Serdecznie zapraszam :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ten raczej nietypowo podchodzi do dość wyświechtanego tematu - jest pogodzeniem się z tym, że brak sensu ma właśnie sens :) Sam w sobie jest największym Sensem. Wiersz sprzed 10 lat.

[quote]
jeden z wersów (a nawet może dwa) nieco zakłócają rytm przez złe rozmieszczenie akcentów


Trzy :) Pierwszy, dziewiąty i trzynasty wers mają średniówkę nieznacznie na szóstej sylabie, stąd pewna dysharmonia. Zawirowania jak "Gwiaździste niebo" u van Gogha i tym bardziej wydał mi się taki zabieg wskazany w odniesieniu do pustyni.
Mam też wersję "równą", ale póki co nie mogę jej jakoś strawić, intuicyjnie wydaje mi się, że czegoś jej brakuje.

Dziękuję i pozdrawiam.


Opublikowano

Teledysk Garbarka oddający zawirowania przestrzenno-czasowe poprzez wibrującą muzykę, charakterystyczny śpiew, pofałdowany pustynny piasek i postrzępione chmurami niebo:

http://bit.ly/NNHu5k

A tu jeden z równie genialnych obrazów van Gogha:

http://bit.ly/NNKzlU

Sztuka mirażu :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiersz Stepa też nie podchodzi typowo do "wyświechtanego" tematu. Piszecie tutaj bardzo podobnie akurat.
Ale bynajmniej nie sugeruję, że któryś z Was "ściągnął" coś od drugiego - nie musisz udowadniać, że Twój wiersz ma 10 lat. :-)
Natomiast Twoje rozmieszczenie akcentów, zaburzjaące rytm, nie ulepsza wiersza, tylko przeciwnie, Marek. Ale to Twoja sprawa, oczywiście.
Pozdrowionka, tradycyjnie. :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Chyba nawet dwanaście. To jeden z moich pierwszych, dlatego taki zaangażowany ;) Był też tu kiedyś na Orgu, w wątku Mariany.

Co do wiersza Steda, to nie jest podobny, poza zwrotem "Być może". Jeśli chodzi Ci o temat, że po śmierci może okazać się, że wszystko było złudzeniem, to raczej podobieństwo jest w wierszu (też starym więc zaangażowanym :)) który tydzień temu cytowałem w wątku Adlofa na drugim dziale:

http://www.poezja.org/wiersz,2,137842.html


a może z Którymś usiądziemy
przy pierwszym słowie w krańcach gwiazd
wspomnieniem o łzach zapłaczemy
bo się okaże że nie ma nas?

że życie po śmierci to tylko śmierć
że już nie czeka ciebie i mnie
kara za grzechy lub słodki sen
że za tym wszystkim spokój jest?

tam dalej pójdę w gwiazdach sam
gdzie jednocześnie wszędzie tam
zostawiał będę co dzień się
z tym samym Bogiem co - inny jest.


Wiadomo, że ludzie inteligentni dochodzą do takich samych wniosków, toteż nawet wynalezienie koła było tylko kwestią czasu ;) Dlatego w tamtym wierszu poszerzyłem temat, jak już wspomniałem dość wyeksploatowany, o pojęcie tego samego innego Boga, którego zresztą nie ma, jak się okazało po śmierci. Proste, prawda? :)
Ale jak podkreślić nonsens, jak nie logicznym oksymoronem?

[quote]
Natomiast Twoje rozmieszczenie akcentów, zaburzjaące rytm, nie ulepsza wiersza, tylko przeciwnie, Marek.

Naprawdę ten jeden wers, bo na przykład pierwszy tylko teoretycznie ma średniówkę po szóstej, aż tak razi? Zastanowię się w takim razie nad nim, być może tak mi się już wczytał w głowę, że tego nie zauważam :)

Dziękuję tym bardziej za sugestię i życzę miłej nocy.
Opublikowano

Wymieniłem wers na moim zdaniem o wiele lepszy oksymoron. Także metaforycznie lepiej udający moją myśl.
Dziękuję, Joanno - gdyby nie Ty pewnie dopiero przy jakiejś okazji bym go poprawił. To znaczy za kolejne parę lat :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo mi miło i nie ma za co. :-)
Ale... jeszcze kosmetyczne drobiażdżki, jeśli można:

