Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ktoś przekręcił klucz w zamku. Zza drzwi powiało świeżością korytarza, siatkami pełnymi zakupów i szarlotką sąsiadki. M. usłyszał ciężkie kroki żony zmieszane z delikatnym tuptaniem szmacianych bucików córki. Przez myśl przeleciało mu, że nie powinno ich tu być, lecz skoro już są, należy się nad tym choć trochę zastanowić. Przymierzył ze „snajperki” i trafił Szkopa prosto w czoło. Huk strzału, wzmocniony przez zestaw głośników, słyszeli pewnie wszyscy sąsiedzi do piątego piętra włącznie.
- Maciuś...
Zwróciła się do niego zdrobniale, więc sprawa musiała być bardzo poważna. Nadbiegali następni. Pociągnął ze „szmajsera”, kładąc ich pokotem pośrodku drogi. Na wszelki wypadek poprawił granatem, po czym wcisnął klawisz „esc”.
- Maciuś – powtórzyła Magda, brzmiało to bardzo pogardliwie – Tobie się chyba coś pomyliło.
- Co mi się pomyliło, kochanie? – zapytał głupio, choć już wiedział, o co chodzi.
Twarz Magdy posiniała gwałtownie. Złapała Laurę za rękę i zawróciła w stronę drzwi. Zerwał się z fotela, strącając ciepłą jeszcze klawiaturę na podłogę.
- Magda!
Odwróciła się na progu. Nigdy nie widział na twarzy kobiety większej pogardy. Spuścił oczy, pozwalając im odejść. Ale Magda jeszcze dodała:
- Laura, ten pan nie jest twoim ojcem. Ja nawet nie wiem kim on jest.
Postąpił dwa kroki do przodu.
- Laurka, nie słuchaj mamy. Mama jest zdenerwowana.
- Nie mów do mnie „Laurka”, ty ROBOCIE! – krzyknęła mała i śmiesznie nadęła usta.
Trzasnęły drzwi. Znikł zapach zakupów i świeżej szarlotki.
Z niesmakiem podniósł klawiaturę i wrócił do gry. Wszystkich Niemców na tym poziomie wybił. Pozostało przejść triumfalnie ulicami i znaleźć wejście w następny level. Bardzo szybko odkrył wyjście, wprowadził tam bohatera i czekał na podsumowanie. Czekając, myślał. Magdy nie było cztery dni. Wyjechała na wieś do teściów, żeby on mógł dokończyć remont.
Mieszkanie od dawna się o to prosiło. Bielutkie kiedyś ściany pokryły liszaje brudu, parkiet raził wystającą tu i tam odklejoną klepką, przez zwichrowane okno sączył się wiatr i chłód. A do tego stary piec gazowy przestał grzać wodę i należało wymienić go na Junkersa. Wspólnie z żoną podjęli decyzję, że czas najwyższy coś z tym zrobić. Po krótkiej wymianie zdań stanęło na tym, iż ona z dziećmi wyjedzie do rodziców na wieś, a on zakasa rękawy. Świetnie się składało, bo jej mama otrzymała właśnie solidną odprawę przedemerytalną, którą chciała przeznaczyć na jakiś zbożny cel. Pozostało więc jedynie zakupić materiały i od poniedziałku wziąć się za robotę.
Ostatni dzień przed urlopem M. poświęcił na porządkowanie spraw zawodowych. Przez całe przedpołudnie uwijał się jak w ukropie, ciesząc się, że już niedługo będzie mógł bałaganić do woli, śmierdzieć piwskiem i oglądać programy Playboya w Polsacie. O remoncie jeszcze nie myślał.
Kiedy wrócił z przerwy obiadowej, ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma już w biurze nic do zrobienia. Zaparzył sobie kawy, a potem wszedł do Internetu. Przeglądnął nowinki na największych portalach i sprawdził swój biorytm na następny tydzień. Już miał się rozłączyć, gdy zahaczył okiem o link: PREMIERA. Return To Castle Wolfenstein. Sequel legendarnej gry FPP. Najnowsze przygody agenta B.J. Blazkowitza.
