Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nerwy okrajały słońce
niebo starannie zwiastowało falowanie włosów
srebrny zegarek na ręku kształtem pasożyta podchodził pod nieśmiałe gardło -
jemioła wszystkich godzin -- wymuszała podział
na moment odpoczynku i lśniące wskazówki

doliczyłeś dzieje
wiązałeś je nieprzebranymi włóknami na głowie
wyrzucałeś ze szuflad schowanych za okiem

kiedyś odpoczniesz razem z oknem
policzysz całe światło - zabierzesz je oknu
wypuścisz kłótnię pojęć między rozciągnięciem a ścinaniem bytu
na rozległe lewady gdzie kolor się staje obłędem i grobem

czas w tobie odpocznie

Opublikowano

"krótka historia o obłędnym życiu"


nerwy plazmą w słońcu
niebo pełne zwiastujących włosów
zegarek pasożyt tyka w gardło
jemioła godzin wymusza podział
na moment odpoczynku wskazówki

doliczyłeś dzieje
nieprzebranymi włóknami na głowie
z szuflad schowanych za okiem

kiedyś odpoczniesz razem z oknem
policzysz światło zabierzesz je
wypuścisz kłótnię pojęć między ścinany bytu
na głodne lewady* gdzie kolor staje się obłędem
i grobem

czas w tobie odpocznie


* kanały wodnye do transportowania wody deszczowej


- Bronku pozwolisz ? tak to sobie na swojej strunie, do odbioru nakojarzyłem..
(koniec rewelacyjny nie do obalenia !)

poz Ran

Opublikowano

"O obłędzie"

Coś Ci się przyśniło
Marku Antoniuszu
Przecież myśli twych nie znamy
Dobry człowieku bezczynności
Nie nakarmisz ludzi snami
Którzy nie rozumieją Twojej wolności
Przecież tylko na faktach się znamy
Często zapominając o w twym sercu
schowanej dziecięcości.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...