Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nazajutrz szlajałem się dalej, bo zupełnie nie miałem co robić. Na chwilę zajrzałem do biura byłej firmy, ale wszystkie drzwi były zamknięte i zaklejone opieczętowanymi taśmami. Chciałem się podzielić złymi wieściami z Martą, niestety złośliwie nie odbierała telefonu. Zaszedłem na Kazimierz, gdzie w Klezmer Hois zamówiłem śledzia Szubacha i piwo. Przy zakąsce myślałem o Luisie. A gdyby tak napisać do niego, że jestem free i też bym się chętnie załapał na platformę? Ma już chłop doświadczenie. Może wprowadzić mnie w skomplikowany świat wydobywania ropy naftowej. Gdzieś posiałem list od niego. Pewnie leżał w moim biurku w robocie, której już nie miałem. Wrzucą go razem z resztą betów do pudła i poślą mi do domu. Wtedy do niego napiszę.
Wracałem bulwarami. Bura Wisła spokojnie toczyła swe wody ku odległemu morzu. Kaczki i łabędzie podskakiwały na drobniutkich falach, rowerzyści przemykali obok mnie, pary zakochanych miętosiły się na trawie. Widząc ich, musiałem pomyśleć o Marcie. Zapragnąłem, by znalazła się obok mnie. Bez namysłu wystukałem jej numer. Nie odebrała kolejnych piętnastu połączeń. Musiała obrazić się na amen. Ale życie to nie pacierz – pomyślałem ze złością i próbowałem dalej. Odpuściłem dopiero po trzydziestym którymś. Nie to nie. Pcha się do łóżka, pcha się do życia, a potem znika bez śladu. Cholera z nią! Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nic o niej nie wiem. Nie wiem, gdzie i jak mieszka, gdzie dokładnie pracuje, kim są jej rodzice, przyjaciele, znajomi. Nie znam jej ulubionej książki, filmu, piosenki, potrawy. Nie mam pojęcia czy lubi psy, czy koty. Nie... nie...nic... Równie dobrze mogła być wspomnieniem, snem, złudzeniem. Przychodziła kiedy chciała i przepadała bez wieści. Mogła mieć nawet męża, dzieci.
Olałem głupkowate domysły i wstąpiłem do Jubilata po parę browców. Dwa rozpiłem po drodze do domu, pozostałe upchnąłem w lodówce i przyrządziłem sobie pierwszą od bardzo dawna, autentyczną kolację. Zrobiłem chili z fasoli, boczku i papryki. Ugotowałem do tego saszetkę ryżu. Pół godziny później leżałem już w wyrze i pierdziałem w najlepsze, popijając idealnie schłodzone piwo. Bardzo szybko zasnąłem.
Tej nocy Bartek popełnił samobójstwo. Kiedy spałem, zabrał ze sobą nasze niespędzone razem chwile, sterty nienapisanych wierszy, stosy nienakręconych filmów i westchnienia niezaspokojonych kobiet. Uhonorował mnie ostatnim pożegnaniem. Nad ranem przysłał lakonicznego smsa o treści: dostałem nakaz nieistnienia. I fiknął z balkonu trzeciego piętra na goły beton. Nienawidziłem go za osiągniętą nagle wiedzę, której mnie nie było jeszcze dane zasmakować. Nie chciałem iść na pogrzeb. Nigdy nie chodziłem. W grobach nie leżą ludzie, lecz porzucone przez nich ubrania robocze. Prawdziwi ludzie są gdzie indziej – w to przynajmniej warto wierzyć. Poszedłem do naszej ulubionej knajpy i zamówiłem nam po piwie. Szklanka Bartka stała i stała. Na pewno by go nie wypił bez pianki, bąbelków i odpowiedniej temperatury. Gadałem po cichu do niego o mojej zazdrości o jego obecny status, wypytywałem o szczegóły nieistnienia, nabijałem się, że teraz ma do dyspozycji same mało atrakcyjne panienki. Gadałem i gadałem, aż w końcu zaczepił mnie jeden z krakowskich świrusów słowami:
- Bracie, z kim gawędzisz?
Uśmiechnąłem się z zakłopotaniem, bo trudno to było wyjaśnić. W końcu odparłem, że mam połączenie z tamtym światem i to drogo kosztuje, więc lepiej, żeby mi nie przeszkadzał. Całkiem poważnie oświadczył, żebym się nie przejmował, bo wie, z której budki można TAM tanio dzwonić. Podziękowałem serdecznie, ale ponieważ nie chciał się odczepić, sam się ulotniłem. Drwina jakoś mnie opuściła.
