Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pętla na szyi głównego bohatera zaciskała się. Paranoiczne myśli kłębiły się w jego głowie jak przed burzą.
Pozostała mi tylko Ciocia. Pomyślał Filo i błyskawicznie wykręcił numer.
- Halo! Ciocia?
- Tak Filuś, a co się stało? Zapytała Ciocia matczynym głosem.
- Nic ciociu, wszystko w porządku, tylko samochód mi się zepsuł i potrzebuje pieniędzy na naprawę.
- Dobrze kochany, przyjedź, ja ci pożyczę.

Filo umówił się z ciocią i osiadł na krześle.

- Jak długo masz zamiar tak żyć? - Odezwał się jego wierny druh Czocher. - Ciągle na czyjejś łasce.
- A co Ci do tego, nie narzekaj! Ciesz się, że cię jeszcze nie spaliłem!
- O! Patrzcie, jaki groźny. Już się ciebie boję. Nie zapominaj, że beze mnie jesteś nikim!
- Myślałby kto? - Odciął się Filo. - Nie zapominaj, że to ja ciebie stworzyłem.
Filo zdał sobie sprawę, że należy przerwać ten dialog i przejść do działania, gdyż stres odzywał się w organizmie podwyższonym ciśnieniem.
Umrę na udar. Pomyślał. Szlag mnie trafi, ale zanim to nastąpi, pojadę do tego chorego chłopczyka. Filo poszedł do lustra przyjrzeć się czy oznaki choroby psychicznej malują się na jego twarzy.
Nie jest źle. Stwierdził i puścił do siebie oko.
Też tak uważam. Przytaknął Czocher lekko zachrypłym głosem.
Dlaczego oni nie dzwonią? Dalej podkręcał swoją paranoję.
Co? Boisz się, że dzieciak umrze i nici z twojej szlachetnej misji. Czocherowe podszepty nabierały diabelskiego odcienia.
Weź przestań! Obruszył się pierwszoroczny kursant zbawicieli świata.

Filo wziął się do porządków w nadziei, że uwolni mu to głowę od natrętnych myśli. Włączył radio i wsłuchał się w płynące z niego melodie. Znowu w życiu mi nie wyszło Jak na ironię śpiewał Krzysztof Cugowski.
Wreszcie zadzwonił telefon. Filo gwałtownie upuścił szklankę, która rozbiła się na podłodze.
- Cholera jasna! Zaklął...Wytarł ręce w ręcznik i złapał nerwowo komórkę.
- Tak słucham. - Zaczął spokojnym tonem.
- Witam tu Ola z Hospicjum. Może pan podać swój adres, to przyjedzie po pana nasz kierowca i pojedziecie do Tomka.
- Tak oczywiście.
Filo uczynił jak go proszono. Szybko zebrał resztki szkła z parkietu i w błyskawicznym tempie rozpoczął swoje przygotowania. Przy goleniu przypomniał sobie czasy wojska, kiedy to, po ogłoszeniu alarmu mieli zaledwie dwie minuty na przygotowanie się do wymarszu. Był na tyle ostrożny aby na domiar nieszczęść nie zaciąć się. Wyciągnął świeże skarpetki z bieliźniarki i szybko naciągnął je na stopy. Założył spodnie i czarny golf. Psia krew, czarny strój nie będzie najodpowiedniejszy. - Zreflektował się po chwili.
Zaczął przymierzać wszystkie swoje koszule z szafy. Tak się złożyło, że większość z nich miała ciemną karnację. Pewnie ubierał się tak podświadomie aby uwidocznić swój pesymistyczny stosunek do świata. Przypominało to trochę hollywoodzkie kino.
Filo przeglądał się w lustrze a Czocher jak zwykle dworował sobie z niego.
- Ach ty narcyzie.
- To nie o narcyzm, chodzi o sceniczność. Muszę się przecież komponować jak ktoś z bajki. Dla dziecka to jest bardzo ważne.
- Tak. tak. Oczywiście. Dorabiaj sobie filozofię.

W końcu, po wielu próbach udało mu się wybrać coś wesołego, w charakterze Chaplina. Wyszywana złotym haftem kamizelka dodawała mu uroku i tworzyła dość zabawną postać. Pozostało mu tylko spakować rzeczy do plecaka i czekać na kierowcę.
To będzie coś. - Dodawał sobie animuszu pozytywnym myśleniem.
Tak. Tak! Dworował sobie Czocher. Uzdrowisz chore dziecko i staniesz się świętym.
Daj spokój, przecież to nie o to chodzi.
Nie, a o co?
Głupie i retoryczne pytania zawsze pozostają bez odpowiedzi.

