Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- I co, - powiedział do mnie święty Piotr – łyso ci teraz?
Nie bardzo wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Przesunąłem dłonią po lekko już przerzedzonej czuprynie i uśmiechnąłem się nieśmiało, niczym nudysta na zlocie harleyowców. Święty musiał chyba wyczuć moje zakłopotanie, bo nieco spuścił z tonu a twarz jego przybrała wyraz łagodny, by nie rzec – przyjazny. Odezwał się do mnie tymi słowy:
- Nie mogę. Po prostu nie mogę...
Bezradnie rozłożył ręce, ja jednak nie zamierzałem tak łatwo odpuścić.
Za mną wciąż rosła kolejka potencjalnych zbawionych (bądź też nie) i zazwyczaj w takiej sytuacji zapewne zastanawiałbym się ile osób życzy mi właśnie śmierci. No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce i to nie byle jakiej, bo do samego Raju, bardzo, bardzo ale to bardzo długiej kolejce a tu nagle jakiś frajer przed wami wszczyna kłótnie ze świętym Piotrem, przez co wasze oczekiwanie przedłuża się w nieskończoność. Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie. Taką przynajmniej miałem nadzieję. W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady.
- Posłuchaj mnie – kontynuował Święty. - Ja mam tu wyraźne instrukcje, sam zobacz.
Wyciągnął spod blatu swojego biurka starą, zniszczoną, oprawioną w skórę broszurkę i zaczął czegoś w niej szukać.
- Mam! - wykrzyknął w końcu. - Spragnionych... napoić... chorych nawiedzać... takie tam. Sam widzisz, takie są zasady.
- Ale co mnie do tych zasad?
Święty spurpurowiał. Musiałem niechący nadepnąć mu na odcisk czy coś.
- Ugryzłeś własnego ojca! I spaliłeś dywan! Czcij ojca swego i matkę swoją!
Czułem, że i mnie zaczynają powoli puszczać nerwy. Święty zaś krzyczał dalej, nie pozostało w nim już nic z początkowej łagodności, jaką emanował jeszcze przed chwilą.
- Nikt, kto gryzie własnego starego, nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego!
- Nie mów na mojego ojca "stary"! - nie wytrzymałem.
- To moja sprawa jak na kogo mówię!
- Nikt nie będzie nazywał mojego ojca "starym"!
- A ty będziesz przez dwieście lat gnił w Czyśćcu!
- A ty masz doklejaną brodę!
To mówiąc, rzuciłem się na niego, chwytając go za rzeczoną brodę i szarpiąc ją na cztery strony świata. Święty Piotr darł się wniebogłosy i ze wszystkich sił starał uwolnić, broda jednak wciąż tkwiła na miejscu, nieźle ją przykleił nawiasem mówiąc. W końcu zdołał mnie odepchnąć. Momentalnie wyszarpnął z kieszeni łańcuch, do którego miał przytwierdzone klucze i wywijając nim niczym jakiś Bruce Lee, ruszył w moim kierunku, wydając z siebie przy tym bojowy okrzyk. Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem. Stojący za nami kolejkowicze złapali go w ostatniej chwili. Dyszał ciężko, oczy niemal wyszły mu z orbit, żyły wystąpiły na skronie. Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem.
- Żądam widzenia z twoim szefem – wycedziłem.
- Ja tu jestem szefem! - ryknął.
- Daj mi kogoś wyżej od ciebie!
Zawył, jednak nasi rozjemcy wciąż trzymali go mocno. Któryś z nich przyniósł mu nawet telefon. Święty nie wziął go jednak od razu, chwilę jeszcze posapał, by w końcu dać znak tym, którzy krępowali mu ruchy, że już nie zamierza być agresywny. Poprawił sobie zmierzwioną brodę.
- Chłopie, - zaczął ze sporym wyrzutem w głosie – zwariowałeś? Co ty myślisz, żę ja jestem jakiś święty Mikołaj, czy co? To moja naturalna broda! Mój tatuś nosił brodę, mój dziadziuś nosił brodę...
Spojrzałem na niego spode łba.