Spędził całe popołudnie na czytaniu zapowiedzi, recenzji i opinii rozentuzjazmowanych graczy. Wyglądało na to, że jego ulubiony bohater ze studenckich lat znów był w akcji. Doskonale pamiętał prymitywną gierkę, która dostarczyła mu przed laty tyle radości. Walczyło się w niej z hitlerowcami w dziwnych kazamatach, pełnych ukrytych drzwi i tajemniczych zakamarków, zbierało zagrabione kosztowności oraz pokonywało coraz silniejszych i lepiej uzbrojonych wrogów. Z poziomu na poziom było trudniej, ciekawiej, zabawniej. Po skończeniu gry pozostał w nim żal, że już po wszystkim. Nigdy potem nie zaznał takiej radochy – ani przy Quake’u, ani przy Bloodzie, ani nawet przy I.G.I. Covert Strike. Po studiach stracił na jakiś czas kontakt z komputerem, ożenił się i ustatkował. Raz jeden miał raptem miesięczny epizod uciechy przy Red Faction, ale wtedy Laury jeszcze nie było na świecie, a Magda często przebywała poza domem. W pracy też nie myślał o grach, bo stracić robotę w dzisiejszych czasach można było naprawdę łatwo. Nie myślał aż do tamtego czwartku.
Wszyscy powoli zbierali się do domu, a on jeszcze „donaldował” plik demo z pierwszym rozdziałem Wolfensteina. Kiedy go rozpakował i zainstalował, pani sprzątaczka już wkraczała do pomieszczeń z wyglądającym jak cyberpotwór odkurzaczem. Intro robiło niesamowite wrażenie. Prastare demony, wiedźmy, zombie – to wszystko przeniesione w czasy okupacji i okrutnych rządów spod znaku swastyki. Blazkowitz rozmawiał ze swoimi przełożonymi w USA o misji w Europie i wyruszał na spotkanie z hitlerowską bestią. Jak wynikało z początku pierwszego rozdziału, agent wpadł i został aresztowany. Teraz uciekał z celi, by przez labirynt kazamatów, eliminując po drodze kolejnych oprawców, wydostać się na dziedziniec zamku Wolfenstein...
O 21.00 zadzwoniła Magda.
- Co z tobą?! Kolacja dawno wystygła, Laura chce buziaka na dobranoc.
- Przygotowywałem Waldkowi papiery na zastępstwo. Już biegnę.
- Kup po drodze Ludwik i masło roślinne.
W piątek M. odwiedził Praktikera oraz Empik. Farby, pędzle, kleje oraz piec Junkersa załadował na przyczepę swojego Poloneza, lśniące pudełko Return To Castel Wolfenstein ukrył w bagażniku. Popołudniu odwiózł rodzinę na wieś i tłumacząc, że musi odpocząć przed remontem, szybko pognał z powrotem.
W przedpokoju potknął się o wiaderko z farbą i nabił guza o futrynę. Wściekły przeniósł materiały do pokoju Laury i trzasnął drzwiami. Wreszcie mógł spokojnie zająć się swoimi sprawami. Głodny za bardzo nie był, mecz w telewizji wydał mu się śmiertelnie nudny. Pomyślał, że sprawdzi, jak nowa gra będzie się spisywać na domowym pececie. Rozpakował folię, potem z namaszczeniem otworzył pudełko, w którym mieściła się tylko niewielka w stosunku do objętości opakowania płytka CD. Przed instalacją komputer poprosił o podanie hasła. M. sporo się naszukał, zanim znalazł plastikową wlepkę z kodem umieszczoną na pudełku. Wstukał kombinację liter i cyfr, po czym rozpoczął się proces powolnego wgrywania. Przy okazji zamienił sobie DirectX na bardziej zaawansowany. Najpierw włączył opcję „easy”, żeby się rozeznać w realiach gry, a mimo to sporo się namęczył, próbując pokonać kolejne pułapki i zaburzenia linearności fabuły, przygotowane przez twórców. Koło północy utknął w podziemiach zamku, gdzie pradawne zombie wykańczały żołnierzy SS i snuły się w świetle pochodni, szukając kolejnych ofiar. Trudno było je zabić – najłatwiej miotaczem płomieni, ale paliwo w nim zużywało się bardzo szybko. M. próbował na wszystkie sposoby wrócić z powrotem na górę. Po 4.00 nad ranem już wiedział jak tego dokonać, ale postanowił się trochę zdrzemnąć przed rozpoczęciem prac remontowych.