Pogrzeb miał odbyć się za dwie godziny. Pomyślałem, że może jednak pójdę. Z dziwną desperacją wróciłem do domu po magnetofon i odpowiednie kasety. Tramwajem zajechałem na Grębałów. Przy baraku służącym do ostatniej posługi, stała grupka osób, oczekujących na ukończenie poprzedniej ceremonii. „Księżna Anna”, oficjalnie wciąż będąca żoną Bartka ukrywała twarz za zasłoną czarnej woalki, ale obecność towarzyszącego jej gacha niweczyła wszelkie sztuczne gesty. Zajrzałem do kapliczki w baraku. Kilka osób żegnało tam kogoś, a umęczony niską frekwencją księżulo chałturzył ceremonialne modły. Zaszedłem na tyły. Dwóch faciów w śmiesznych, pogrzebowych ubrankach siedziało w meleksie, na którego platformie spoczywało ciało Bartka. „Bartłomiej Lucki – dobry mąż, niezapomniany twórca” – przeczytałem ze zgrozą i odtworzyłem Żywca. Goście w meleksie spojrzeli na mnie krótko i odwrócili głowy.
- Stary, dałeś dupy, ale niech będzie wola twoja – powiedziałem do trumny – Zdrowie!
Nie wstąpiłem na nabożeństwo. Ksiądz, który dość sprawnie wyekspediował do ziemi poprzedniego nieszczęśnika, szybko odstawił kolejną szopkę i trumna z Bartkiem wróciła do meleksa. Krótki kondukt powiózł mojego starego przyjaciela między mogiły. Księżna Anna musiała nieźle dorobić na kosztach zwracanych przez ZUS, bo ceremonia była arcyskromna. Przypomniałem sobie, jak kiedyś z Bartkiem przenosiliśmy szafę z piętra akademika na parter. W pewnej chwili on zaintonował: „Dobry Jezu, a nasz Panie” i darliśmy się na cały korytarz, śpiewając żałobną pieśń niesionej szafie.
Roześmiałem się pośrodku cmentarza, gorsząc nielicznych członków konduktu.
Musiałem mocno podenerwować księdza, bo jąkał się niemiłosiernie przy formułkach, które od lat znał na pamięć. Kiedy wreszcie skończył, przepchnąłem się do otwartego grobu i odpaliłem z magnetofonu „Lacrimosę” z „Requiem” Mozarta. Przeczysty śpiew chóru rozszedł się po tej chowalni umarlaków, niczym zapach dobrej restauracji wśród smrodu spalonego oleju w przydrożnym barze dla kierowców. Kapłan pobladł gwałtownie, Anka rozpłakała się głośno, gach wsadził ręce do kieszeni i spoglądał na mnie krzywo. Zmieniłem kasetę na „Schody do nieba” Led Zeppelin. Grabarze zaczęli opuszczać trumnę. Bałem się, że Anka skoczy na krawędź i rozedrze gębę, ale na szczęście taka głupia nie była. Pewnie wtedy skląłbym ją jak burą sukę, nakopał gachowi i zrobił ogólną awanturę. Wszyscy rzucali do grobu kwiaty, ja cisnąłem puszkę Żywca.
- Co pan wyprawia? – zapytał zszokowany duchowny.
- Czczę pamięć. Może ksiądz być pewien, że nieboszczyk to docenia.
Kiedy sypały się kolejne łopaty ziemi, włączyłem Chopina. Chciałem im jeszcze dorzucić dyskotekowy motyw z filmu Transpotting, którą razem z Bartkiem uwielbialiśmy, ale bałem się, że w końcu osiłki z meleksa dobiorą mi się do tyłka. Schowałem magnetofon do torby i nie czekając na koniec ceremonii, poszedłem w cholerę. Usiadłem na tyłach przystanku tramwajowego na Wzgórzach Krzesławickich i popijając browca, wspominałem Bartka. Wykształcony, twórczy, z dobrą pracą i pozycją życiową, nieszczęśliwy. Ktoś ostatnio opublikował wynik wieloletnich badań nad dziećmi szczególnie uzdolnionymi. Większość z nich uzyskała znakomity handicap, który pozwalał im osiągnąć wszelkie zamierzenia, uzyskać najwyższy pułap możliwości, doznać prawdziwego spełnienia. Mniej więcej 10% grupy na pewnym etapie zaczęło odstawać, tracić cierpliwość i wiarę we własne siły, popadać w nałogi, odpuszczać. Bartek z pewnością trafił do tej drugiej grupy. Ja pewnie też. Tylko reagowałem z charakterystycznym dla siebie opóźnieniem.
Usłyszałem pisk opon. Do krawężnika podjechała leasingowana Honda CRV srebrny metalic, z której wysiadła, normalnie już ubrana Anka. Podeszła do mnie bez pośpiechu i niespodziewanie objęła mnie ramionami. Zgłupiałem. Jedną ręką odwzajemniłem przyjazny gest, w drugiej ściskałem puszkę Żywca.
- Chciałabym z tobą pogadać – wyszeptała mi do ucha – Chodź, podrzucę cię do miasta.
- A ten gość? – wskazałem gacha wystawiającego łokieć przez okno Hondy.
- To mój brat.
- Chyba, że tak – mruknąłem zrezygnowany i dałem się zaciągnąć do auta.