- I przepraszam za tego "starego" – dodał. - Ale jak Ci mówię, że się nie da, to się nie da.
- Ale dwieście lat?
- To najniższy z możliwych wyroków, przykro mi. Zresztą, czym jest marne dwieście lat wobec wieczności?
Spróbował się uśmiechnąć, chcąc mi najwyraźniej dodać tym otuchy. Nieszczególnie mu to wyszło.
- Mimo wszystko, życzę sobie rozmawiać z twoim przełożonym – nie dawałem za wygraną.
Święty Piotr westchnął ciężko – a wtórowali mu wszyscy wciąż czekający na swoją kolejkę – chwycił jednak za słuchawkę.
Po chwili zjawił się Jezus.
- No co tam? - błysnął w uśmiechu garniturem idealnie białych zębów.
Następnie strząsnął z rękawa równie białej marynarki niewidzialny pyłek i mrugnął do mnie sponad wielkich, czarnych okularów.
- No co tam? - ponowił pytanie, celując wzrokiem w świętego Piotra.
- Ten tutaj – święty wskazał na mnie – nie zgadza się na Czyściec.
- Jak to nie zgadza?
- No normalnie. Nie zgadza się i już.
Twarz Jezusa spochmurniała. Minę miał teraz poważną, podszytą smutkiem i ledwie zauważalnym rozczarowaniem.
- Dlaczego? - pytanie skierowane było do mnie. - Dlaczego nie przyjmujesz Czyśćca?
- Tak w ogóle – święty Piotr nie dał mi dojść do głosu – to napisałem do Kryszny. Kazał go zamienić w mrówkę.
- Ej ej ej, ty, słuchaj, weź mu lepiej powiedz, żeby przestał w końcu wbijać na mój kwadrat, ok?
- Tak jest, Panie...
- Kto tu do diab... - urwał nagle i rozejrzał się nerwowo. - Znaczy, kto tu rządzi? Wiesz, czy mam Ci przypomnieć?
Święty spuścił oczy nie odzywając się ni słowem, Jezus zaś kontynuował:
- To jest dystrykt chrześcijański, prawda?
Obaj, ze świętym Piotrem, pokiwaliśmy głowami. Nie chciałem Go irytować, choć sam fakt nierównego traktowania po śmierci nie do końca mi się podobał. No bo co, gdybym był Hindusem, to zamiast dwustu lat w smole spędziłbym jakieś dwa dni jako mrówka, zanim ktoś by mnie rozdeptał? Przyznacie chyba, że miałem prawo czuć się mocno zawiedziony.
- Panie Jezu... - zacząłem nieśmiało.
Uciszył mnie gestem. Poprawił marynarkę. Znowu się uśmiechał, odzyskując swój niedawny czar i urok. Podszedł do mnie krokiem sprężystym niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa i, kładąc mi dłoń na ramieniu, rzekł:
- Darujmy sobie te tytuły. Jezus jestem.
- Marian, miło mi.
- No, to teraz możemy rozmawiać.
Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać, że krzepę w łapie to on miał. Kiedy przestałem się już krztusić, skinął na świętego Piotra, ten zaś podał mu telefon.
- Co robisz, Jezusie? - zapytałem
- Jezu. Kumple mówią mi Jezu – ponownie puścił do mnie oczko, błysnął zębami i wykręcił numer.
- Ale co robisz?
- Dzwonię do ojca, wiesz jak to jest z rodzicami.
Stał tak przez chwilę trzymając słuchawkę, ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju. Nie śmieli jednak wyrażać swojego niezadowolenia w obecności Absolutu. W końcu nigdy nic nie wiadomo.
Jezus rzucił słuchawką.
- Do diab... Czy ja zawsze wszystko muszę robić sam?!
Uśmiechnąłem się kwaśno.
- Nie odbiera! Zawsze jak mi jest potrzebny to nie odbiera!
- Pański Ojciec – nieśmiało wtrącił się święty Piotr – jest dzisiaj na bankiecie w dystrykcie muzułmańskim. Tak mi się przypomniało właśnie...
Jezus zmęłł przekleństwo. Święty Piotr błyskawicznie skropił go święconą wodą.
- No weź daj spokój... W końcu to ja to ustalałem. Dałem sobie teraz jednorazową dyspensę na przeklinanie. A Ojcu też nie musisz się chwalić. Jasne?
- Jasne.
