Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nerwy okrajały słońce
niebo starannie zwiastowało falowanie włosów
srebrny zegarek na ręku kształtem pasożyta podchodził pod nieśmiałe gardło -
jemioła wszystkich godzin -- wymuszała podział
na moment odpoczynku i lśniące wskazówki

doliczyłeś dzieje
wiązałeś je nieprzebranymi włóknami na głowie
wyrzucałeś ze szuflad schowanych za okiem

kiedyś odpoczniesz razem z oknem
policzysz całe światło - zabierzesz je oknu
wypuścisz kłótnię pojęć między rozciągnięciem a ścinaniem bytu
na rozległe lewady gdzie kolor się staje obłędem i grobem

czas w tobie odpocznie

Opublikowano

"krótka historia o obłędnym życiu"


nerwy plazmą w słońcu
niebo pełne zwiastujących włosów
zegarek pasożyt tyka w gardło
jemioła godzin wymusza podział
na moment odpoczynku wskazówki

doliczyłeś dzieje
nieprzebranymi włóknami na głowie
z szuflad schowanych za okiem

kiedyś odpoczniesz razem z oknem
policzysz światło zabierzesz je
wypuścisz kłótnię pojęć między ścinany bytu
na głodne lewady* gdzie kolor staje się obłędem
i grobem

czas w tobie odpocznie


* kanały wodnye do transportowania wody deszczowej


- Bronku pozwolisz ? tak to sobie na swojej strunie, do odbioru nakojarzyłem..
(koniec rewelacyjny nie do obalenia !)

poz Ran

Opublikowano

"O obłędzie"

Coś Ci się przyśniło
Marku Antoniuszu
Przecież myśli twych nie znamy
Dobry człowieku bezczynności
Nie nakarmisz ludzi snami
Którzy nie rozumieją Twojej wolności
Przecież tylko na faktach się znamy
Często zapominając o w twym sercu
schowanej dziecięcości.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...