Bryka była niesamowita. Czułem się, jak jakiś VIP wieziony na ważne spotkanie. Przy okazji mogłem się przekonać ile nowych budowli przybyło w Hucie i okolicach. Samych hipermarketów było ze sześć, do tego dwa kinowe Multipleksy, kilka rond i skrzyżowań. Miasto rosło w siłę, rozwijało się, a kto nie chciał się przystosować, musiał odejść. Uśmiechnąłem się na wspomnienie fobii, jakiej doznawałem na myśl, że ktoś może wpaść na pomysł, by w ten sposób zagospodarować Błonia. Nie mógłbym żyć ze świadomością, że tłumy walą na Błonia do hipermarketu lub centrum rozrywki, czy nawet na stadion miejski.
Kiedy minęliśmy rondo Mogilskie, brat Anki wyskoczył na światłach.
- Gniewa się, bo nigdy nie przepadał za Bartkiem - wyjaśniła.
- Od razu go wyczułem – uśmiechnąłem się gorzko.
Zajechała pod jedną z kamienic na Batorego i zapytała czy wstąpię do niej.
- Dzięki. Zapraszam do „Lamusa” – odparłem ostrożnie.
Uśmiechnęła się promiennie i z ochotą towarzyszyła mi do knajpki przy Karmelickiej. W „Lamusie” nic się nie zmieniło. Pani szatniarka starała się zedrzeć z nas choćby chustę czy krawat, byle tylko zaliczyć coś na szatnię, kibelek odstawał od średniej krajowej na odległość solidnej łapówki dla Sanepidu. Klimat był ten sam, a jego przede wszystkim potrzebowałem. Od razu przypomniałem sobie, jak kilka lat wcześniej wręczałem pani kelnerce sztuczny kwiatek z wazoniku i z patosem dziękowałem za współuczestnictwo w pisaniu scenariusza, a Bartek obcałowywał jej ręce. Miał być z tego wielki film, powstał za to na dwóch serwetkach całkiem zgrabny „trupment” (przedwstępna, pomroczna odmiana treatmentu).
Anka piła piwo, jakby urodziła się z jajami. Zanim zrobiłem dwa łyki, wyrżnęła swoje i poprosiła o następne. Miałem już niezłą fazę, więc w ogóle nie protestowałem. Przynajmniej w tym względzie była nieodrodną żoną Bartka.
- Dlaczego mnie nie lubisz? – spytała.
- Bo go nie kochałaś – odparłem bez namysłu.
- Nawet nie wiesz, jaki jesteś niesprawiedliwy – powiedziała z wyrzutem – Bardzo kochałam, ale on nie umiał być kochany. Robił wszystko, by mnie zniechęcić, by zbrukać nasze uczucie, by mieć alibi dla swoich urojeń. Wiedział, czego od niego oczekuję i celowo to niszczył.
Opuściłem głowę. Taki obrót spraw w ogóle nie występował w mojej umoczonej w piwie łepetynie. Sam byłem upierdliwy we współżyciu, toteż doskonale ją rozumiałem. Niespodziewanie ująłem dłoń wdowy i delikatnie pogłaskałem.
- Przepraszam – bąknąłem - Już nic nie rozumiem.
- Ale ja rozumiem. Przyjaciół trzeba bronić. Tylko warto wiedzieć, czy mają rację, czy po prostu świrują. Bartek świrował na potęgę. Stabilizacja życiowa sprawiała, że tracił grunt pod nogami. Pragnął być twórcą zupełnie niezależnym od praw fizyki, rynku, małżeństwa...
Poczułem, że upiłem się dwakroć mocniej niż powinienem. Moja głowa stała się nienaturalnie ciężka, wzrok tępy, a myśli zamglone. Wpijałem spojrzenie w szczerą twarz Anki, nie mogąc uwierzyć, że z taką łatwością przechodzę na jej stronę. Przecież to był mój przyjaciel, druh z czasów pijackich nocy i erotycznych podbojów! Człowiek, który wskazywał mi co ciekawsze książki, filmy lub obrazy, który ostro pił przed egzaminami i łatwo je zdawał, który w jedną noc zaliczył dwie studentki, podczas gdy ja męczyłem się z jedną, który zawsze miał inne zdanie, a jednak trudno mu było odmówić racji! Ech...
- Był złym człowiekiem? – zapytałem.
- Złym nie, raczej odmiennym – odparła Anka – Chorobliwie odmiennym.
Nieruchomo gapiłem się w posadzkę. Moi idole w szybkim tempie zamieniali się w przeklętych przeciętniaków, a nawet schodzili poniżej. Luis wyemigrował w świat – nic nie umiałem na jego temat powiedzieć, Sven – czesał kasę, ale przynajmniej dał ukochanej kobiecie dom i możliwość popisywania się przed koleżankami niezwykłym statusem, Bartek zrezygnował z miłości i życia w rodzinie na rzecz pielęgnowania osobistych wartości, które zawiodły go prosto na cmentarz.
Anka znała amatorów browca od podszewki. Widząc, że kiwam się na prawo i lewo, zamówiła dla mnie colę z lodem i cytryną, a sama wypiła jeszcze dwie szklanki piwa. Później, objęci wpół, wyszliśmy na ulicę i każdy, kto nas nie znał, z mety mógł wziąć nas za idealną parę. Z trudem wspiąłem się po schodach kamienicy przy Batorego i zaległem w wielkim, skórzanym fotelu w pokoju Anki. Przed mną był długi stolik, na którym szybko pojawiła się flaszką czarnego Johnny Walkera (ulubionego trunku Bartka) oraz butelka piwa. Siedziałem z głową chylącą się ku ziemi i nic nie mówiłem.
- Ania, czego ty ode mnie chcesz? – wybełkotałem.
- Żebyś w pierwszą noc był tutaj – odparła poważnie – Nie lubisz mnie, ja ciebie nie znam. Po prostu wypełnij te puste ściany.
- Dobra.
Uniosłem ku niej wzrok. Rude pukle opadały na idealnie miłą twarz, obfite piersi wydymały dżinsową kurteczkę, spodnie ciasno opinały kształtne uda. Oczy, ujęły mnie oczy – błękitne, idealnie odbijające się na tle purpurowej czupryny. Wstałem i zdjąłem z niej co było do zdjęcia. Naga wyglądała jeszcze lepiej.
- Jak długo wam nie szło? – wyszeptałem.
- Długo...
Anka zdarła ze mnie ubranie i zaciągnęła do wanny. Ochoczo wlazłem do spienionego wrzątku. Myła mnie i szorowała, aż moja skóra zrobiła się czerwona, potem przyszedł czas na pieszczoty. Robiła to tak dokładnie i namiętnie, że wciągnąłem ją do wanny, aby tylko nachalnie nie kontynuowała pieszczot. Mimo upojenia, łatwo mogłem jej popsuć zabawę. Pluskaliśmy się pośród chichotów i przekomarzań, a później przenieśliśmy się do jej wielkiego łoża w sąsiednim pokoju. Popracowałem na niej solidnie. Wychrypiała wszystkie pretensje, złości i lęki, przeklęła Bartka i wszystkich jemu podobnych, potargała pościel.
Kiedy usnęła, wyszedłem z powrotem na miasto. Miałem ciężkie wyrzuty sumienia. Wydawało mi się, że Bartek przewraca się w grobie i przeklina mnie z całej siły. Nie dążyłem do tego zbliżenia. To wyszło jakoś tak samo. Może dlatego, że nigdy nie spałem z żadną wdową, a może dlatego, że akt seksualny tak znakomicie usuwa ze świadomości resztki śmierci.