Byliśmy znowu w punkcie wyjścia, staliśmy we trzech z rozsierdzonym tłumem za plecami i w zasadzie to nikt nie wiedział co robić. Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie.
- Słuchaj mnie – zaczął w końcu. - Dlaczego nie chcesz iść do Czyśćca?
- No bo... bo... bo mnie będzie boleć.
- Ale potem pójdziesz do Raju no... zapamiętam cię, dostaniesz jakieś fajne lokum, co? Nawet sam ci urządzę parapetówkę. No proszę cię, Ojciec znowu będzie mi gadał...
- Nie pójdę do Czyśćca.
- Nie?
- Nie.
Byłem twardy. Musiałem być twardy. W końcu nie miałem nic do stracenia.
- A chcesz dodatkowe tysiąc lat za sprzeciwanie się mojej woli?
Pardon. Jak się okazało – i tutaj mogłem stracić. Starałem się jednak wybrnąć z całej sytuacji:
- A nie mogę też dostać takiej jednej dyspensyjki malutkiej? Jezus, no...
- No co Jezus, co Jezus... Nie Jezusaj mi tu, Ojciec łeb mi urwie jak Cię wpuszczę bez Czyśćca.
Wyjał z kieszeni marynarki papierosa.
- Elektroniczny, zdrowy – wyjaśnił szybko przerażonemu świętemu Piotrowi, który szykował właśnie wiadro święceonej wody.
Wszystko było przegrane. Na nic moja walka, rozwiały się resztki nadziei. Ostatki wiary w przyspieszone zbawienie prysły jak mydlana bańka, padająca na czubek widelca. Nie wiem kto puszcza bańki przy obiedzie ale tak właśnie to wyglądało. Strach oblepiał mnie jak pianka do golenia. Syn Boży dostrzegł widocznie moją rezygnację, bo podszedł do mnie i znów po bratersku klepnął mnie w plecy, tym razem już nieco lżej niż rozpędzony Boeing 747.
- Słuchaj, zrobimy tak. W końcu jestem Bogiem, nie? Masz jakąś kasę?
- Kasę?
- Nie nie, nie, – zaczerwienił się lekko – nie o to mi chodzi. Rzucimy monetą po prostu. Jeżeli wypadnie reszka – akceptujesz nasz wyrok. A jeżeli orzeł... - tu zawahał się na chwilę i wziął od świętego Piotra wspomniane już wiadro wody święconej – no to mam przesrane.
Błyskawicznie zanurzył głowę w wiadrze, po czym kontynuował:
- Innymi słowy jak będzie orzeł to wchodzisz. A skoro już i tak ma być gnój... - kolejna kąpiel w wiadrze – to nawet odpowiem na jedno twoje pytanie. Za straty moralne. Ok?
- Ok.
- Więc? Zadaj pytanie zanim rzucę monetą.
- Jak zrozumieć kobietę? – wypaliłem bez zastanowienia.
Jezus spojrzał na świętego Piotra, święty Piotr spojrzał na Jezusa po czym wybuchnęli gromkim śmiechem. Wyli obaj, święty Piotr trzymał się buirka, Jezus walił pięścią w blat, drugą ręką ocierając łazwiące ze śmiechu oczy. Po jakiejś minucie uspokoili się, spojrzeli na mnie, spojrzeli po sobie... i znowu ryknęli śmiechem. Muszę przyznać, że nigdy nie widziałem świętego, który tarzałby się po ziemi – czy tam chmurze – nie mogąc nabrać powietrza.
- Dobra, – rzucił w końcu Syn Boży, prychając jeszcze lekko – to to jest twoje pytanie?
- Tak.
- Swoją drogą ciesz się, że nie trafiłeś do Mahometa.
Po kolejnym ataku śmiechu jako pierwszy fason odzyskał święty Piotr:
- Na pewno?
- Tak, na pewno.
Kiedy święty walił głową w swoje biurko parskając przy tym, dusząc się i rzężąc, rozmowę kontynuował Jezus:
- Pamiętaj, że pytanie masz tylko jedno.
- Pamiętam – wycedziłem, bo już zaczynali mnie szczerze wkurzać. Zwłaszcza, że nawet nie rzuciliśmy jeszcze monetą.
- Więc, - ponagliłem Go - jak brzmi odpowiedź?
- Otóż... - Jezus nabrał powietrza do płuc, wypuścił je, spojrzał na mnie wciąż z trudem hamując śmiech i powiedział w końcu:
- Widziałeś kiedyś wielbłąda?
- Nooo... tak. W ZOO.
- Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielnie niż ktokolwiek zrozumie kobietę.