Spał ledwie 3 godziny. Śniły mu się dziwaczne stworzenia z dzidami, które wzięły go w koło i nie pozwalały z niego wyjść. Biegał wzdłuż okręgu i raz po raz odbijał się od łańcucha splecionych rąk. Zjadł sadzone jajka, napił się kawy i poszedł obejrzeć zgromadzone materiały budowlane. Nie wiedział od czego zacząć. Pomyślał, że jeszcze trochę się rozerwie przy komputerze, a potem raz dwa zrobi co trzeba i wróci do gry. Do wieczora przeszedł wszystkie rozdziały i dobre kilka godzin poświęcił na finałową rozgrywkę, w której należało rozgromić bestię ochranianą przez tłumek zombie. Przyszedł czas na poziom Im death incarnate – tylko dla zaawansowanych. Zachwycony M. zaczął wszystko od nowa na najwyższym stopniu trudności. Częściej sejwował, rozgrywka dłużej trwała, ale przyjemność też była większa.
Już w niedzielę popołudniu był gotów podjąć walkę w trybie multiplayer. Wszedł do sieci, wybrał postać, w którą chciał się wcielić i rozpoczął zmagania z innymi graczami. Z początku wcale mu nie szło, zginął kilkaset razy po parosekundowych manewrach, aż wreszcie, pod wieczór w poniedziałek, stał się pełnowartościowym członkiem elity. W ogóle nie jadł, spał po kilka godzin, ledwie widział na oczy, lecz nie zwracał na to uwagi. I nagle usłyszał odgłos klucza w zamku. Trzy dni minęły tak szybko. Tym bardziej, że dla atrakcyjniejszej formy raz po raz zmieniał tryb z multi na single lub odwrotnie.
Zgasił komputer i siedział zgarbiony. Bolał go kręgosłup w części piersiowej, coś kłuło w lewą łopatkę, w oczach miał rozmazane, kolorowe plamy. Zasnął dziwnie przekrzywiony. Minęło kilka godzin. Obudził go dzwonek telefonu. Zwlókł się, niczym wiekowy staruszek i z trudem odebrał.
- Chłopie, no co ty? Córkę mi z powrotem do domu sprowadzasz?!
- Mamo...
- Cicho. Nie byłeś łaskaw zadzwonić, to teraz ja mówię. Madzia dopiero co z domu wyjechała, a już włazi z torbami i beczy. Całe życie mi przed oczami przeleciało. Według mojego pamiętnika, 56 razy do matki zwiewałam. Wpadniesz na sernik, to ci dam poczytać. Teraz mamy ważniejsze sprawy...
- Ja spałem...
- Spałeś? To się obudź!!! Ale masz szczęście, że spałeś, a nie z rozmysłem milczałeś. Maciej, stare ludowe porzekadło mówi, że jaki ojciec, taki zięć. Córy dziwnym zrządzeniem losu biorą sobie chłopów na domową modłę. Mój ojciec uprawiał hazard, że nieraz do garnka nie było co włożyć, mój mąż chlał wszystko oprócz lepiku i smoły, ty się bawisz komputerem, ale jeszcze nie zdążyłeś niczego naprawdę popsuć. Ja mam dla ciebie radę. Ty zrób szybko ten remont. Kumpli chyba masz, chociaż choroba, możesz nie mieć, bo komputery to dla samotników zabawa...
- Mam!
- Świetnie. To dzwoń do nich prędko, piwo im postaw albo wódkę. Nie pijący jesteś, więc problemu nie widzę. Kolejka, gadanie o dupie marynie, pędzle w dłoń. I tak w koło Macieja, hehe. Do Junkersa ci pana Józia podeślę. Przysługę mi jest winien. Na środę domek będziecie mieli jak malowany, hehe. Przez ten czas Madzi przejdzie, a ty grzecznie zadzwonisz, że prosisz na salony. Stoi?
Wzruszony M. nie mógł wykrztusić słowa. Łzy zwilżyły mu zmęczone oczy, przynosząc niewysłowioną ulgę.
- I jeszcze coś. Zrób coś z tym komputerem. Sprzedaj, wywal przez okno albo się wybierz na jakąś terapię, jeśli to narzędzie pracy. Mój stary chodził albo go dowozili. Nic to nie dawało, ale ty może masz geny inne. Chociaż spróbuj.
Zamilkła. On też się nie odzywał. Oddechy w słuchawkach stwarzały dramatyczną atmosferę.
- Mamo?
- No?
- Jak jeszcze raz usłyszę od kogoś przykry dowcip o teściowej, zabiję...