W końcu przyjechał kierowca. Filo wystrzelił jak z procy. Zamknął za sobą drzwi na klucz i wyjechał na misję.
- Robert. - Przedstawił się pracownik hospicjum.
Uścisnęli sobie dłonie i wsiedli do samochodu.
- Długo pan pracuje w teatrze? - Zapytał Robert, ot tak żeby zagaić rozmowę. Skąd niby miał wiedzieć, że trafi na drażliwy temat.
- Tak się składa, że już tam nie pracuje. - Filo starał się jak mógł, żeby uniknąć żalu w głosie. - Rozumiem, że namiar do mnie dostaliście z teatru.
- Tak. Ola tam zadzwoniła, dali nam numer do pana, więc pomyślałem, że...
- ...rozumiem. - Przerwał Filo i postanowił nadać swój ton tej rozmowie. - Cóż. Pracowałem, ale wie pan jak to jest. Przyszedł inny dyrektor i odtąd sam próbuję swoich sił w tej trudnej materii.
- Dzieci są chyba wdzięczną widownią.
- O tak! Dzieci nie oszukują. Mówią wprost co myślą i trzeba je lubić naprawdę, żeby móc z nimi pracować. Wiele lat zajęło mi to, żeby przestać traktować je jak ryby. Nauczyłem się słuchania i dzięki temu umiem nawiązać z nimi tak zwaną nić porozumienia. - Wymądrzał się ojciec Wergiliusz.
- Aktorstwo to chyba ciężki, kawałek chleba? - Robert nagabywał Filostradosa do zwierzeń.
- O tak! tym bardziej, że tak naprawdę tylko nielicznym udaje się osiągnąć w tym zawodzie satysfakcję. Wie pan, kiedyś byłem na takiej konferencji psychologicznej w Poznaniu. Pewna pani psycholog podczas swojej prelekcji, prezentowała swoje wyniki badań. Okazuje się, że nie wielu jest aktorów, którzy osiągają jakiś wysoki poziom satysfakcji w tym zawodzie. Chodzi o to, że sława szybko przemija i pozostaje po niej głęboka pustka, którą jest bardzo trudno czymś wypełnić.
- Chyba jesteśmy w pobliżu. Włączę Hołowczyca, żeby nas doprowadził na miejsce.
Robert ustawił namiary w GePeSie i czekał na dalsze wskazówki. Po paru skrętach w lewo, okazało się że jeżdżą w kółko.
- Widzisz, nie tylko ty masz problemy z trafieniem. - Szepnął do ucha Czocher.
- Tak, ale on się tak nie denerwuje. - Odpowiedział Filo.
Robert zadzwonił do woluntariuszki, która naprowadziła go swoimi wskazówkami.
Czarnego Lasu trzynaście. - Filo zauważył tabliczkę na drzwiach, przed dużym domem, gdzieś na obrzeżach Warszawy. Cóż za niefartowny adres. - Pomyślał i szyko wykasował tę myśl z głowy.
Robert przywitał się z gospodynią.
- Hanna Talejko. - Przedstawiła się kobieta ciepłym uśmiechem.
- Filo.
- Jak się czuje Tomek? - Zapytał Robert gdy już znaleźli się w sieni.
- A taki humorzasty jest dzisiaj.
Oho, zaczynają się schody. - Pomyślał Filo i znów musiał użyć gumki do wycierania głupich myśli. Zdjął kurtkę, rzucił okiem na kuchnię, która była połączona z pokojem dziecinnym. Wyjął Czochera i swoje rekwizyty z plecaka, tak aby w każdej chwili mógł z nich skorzystać.
- Zobacz kto do ciebie przyszedł. - Zagaiła mloda dziewczyna siedząca przy Tomku.
Chłopczyk schował twarz w dłoniach a potem nakrył się kołdrą.
Filo wszedł do pokoju i zagaił swoją kukiełką;
- Cześć Kubuś.
- To nie jest Kubuś.
Standardowy dialog płynął im z ust jak woda z kranu.
Chłopczyk wychylił się nagle spod kołdry i krzyknął w ich stronę
- Idź stąd!
No tak. pomyślał Czocher. Masz prawdziwe zadanie przed sobą.
- Ok. Ok. - Odezwał się Filo i szybko zniknął z pokoju. Fala gorąca zalała mu skronie, łysinę i oczodoły.
Chyba tak szybko się nie poddasz! - Zachęcał go do walki Czocher.
- I po co mnie tu przyprowadziłeś? - Obruszył się futrzak. - Mówiłem Ci chodźmy najpierw do mcDonalda.
- Ale poczekaj tu tez jest przyjemnie. O popatrz jest zupka w talerzyku.
- Nie ruszaj! - Zaprotestował Tomek z pokoju.
- Tomku, tak nie wolno! - Młoda dziewczyna próbowała swojej perswazji.
- Nie, nie Tomek na rację. Ratował sytuację Filo. - To nie nasz dom, nie możemy się gościć tak jak byśmy byli u siebie. Posiedzimy tu tylko chwile i zaraz sobie pójdziemy.
W tym momencie Filo zrozumiał, że jedyną bronią, która w mu w tej sytuacji została jest jego głos. Usiadł na krześle i trzymając na kolanach Czochera zaczął budować dialog, bajkę słuchowisko, tak aby skłonić Tomka do słuchania. Wiedział, że jeśli uda mu się też skupić uwagę dorosłych, dziecko podąży śladem ich uważności.
Zapadła krótka, lecz dość intensywna wagowo cisza.
- Ładnie tu. - Zagaił Czocher.
- I ciepło. - Powiedział Filo.
- I Cicho. - Dodała pacynka. Role były już rozdane, pozostało tylko kontynuować dialog.
- I nudno.
- To może się pobawimy?
- Sami?
- A z kim?
- Z Tomkiem.
- Ale on śpi.
- E tam. Tylko udaje.
- To sprawdź.