Na Placu Inwalidów zadzwoniłem do Marty. Był sygnał. Mimo późnych godzin nocnych telefon trzymała włączony. Powtórzyłem wybieranie, lecz odebrać nadal nie chciała. Kopnąłem uliczny kosz na śmieci z taką siła, że wypluł całą zawartość na chodnik. Ile można się gniewać? No ile? Trwało to już parę dni, a przecież niczego złego jej nie zrobiłem. Wcale mi się nie chciało spać. Przyjąłem, że wstąpię do domu, odświeżę się, a potem ustalę, gdzie mieszka Marta i złożę jej oficjalną wizytę.
Na Królewskiej, vis a vis komisariatu policji, dwóch totalnie napranych gości ściskało się poprzez słup znaku drogowego, poklepując się po czule plecach.
- Wacek, jak ja cię kocham, mówię ci...
- A ja cię. My zawsze razem...
To jest miłość – pomyślałem rozbawiony. Ani Bartek, ani ja nie moglibyśmy tak skończyć. Nawet w wyobraźni nie potrafiłem ujrzeć nas, jako podstarzałych nieudaczników, zapijających troski w podrzędnej knajpie. Lepiej było nie żyć.
Nagle zadzwonił telefon. Na widok numeru Marty na wyświetlaczu serce zabiło mi gwałtownie.
- Martuś, dzięki Bogu. Ja tak się martwiłem. Dzwoniłem do ciebie z pięćdziesiąt razy...
- Da mi pan coś powiedzieć? – usłyszałem obcy męski głos.
- No.
- Kim pan jest?
- A pan?
- Ojcem Marty. Kowalski jestem.
- O, przepraszam. Dawid, przyjaciel Marty. Może panu opowiadała...
Nastała chwila ciężkiego milczenia. Skorzystałem z okazji i zapaliłem papierosa. Czułem podskórne napięcie, że będzie mi potrzebny.
- Mógłby pan do nas przyjechać? – odezwał się w końcu Kowalski – Najlepiej od razu.
- Coś się stało? Niech mnie pan nie dręczy!
- Powiem na miejscu. Proszę zanotować adres...
Zapisałem. Mieszkała tak niedaleko! Ode mnie na Podwawelskie było ze sześć przystanków autobusem. Zatrzymałem pierwszą nadjeżdżającą taksówkę i kazałem gnać ile fabryka dała. W parę minut byłem na miejscu. Drzwi otworzył umęczony starszy pan w rozpiętej koszuli. Mocny uścisk jego dłoni dał mi nadzieję, że może nie będzie tak źle. Mieszkanie przesycone było tytoniowym dymem i aromatem kawy. Tata Marty przyjrzał mi się krytycznym wzrokiem i wskazał drogę do pokoju. Tam, przy długim stoliku pośród doniczkowych kwiatów siedział inny mężczyzna. Nie zdjął butów ani kurtki, więc domyśliłem się, że też wpadł na chwilę. Przetrzeźwiałem jeszcze na Królewskiej, ale i tak obaj doskonale wiedzieli, iż nie mam w żyłach samej krwi.
- Kiedy ostatni raz widział pan Martę? – zapytał ten w pokoju.
- Trzy dni temu – odparłem od razu, sądząc, że jak będę współpracował, szybciej dowiem się co jest grane – Przyszła do mnie wieczorem. Obraziła się, bo nie byłem skory do rozmowy. A ja chwilę wcześniej dostałem baty od tego skurwiela z Legii Cudzoziemskiej i naprawdę nie byłem w stanie normalnie z nią rozmawiać. Ona nie zamierzała z nim być, tylko ze mną, ale on nie chciał o tym słyszeć. Wysyłał jej w kopertach łuski, groził i tak dalej. Zastanawialiśmy się nawet czy nie powiadomić policji, tylko nie bardzo wiedzieliśmy co im powiedzieć. Przecież żadnego przestępstwa nie było...
Obaj mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia. Tata Marty osłabł trochę i musiał oprzeć się o futrynę drzwi. Wtedy dotarło do mnie, że jest gorzej, niż przypuszczałem. Nie pytając nikogo o zdanie, usiadłem na tapczanie.
- Ten z Legii to Zenon Marciniak, pseudonim Rafał – wyjaśnił drugi mężczyzna – Paskudny typ. Poszukujemy go za kilka poważnych przestępstw, z tą całą Legią włącznie. Jak rozumiem, napadł pana we własnym domu i pobił. Dlaczego nie zgłosił pan przestępstwa?
- Nie czułem potrzeby – wzruszyłem ramionami – Większej krzywdy mi nie zrobił. Kazał mi się odczepić od Marty i sobie poszedł. Porwał ją, tak?
- Przez dwa dni tak myśleliśmy. Dziś znaleziono zwłoki...
Tata Marty wybuchnął płaczem. Osunął się na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Przez chwilę nic do mnie nie docierało. Za szafą ujrzałem przestraszone oczy kota, który przyglądał nam się z ukrycia. Krew uderzyła mi do twarzy. Poczułem takie gorąco, jakbym włożył ją do wrzątku.