PS. Wersja alternatywna...

...ktoś przekręcił klucz w zamku. Zza drzwi powiało świeżością korytarza, siatkami pełnymi zakupów i szarlotką sąsiadki. M. usłyszał ciężkie kroki żony zmieszane z delikatnym tuptaniem szmacianych bucików córki. Przez myśl przeleciało mu, że nie powinno ich tu być, lecz skoro już są, należy się nad tym choć trochę zastanowić. Komentował właśnie na www.poezja.org długi i zawiły wiersz Bezeta w jednym oknie, odszyfrowywał meandry prozy Freneya w drugim, a na GG prowadził dyskusję z OnaKotą na temat poziomu wierszy w Dziale dla Zaawansowanych... :)))

Opublikowano

Asher, przy żadnym Twoim tekście dotąd się tak nie ubawiłem! najbardziej ogniste dialogi - owacja na stojąco z tupaniem w rytm we will rock you :) no i takie wyróżnienie w psie :) postać teściowej iście mafijna, myślę że w dobrej komedii o sycylii by taką mamcią nie pogardzili :) uwagi czysto kosmetyczne: Return to Castle zamiast Castel, no i Wolfenstein to gra typu FPP a nie FPS. Ale to baaaaardzo mało znaczące :) Perełka, perełczka. Kłaniam się :)

Opublikowano

first person perspective. Pojęcie takie z pewnością istnieje, ale z kolei ja nie jestem na tyle na bieżąco z terminologią komputerową, żeby się upierać, że nikt nigdy nie powiedział first person shooter. Cholerka, wyrzuty sumienia teraz mam ;) niemniej utrafiłeś w samą dziesiątkę z tym Wolfem, bo to przez długi czas był mój numer jeden. No i za mamuśkę - jak już mówiłem - należą się oklaski. Podoba mi się też inicjał zamiast pełnego imienia - wszystko nabiera charakteru grubymi nićmi szytej kartoteki kryminalnej albo notatek podglądacza :)

ps. Zgaduję, ze podstawionemu podstawiłes od siebie umiłowanie konsumpcji jajek we wszelkiej postaci - M. też zasuwa sadzone na śniadanie, coś za często się te jaja pojawiają, żeby nie były znaczące ;) chyba bym zszedł najpodlejszą śmiercią po sadzonych na śniadanie ;)

  • 2 miesiące temu...
  • 11 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...