Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ludzie w przybliżeniu po siódmym kroku - przecinku
zapominają dopisać się po zerze

na głowie mam powietrze i światło
i jeszcze sprawa wolności zawraca mi czas

wiejskie kobiety w lesie zbierają poziomki
ale nikogo to nie obchodzi jak starannie po palcach
na czerwono życie spływa sokiem do ziemi

odłóżmy to na pamięć w bibliotekach na półkach
książki są jak liczne prowincjonalne miasteczka
i łykają kurz no może go czytają gdy tego nie widzisz

w mieszkaniu gdy rozlejesz w mleku weźmiesz szmatę
jakby niebo nie miało móc się wtedy przydać

Opublikowano

wiejskie kobiety w lesie zbierają poziomki
odłóżmy to na pamięć w bibliotekach na półkach
Dnia: 2012-04-12 19:14:22 napisał(a): Bronisław Jaśmin

W kontekscie ogólnym, to co rośnie w lesie jest zbierane nie tylko przez wiejskie. Miejskie i podmiejskie też mają w tym udział. Wiejskie tylko i wyłącznie są kojarzone ze zbiorami z pól.
Odłóżmy to w pamięć, lub do pamięci - lepiej brzmi.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Znowu masz książki wplecione w wiersz.
W trzeciej zastosowałeś dziwną stylistykę, możnaby to złagodzić dla ucha.
Ostatnie dwa wersy, dla mnie, koniecznie wymagają poprawy.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Pewnych fragmentów nie łapię, ja to czytam w ten sposób:


na głowie mam powietrze i światło
i jeszcze sprawa wolności zawraca mi czas

wiejskie kobiety w lesie zbierają poziomki
ale nikogo to nie obchodzi jak starannie po palcach
na czerwono życie spływa sokiem do ziemi

odłóżmy to,
na pamięć w bibliotekach, na półkach
książki są jak liczne prowincjonalne miasteczka
i łykają kurz

jakby niebo nie miało móc się wtedy przydać

Tak mi się o wiele bardziej podoba. Wiem, subiektywne odczucie.



Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...