- Zabił ją, skurwysyn! – krzyknąłem i też zacząłem płakać – Marta, rany boskie! Marta!
Ojciec całkiem się rozkleił. Usiadł w drzwiach i schował głowę między kolanami. Szybko chapnąłem paczkę papierosów ze stołu. Nie patrzyłem czy moje, czy nie moje, zapaliłem i zacząłem spacerować po pokoju.
- Teraz go zabiję, kurwa! Panie władzo, on już jest trup! Niech pan od razu pisze akt oskarżenia...
Policjant zapewne miał już do czynienia z takimi napadami, więc spokojnie poczekał, aż się trochę uspokoję. Wtedy dał mi w pysk i posłał z powrotem na kanapę. Pochylił się nade mną i wycedził:
- Nie chcę tego więcej słyszeć, gówniarzu. Zamknę go na 25 lat, a ty nic nie zrobisz, rozumiemy się? List gończy już poszedł. Daję mu góra tydzień.
Opuściłem głowę. Całe lata nikt nie mówił do mnie: gówniarzu. Przecież i tak bym nie dał rady, ale myśl o zemście była słodka. Nie myślałem o Marcie, myślałem o nim, tylko o nim i mękach, jakich powinien doświadczyć zanim zdechnie albo zniknie za murami więzienia. Zenon Marciniak. Nazywał się jak pracownik PGR-u, a nosił w sobie takie zło. Jak on mógł wyobrażać sobie życie w rodzinie? Zenek, kochanie, nie baw się granatem przy łóżeczku dziecka... Zeniu, Zeneczku, odłóż karabin, goście zaraz będą...
- Panie, ja dziś byłem na pogrzebie przyjaciela – mamrotałem histerycznie - Zwinął się z tego świata, jakby go nigdy nie było. A teraz Marta. Jak ja mam dalej żyć...
- Chcesz herbaty? – spytał policjant.
- Spirytus lub wódka. Jeśli pan ma, to ja chętnie.
- Na moje oko, masz już dość. Jedną śmierć już opiłeś, na drugą spróbuj wytrzeźwieć.
- E, tam – zerwałem się i podszedłem do siedzącego w drzwiach pokoju ojca Marty – Proszę pana, ja miałem nadzieję, że my, razem...
Podniósł głowę i już wiedziałem, że nigdy nie zapomnę jego krwawych, załzawionych oczu.
- Wiem, synku. Ona też miała nadzieję. Mówiła tylko, że jesteś trudny.
Rozpłakał się na nowo, a ja za nim. Beczeliśmy na podłodze, tuląc się do siebie, jak para starych przyjaciół, których dotknęło wspólne nieszczęście. Policjant cierpliwie czekał. Zerwałem się pierwszy. Nie wychowywałem jej od dnia narodzin do formy atrakcyjnej, dwudziestokilkuletniej kobiety, tylko pokochałem – tak do cholery! - raptem parę tygodni temu. Miałem prawo odejść w cień i tam odchorować swoje. Ojciec Marty okropnie cierpiał. Nie chciałem wraz z nim przeżywać każdego dnia jej życia od nowa.
- Panie władzo, chcę do domu. Ja jestem z tych co przeżywają samotnie. Mogę iść?
Policjant podniósł się z fotela.
- Odwiozę cię.
Podszedł do wciąż płaczącego Kowalskiego i coś mu tłumaczył na ucho. Później skinął nam mnie i opuściliśmy mieszkanie. Wysłużony Polonez stał naprzeciw drzwi od klatki schodowej.
- Gdzie cię zawieźć?
- Na Plac Inwalidów. Tam gdzie się to wszystko zaczęło – mruknąłem – Mieszkam niedaleko stamtąd.
Przez całą drogę światło ulicznych latarni rozmywało się w moich oczach, jak w tandetnym teledysku. To rozciągnięcie, rozmemłanie i rozmiękczenie świata znakomicie oddawało stan mojej duszy. Na nic już nie liczyłem, nie miałem nadziei, zamknąłem się w sobie. Nawet nie pamiętałem, kiedy pożegnałem się z policjantem i co do mnie mówił. Wręczył mi jakiś kawałek papieru, który wetknąłem do portfela, i odjechał Alejami.
Wstąpiłem do nocnego na Królewskiej. Wziąłem sześciopak Żywca i flaszkę wódki. Piwo otworzyłem od razu. Po paru łykach upojenie wróciło z taką siła, że ledwie umiałem chodzić. Dowlokłem się jakoś do domu. Nie ścieliłem. Uwaliłem się na łóżko i natychmiast zasnąłem. Śniłem, że kłócimy się z Martą kto po której stronie ma spać. Koniecznie chciała od ściany i ja też. Tłumaczyła, że kiedyś spadła i zwichnęła łokieć, odpowiadałem, że przeszkadza mi jasność od okna. I tak w kółko.