"na pustyni nadziei gdzieś na rozstajach łez" - lepiej byłoby ten wers skrócić o jedną sylabę, która jeszcze zaburza rytm: "na pustyni nadziei gdzieś w rozstajach łez"

i podobnie tutaj:
"na drodze do oazy po niewyśniony sen" - może lepiej byłoby tak: "na drodze do oazy w niewyśniony sen"

Ale to już kosmetyka, jako rzekłam.
Pozdrawiam ciepło. :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo mi miło i nie ma za co. :-)
Ale... jeszcze kosmetyczne drobiażdżki, jeśli można:

"na pustyni nadziei gdzieś na rozstajach łez" - lepiej byłoby ten wers skrócić o jedną sylabę, która jeszcze zaburza rytm: "na pustyni nadziei gdzieś w rozstajach łez"

i podobnie tutaj:
"na drodze do oazy po niewyśniony sen" - może lepiej byłoby tak: "na drodze do oazy w niewyśniony sen"

Ale to już kosmetyka, jako rzekłam.
Pozdrawiam ciepło. :-)


Nie, tutaj jest dobrze. Średniówka wypada po siódmej sylabie, a rytm...
Trzy wersy w tercynach celowo są zakończone jednosylabowym słowem, co oddaje charakterystycznie pofałdowane pustynne piaski:

http://bit.ly/TXhVkZ

Ciekawe, ile słów ktoś musiałby użyć, żeby oddać to samo co tu bez słowa? ;)

Poza tym to nie rytmiczny walc:


zimowy walc

Od nieba ku ziemi zimowa muzyka
i drzewa ostrzeją w zawiejach co rusz,
śnieg skrzy i sztyletem dnia w głąb pól przenika,
za nocą ukryty opada jak nóż

i jabłoń truchleje za okno skazana,
a strach pień ramieniem objąwszy z nią drży -
lustrzane odbicia nas dwoje kochana,
bez siebie tak samo los wiódłby nas zły.

Więc tańczmy, muzykę przez okna wysączmy
i śmiechem olśnijmy biel śniegu, pól dal;
spójrz: jabłoń ze strachem niedobór połączył,
nie miłość, spełnienie, nie szczęście i bal.


Tutaj rytm musi być idealny, więc sylabotoniczny zapis tego walca wygląda tak:

_ / _ _ / _ _ / _ _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ / _

_ / _ _ / _ _ / _ _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ / _

_ / _ _ / _ _ / _ _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ _ / _
_ / _ _ / _ _ / _ / _


Poza tym rymy też są w wierszu metaforą, podobnie jak w sonecie owe fałdy :)
Tyle że tu, w nawiązaniu do wiersza, przemienne rymy męski i żeński jak sama nazwa wskazuje, również wydają się tańczyć ze sobą.
Mamy więc w roli głównej trzy tańczące pary: podmioty liryczne on - ona, jabłoń - strach na wróble, i rym żeński - męski.
Jak bal to bal, poza tym rytm oddaje wirujący śnieg, stąd tytuł.

Pokaż mi przykład własnego wiersza napisanego takim idealnym metrum ;)
Nie bawi mnie to już, ale mam sonety, villanelle i luźne wiersze napisane w ten sposób. Nawet limeryk jednosylabowy :)



Był bar "Dzyń Dzyń" we wsi Gaj,
gdzie szło co dzień ze sto jaj.
Lecz nie tych od kwok -
był tam ruch i tłok
od tych jaj, co są spod faj.




Opublikowano

"na drodze do oazy w niewyśniony sen"

Do oazy idzie się po coś :)
- Dokąd pani idzie?
- W oazę

"na pustyni nadziei gdzieś w rozstajach łez"

Podobnie tutaj:
- gdzie pani znalazła takiego prawdziwka?!
- w rozstajach

:-))))

Inni też odbiegali od zasady, by skrócać rym męski:

Tuwim (fragment)

I wy, o których zapomniałem,
Lub pominąłem was przez litość,
Albo dlatego, że się bałem,
Albo, że taka was obfitość,
I ty, cenzorze, co za wiersz ten
Zapewne skarzesz mnie na ciupę,
Iżem się stał świńtuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę!...



Leśmian (fragment)

Com uczynił, żeś nagle pobladła?
Com zaszeptał, żeś wszystko odgadła?
Jakże milcząc poglądasz na drogę!
Kochać ciebie nie mogę, nie mogę!
Wieczór słońca zdmuchuje roznietę.
Nie te usta i oczy już nie te...
Drzewa szumią i szumią nad nami
Gałęziami, gałęziami, gałęziami!



Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...