Wszyscy siedzieli już jak w teatrze a dwaj animatorzy dziecięcych zabaw panoszyli się po pokoju jak u siebie. Filo podstawił sobie krzesło pod drzwi, zdjął cicho buty i wspiął się na palcach na siedzenie. Wychylił lalkę ponad drzwiami, samemu pozostając w ukryciu
- Chyba śpi. Ma zamknięte oczy.
Teraz z kolei Filo łypnął głową zza framugi i ukazał się obserwującej akcję dziewczynie.
- Nie chrapie.
- Nie słychać.
- To pewnie udaje.
- Może go połaskoczemy.
- Dobra. Ja spróbuję to zrobić swoim niezawodnym ogonkiem.
Podjęli próbę przełamania lodów.
- Nie. Idzie stąd! - Zawoał gwałtownie chłopczyk a Filostrdos czmychnął gwałtownie do kuchni potykając się o krzesło.
- Dobra. Idziemy. - Zareagował naburmuszony Filo.
- Czekaj zaraz! - Powstrzymał go Czocher. - To, nie! Czy idźcie stąd? Bo już nie kumam czaczy.
- Nie idźcie. - Sprecyzował swój komunikat Tomek.
- To nie idziemy! - Zaryglowali sobą wejście, tak aby, dziecięca zabawa w nie wiadomo o co chodzi trwała na całego.
Filo ciągnął temat, robiąc wszystko co w jego mocy. W miedzy czasie udało mu się złapać w locie przerażone obicie swojego lęku. Uświadomić fakt, ze ten pokój za jakiś czas wypełni się głuchą pustką. Że tli się w nim jeszcze cierpienie czteroletniego chłopca i że to, jest w tej chwili wszystkim co posiada.
Bajka dobiegła końca. Robert pstryknął parę fotek do periodyku - Z życia hospicjum.
Filo pożegnał się z Mamą Tomka głaszcząc ją serdecznie po ramieniu. Ubrał się w swoją kurtkę twardziela i wyszedł na podwórko. Chłód smagnął jego rozgrzane policzki. Faceci wsiedli do samochodu.
Pierwszy odezwał się Robert.
- Przepraszam, że on tak pana przyjął...
- Ależ, skąd...- przerwał Filo. - Nie ma za co przepraszać, przecież ten chłopiec ma całkowite prawo do swoich zachowań.
- Tomek ma cztery latka. Trzy i pół roku zmaga się z chorobą. Ma między nogami raka wielkości główki małego dziecka.
Chyba nie ma właściwych słów, które by mogły coś sensownego powiedzieć w tej sytuacji. - Pomyślał Filo i po chwili milczenia wrócili do rozmowy o samochodach, korkach, kryzysie finansowym i politykach, którzy zarabiają pieniądze na gadaniu głupot.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...