Kiedy się obudziłem, łzy pociekły mi na myśl o niej. Jak to możliwe, że jej już nie ma? Jest... była... taka kochana, czuła, wszechobecna... Była ostatnią istotą, którą mogłem wyobrazić sobie martwą. Po co mam wstawać? – zapytałem siebie w myślach i w odpowiedzi potrząsnąłem ramionami. Strzeliłem sobie szybką jajecznicę z pięciu jaj na boczku, pieczarkach i żółtym serze, po czym zaparzyłem idealnie szatańską kawę. Ona też mnie nie postawiła na nogi. Zrobiłem parę łyków, resztę wylałem do zlewu i odpaliłem Żywca. Ten przynajmniej smakował tak samo o każdej porze dnia i nocy. Jak mogłem jeść? Musiałem być najgorszy z najgorszych, skoro w takiej chwili potrafiłem napchać żołądek żarciem. Splunąłem na swoje odbicie w lustrze.
Śmierć. Literacko, artystycznie - świetna. Fajnie się na jej temat fantazjuje, wprowadza w mistyczny nastrój i oczyszcza z niepotrzebnych lęków. Fizycznie straszna. Nigdy nikt bliski mi nie umarł – no może ojciec, lecz w chwili pogrzebu wcale nie miałem pewności, czy jest mi bliski. Zawsze byli to dalecy krewni albo zupełnie obcy ludzie. Byłem może na dwóch pogrzebach, raz widziałem ofiarę wypadku samochodowego, ale przykrytą workiem. Nic o śmierci tak naprawdę nie wiedziałem, nie byłem na nią gotowy. A teraz nadeszła w dwóch odsłonach naraz. Zdeptała moją duszę buciorami oblepionymi błotem cmentarzy, wyłupiła mi oczy i porzuciła pośród ciemności.
Przed południem przyszedł sms od Ewy: mały gruby i nie w moim guście, ale za to jakie komplementy mi prawił, męczył mnie przez trzy godziny, ale przeżyłam orgazm stulecia.
Nic nie odpisałem. Nie byłem w nastroju do podzielania jej radości. Kiedy w końcu zwlokłem się z wyra, byłem mniej więcej w takim stanie, jak dzień wcześniej. Tyle tylko, że wszelkie klepki zaczęły mi się wreszcie układać. Rzygać mi się chciało na myśl o pracy, małżeństwie, dzieciach i tym podobnych bzdurach. Miałem ochotę dobrze zjeść, konkretnie wypić, a potem iść sobie w cholerę.
Wyszedłem na ulicę w stanie mocno wskazującym na spożycie. Przestąpiłem podwoje bardzo staropolskiej restauracji przy Rynku i poprosiłem o dziczyznę oraz najlepsze wino, jakie mają w magazynach. Kelner trochę się krzywił, lecz zamówił co chciałem. Dostałem zająca w śmietanie, później kuropatwę i szpadki z dzika. Pochłonąłem to wszystko ku jego zgrozie i do tego wypiłem całą butelkę drogocennego wina. Zapłaciłem mu, żeby przypadkiem nie dostał zawału. Od tego momentu rozluźnił się niesamowicie.
- Niedługo stąd spadam – powiedziałem mu w zaufaniu.
- Rozumiem – przyznał, choć pewnie nic nie rozumiał.
Wkurzył mnie swoją beznadziejną, lękliwą uległością. Zabrałem się do Oldsmobila, gdzie Mateusz właśnie robił dla nowej klientki calvados jak z Remarque’a według swojej starej receptury. Panna nie mogła usiedzieć z zachwytu.
- Co z tobą? – spytał, patrząc mi głęboko w oczy.
- Bartek popełnił samobójstwo, a moją Martę zamordował jakiś szaleniec – odparłem bez ogródek – Czy to dobry powód, żeby się najebać?
- Znakomity – przyznał Mateusz – Jestem do dyspozycji.
Wziąłem Tequilę z cytryną i odrobiną soli, dżin Befatter z sokiem pomarańczowym, Johnny'ego i Jacka Danielsa z colą, a potem znów poprosiłem o Tequilę. Na koniec zamówiłem litrowego Żywca, z którym męczyłem się blisko godzinę. Mateusz miał sporo gości i nie miał czasu o nic pytać. Zerkał tylko ku mnie co jakiś czas i robił żałosne miny. Uiściłem rachunek, dałem mu się poklepać po ramieniu i poszedłem w kierunku placu Matejki.
W moich najpiękniejszych, studenckich wspomnieniach, na Warszawskiej, Zaciszu i Pawiej kwitł nierząd. Idąc ku Politechnice, spotkałem kilka smukłych dziewczyn, ale każda chciała iść do samochodu. Jedna chciała mi zrobić laskę w podwórku za 50 złotych, lecz przeprosiłem ją wzruszeniem ramion i zawróciłem. Przechodząc obok bramy, w której rzekomo miało być najfajniej, przypomniałem sobie, jak kiedyś z Luisem i Svenem wstąpiliśmy w te progi i okazało się, że czekają na nas trzy niedospane pasztety, na których widok od razu uciekliśmy. Najdroższy biznes w królewskim mieście kulał najbardziej i wyglądało na to, że prędko nie wyzdrowieje. Na Zaciszu poczułem miętę, ponieważ kilka panienek spacerowało w samej bieliźnie, próbując zaprosić chętnych do wstąpienia w podwoje agencji. Przystanąłem i gapiłem się na spacerujące w bieliźnie dziewczyny.
- Weźmiesz mnie? – zapytałem pierwszej z brzegu.
- A masz samochód? - odparła, uchylając poły stanika.
- A masz chatę? – odparłem i już wiedziałem, że nic z tego.
Powiedziała, że chwilowo wszystkie pokoje są zajęte. Zostawiłem panny spacerujące po Zaciszu i zaszedłem na Pawią. Ilość powiewających spódniczek od razu zawróciła mi w głowie. Nieduża Nadia bardzo szybko znalazła się u mojego boku.
- Czego szukasz?
- Dwóch kobiet do domu.
- To my som dwie. Natasza!
Obejrzałem obydwie i zamówiłem taksówkę. Taksówkarz podjechał bardzo szybko.
- My bierzemy z góry – powiedziała rezolutnie Nadia.
- A, masz – wręczyłem jej kasę i otwarłem drzwi taksówki.
Zajechaliśmy pod mój blok. Ukrainki ciągle głośno chichotały, lecz nic na to nie mogłem poradzić. Zabrałem je windą na górę i wpuściłem do mieszkania. Od razu poszły zwiedzić łazienkę, myły się, przebierały, coś szeptały. Wyszły obie zupełnie nagie i zapytały, czy mogą prosić do wanny. Kąpiel była gotowa, więc w nagrodę polałem im po dużym drinku i razem weszliśmy do wanny. Chyba się cieszyły, że na takiego idiotę trafiły, bo pluskały wodą na wszystkie strony. Coś ze sobą obgadały, bo nagle obie rzuciły się na mnie i to obie na fiuta. Ale on nie chciał współpracować i zaczęły być bardzo nieprzyjemne. Wyszły raptem z wanny i szybko się ubrały. Nie wiedząc o co chodzi, zostałem w pianie i jedynie patrzyłem co robią. Obie, jak na komendę, powiedziały, że czas minął i sobie idą. A idźcie!- krzyknąłem i tyle je widziałem.
Zatrzasnąłem drzwi odpowiednio mocno, po czym natychmiast o nich zapomniałem. Wyjąłem wódkę z lodówki i rozsiadłem się na wyrze.
- Za ciebie, Martuś – bełkotałem, pijąc raz za razem – Chciałem zapomnieć, rozumiesz? Ale tak łatwo się nie da. Nie wiem, czym można ciebie zastąpić. Przynajmniej dzień uszedł, a ja nawet nie wiem kiedy. Tak jest lepiej.
Piłem, piłem i wcale nie umiałem się upić. Nie umiałem zapomnieć o Marcie, Bartku i całej reszcie ponurych spraw, które nagle zwaliły się na moją biedną głowę. Te dwie śmierci odciągnęły moje myśli od normalnego życia i nie pozwalały wrócić do świata. W telewizji też się na mnie uwzięli. Canal+ dawał „Mister November”, a HBO „Szkołę uczuć”. Oba filmy były o umierających kobietach, którym jeszcze przed śmiercią dane jest przeżyć najpiękniejsze miłosne uniesienie. Gapiłem się i beczałem, jak dziecko. Kiedy zasypiałem, nie chciała opuścić mnie natrętna myśl, że i tak będę musiał się obudzić.

Opublikowano

noooo jak dla mnie najwyzsza polka :)

widze ze krakus jestes tak jak ja ;)))

wracajac do tekstu to jest jedno zdanie ktore mnie wgniotlo " W grobach nie leżą ludzie, lecz porzucone przez nich ubrania robocze. Prawdziwi ludzie są gdzie indziej – w to przynajmniej warto wierzyć" genialne :)

nie znam sie na prozie, wiec nie bede prawil zadnych madrosci, powiem tylko ze bardzo mi sie podobalo i pozdrawiam Ashera:)

ladnie wkomponowane krakowskie miejsca

pozdrawiam


dytko

Opublikowano

Nie mogłem nie pomyśleć znów o Marcie. = ponieważ wcześniej wspomniane jest, że chciał się z nią skontaktować to myślę, że słówko "znów" jest zbędne i psuje ładnie brzmiącą resztę zdania :)

Zapragnąłem, by obok mnie teraz była. =ojej z skąd taka dziwna konstrukcja zdania? nie przyjemniej brzmi: Zapragnąłem, by znalazła się teraz obok mnie. ?

Pani szatniarka starała się zedrzeć z nas choćby chustę czy krawat, byle tylko zaliczyć coś na szatnię, starszawa kelnerka po odwyku w końcu przyjęła zamówienie, kibelek odstawał od średniej krajowej na odległość solidnej łapówki dla Sanepidu. = a po cóż taki tasiemiec? Ciach, ciach na zdanka zgrabne! tzn to tylko sugestia, bo tak w sumie źle nie jest.

wyrżnęła = dwa razy używasz tego sformułowania, przy Ance, jak pije piwo, nie siedzę w temacie, ale być może tak się mówi, w każdym razie o ile za pierwszym razem brzmi ciekawe, to za drugim już nie, chyba żeby je poprzedzić słówkiem "znów", "ponownie" itp

znakomicie odbijało stan mojej duszy = a może oddawało?
......................................

ech..
i zabiłeś ich...
nic więcej nie mogę zarzucić
bardzo podoba mi się jak przechodziłeś prosto do sedna, bez owijania w bawełnę i naprowadzania czytelnika, bez głupawych znaków i wcześniejszych podtekstów ... po prostu wszystko przeżywa się z bohaterem... uwielbiam to uczucie, daje ogromne możliwości rozbudowywania empatii, która jest w życiu niezbędna, przynajmniej dla mnie.
momentami szkliście mi się czytało, ale co ja poradzę, że polubiłam Dawida? to Twoja wina.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Uff, głaz z serca. Zwlekałem z czytaniem komentów ze zwykłego strachu. Ale widać nie jest tak źle. Wiesz, Nata, jak nie ma pomysłu na koniec to najlepiej maskakrę urządzić :(((
W weekend bedzie "po japkach" (cyt. Zenek vel Rafał). Mam nadzieję, że gdy okaże się ta historia nieco odrealniona, masakra będzie mniej przykra. Jednak lęk, że cały zamysł okaże się chybiony, odbiera mi resztki spokoju. Dzięki, Dydku za wsparcie. Nie wiem, czy interesujesz się piłą, ale jeśli nie pójdę w piątek na stadion, to zapewne w Kassumayu klasyk obejrzę...

Opublikowano

Asher! do raportu natychmiast!

nie wiem jak to zrobiłeś, ale dopóki nie padło wprost, że Marta nie żyje - nic nie podejrzewałem. Albo czytelnik głupi albo autor znakomity. Obstawiaj (cie) :D
Mistrzostwo. Dusza wyje w Dawidzie, bez zbędnych słów. Dla mnie empatia przy lekturze jest na ostatnim miejscu, ale odnotowano szkliwo :) oklaski za to, że uniknąłeś wprowadzenia policjanta-twardziela. Nie wiem tylko czy nie za cierpliwy ten funkcjonariusz.

A teraz dwie uwagi: "Lacrimosa" a nie "La Crimosa". Twoja wersja brzmi jak jakaś kawa z mlekiem, a chodzi o łzy. Domyślam się, że Dawid chce zakpić z klechy, ale jak dotychczas wiernie relacjonował wszystkie dialogi. Asher, nawet jezuici nie mówią "Co czynisz, człowiecze". Przynajmniej od czasów ks. Baki ;) Mówią różne "przyjacielu" "bracie" itd. ale nie "co czynisz, człowiecze". Uśmiałem się po pachy z takiego przedstawienia wyrobnika, ale znalazło mi się takie "ale" :)

Czy dobrze wyczytałem namolną sugestię samobójstwa? ("niedługo stąd spadam") odpowiedz mailem, żeby nie psuć niespodzianki ;)

Standing ovation.

Opublikowano

nieeeee!
żadne samobójstwo,
Asher obiecał, że go nie zabije :) a ta namolna sugestia to ściema

"jak nie ma pomysłu na koniec to najlepiej maskakrę urządzić :(((" a wcale że nie najlepiej! już lepiej nie dopowiedzieć, nie do końca wyjaśnić, ale nie zabijać!

tak na marginesie, to zastanawiałam się nad zakończeniem i doszłam do wniosku, że nie zdziwiłoby mnie zakończenie na wzór początku, czyli zakończeniem dnia (np jak położył się spać), czy też pójście do pracy (nowej), no jakoś tak nie drastycznie; wyjaśniając jednak uprzednio większość wątków, napoczętych w opowiadaniu, z życia Dawida. Czemu porównuję to do początku? Ponieważ tam nie było wprowadzenia, przedstawiania postaci, tylko od razu przejście do sytuacji w jakiej znajdował się Dawid, wyjaśniającej się stopniowo, wraz z kolejnymi akapitami.

zastanawia mnie jednak stwierdzenie: "..gdy okaże się ta historia nieco odrealniona.."
Asher Ty chyba nie sprowadzisz kosmitów?!

aha,
skoro Freney to wyciągnął to się podpiszę, "Co czynisz, człowiecze?"
heh i mnie rozbawiło.. a w takim momencie nie powinno! Polecam przemysleć...

pozdrawiam serdecznie
Natalia

Opublikowano

Raportujem siem z opóźnieniem. Z Tele2 sie na Neostrade przechrzczałem :) Chciałem, żeby klecha rozbawił, mimo wszystko, ale cóż, coś się wymyśli. No właśnie, z tym zakończeniem. Z braku lepszych pomysłów zrobiłem pętlę (+ Natalia), ale czy dobrą się okaże. Jeśli nie przypadnie, skorzystam z sugestii i zrobie, Nata jak sugerujesz. Dzięki Freney za Mozarta (gupim) i klechę. Wywalić tę szopkę nad grobem? Ech, szkoda, że następna kolejka jutro, a nie wiem, czy nie będę dopiero w poniedziałek :(((. Pozdrawiam Wszystkich serdecznie.

Opublikowano

Asher, nie o to mi chodziło, żeby klechę ekskomunikować :) skoro powołujesz się na odrealnienie to czemu nie. Po prostu jak dotąd odrealnienia nie było. Komu jak komu ale nam, dziwnolubnym, odrobina innych praw fizyki nie zaszkodzi :D

Opublikowano

Co czynisz, chłopcze? - a ja się nadal będę czepiać, "chłopcze" do powiedzmy trzydzesto dwu letniego mężczyzny?! no ja rozumiem, że tak jeszcze do niego mama mówiła, ale ksiądz chyba już raczej nie? Ja bym tam widziała coś rzuconego na prędce, przez zaskoczonego człowieka i zbulwersowanego duchowego w jednym, czyli np "Co pan wyprawia?!" Tu musi być wyczuwalne tempo akcji, to się dzieje w chwilę, on wrzuca puszkę a duchowny wydłuża twarz w zdziwieniu, zmieszany próbuje nad sobą zapanować i by szybko wyjaśnić to barbarzyństwo, więc raczej nie będzie z rozmysłem ważył słów, spokojnie pytał "Co czynisz, chłopcze?" tylko gwałtownie zwróci się w jego stronę i niemal wykrzyczy "Co pan wyprawia" czy też "Jak pan śmie!?" lub też "Co to ma znaczyć?!"...no nei wiem, to moja osobista interpretacja i sugestia tej scenki, która oczywiście powinna zostać :)

pozdrawiam serdecznie
Natalia

ps właśnie Aser ile Dawid ma lat? bo jakoś ciężko mi idzie wycyrklować

Opublikowano

Ze 30 lat ma, ale tak dokładnie nie wiem, bo miedzy 25 a 40 u niektórych niewielka różnica. 32 też może mieć :)))
Chyba skorzystam z rady i dam "Co Pan wyprawia?! bo licuje z odpowiedzią... DZIĘKI!

Opublikowano

proszę bardzo :)

hmm 25 nie może mieć, bo pisałeś "kilka lat temu w akademiku", poza tym pracował już jakiś czas, 35-40 też raczej nie skoro pan policjant do niego "gówniarzu", tak więc taka dobra 30 zostaje, tak ja obstawiam :)

Opublikowano

Trzeba pamiętać o tym, że - jakkolwiek cynicznie by to zabrzmiało - cmentarz jest dla duchownego poniekąd zakładem pracy. Nie wygląda mi na to, żeby nasz podstawiony trafił na neoprezbitera. Skoro zakład pracy to także pewne oswojenie ze śmiercią. Ale niewątpliwie szok na widok puszki wędrującej na drugi świat musi być. Sprawa druga, wielu dzisiejszych trzydziestolatków(ek) bardzo zazdrośnie konserwuje swój młody wygląd...

Opublikowano

owszem, 30-latkowie wyglądają nieźle, ale chyba nie na chłopców? choć niewątpliwie są wyjątki, ale przy sposobie życia Dawida?! Zastanówicie się, jak on musi wyglądać i kto śmiałby okreslić go mianem chłopca..?

Opublikowano

znam paru nałogów, któzy wyglądają jak dzieci. Wy myślicie, że ja sam bym tyle zmógł i taki tryb życia prowadził??? litości... a sam, nie powiem, jak tata lowelas, wyglądam se dyche młodziej około :)))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...