Opublikowano

Gała, przebiłeś wszystkich !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
absolutne mistrzostwo świata!
jesteś (bez wątpienia!) moim synem, Synu!! i to nie jest nepotyzm - po prostu pewne zdolności się dziedziczy, niestety :P
tarzam się ze śmiechu, ocieram wzruszoną łzę, skapującą na klawiaturę (a Twoja Siostra drze się tymczasem: Mamo, przestań! Twoja, za przeproszeniem, sól wyżera klawisze, a ja ggadam! A w ogóle, to twój czas mija! Pora do lamusa. Tera ja!)

a więc spadam, Gała! na amen - że się skompatybiluję z twoim tekstem.
fantastycznym.

widzę jakieś literówki, ale w....z literówkami!!!!!!!!

pisz, Chłopaku, opowiadania
:*
Matka

Opublikowano

Wrzuciłem tu kiedyś coś podobnego, ale to jest fajniejsze.
Bardzo chciałbym usłyszeć skrzyżowanie trabanta ze słoniem.

Wywaliłbym nawias (bądź też nie). To literatura, nie felieton.

Pozdrowienia!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak tak pamiętam, ale dyplomatycznie napiszę, że nie pamiętam na tyle, żeby ocenić które lepsze ;)

A teraz co do tekstu... w skrócie cudownie obrazoburczy ;) Lekkie pióro + dobry pomysł = kapitalny efekt. Temat oklepany jak plecy gruźlika, ale przecież nie o to chodzi o czym się pisze tylko jak się pisze, a teraz błędy... coś tam wyszukałem, bo chyba nikomu się nie chciało, każdy się skupiał na treści ciekawej. Więc tak najpierw przecinki:

"stoicie sobie w kolejce a tu nagle jakiś"

"Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać"

"ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju."

"Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie."

Wszędzie to nieszczęsne "a", ale to nie koniec ;)

"Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie."

nie jestem pewien, ale ja bym przesunął przecinek przed "acz" traktując to jak "ale" no lepiej zdanie brzmi po "sytuacji" nie ma potrzeby robić żadnej przerwy.

"No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce"
Chyba niepotrzebne to powtórzenie, wiem że to miała być narracja, takie gawędziarskie coś, ale to powtórzenie jednak mi zgrzyta.

"W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady."
tu sytuacja podobna to "no" niepotrzebne zupełnie

"Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem."
Ja bym napisał "Brzmiało to jak" choć rozumiem, że chodziło o to, że św. Piotr "brzmiał jak", ale że piszesz na końcu zdania o dźwięku nie o osobie więc, przychylałbym się do drugiej wersji.

"krok sprężysty niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa"

myślę, że bez tego "właśnie" całość by nie straciła na uroku, a zyskała na zgrabności. podobna sytuacja jak dwie poprzednie.

i na koniec mała literówka

"Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem."

To by na tyle było, sam tekst zgrabny i naprawdę mnie Katolika poważnie traktującego te sprawy i osoby imiennika opisanego w tekście apostoła bardzo całość rozśmieszyła, więc zasługa tym większa, napisz jeszcze z 10 tego typu tekstów o życiu w zaświatach i będzie kapitalny zbiorek do wydania.

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak tak pamiętam, ale dyplomatycznie napiszę, że nie pamiętam na tyle, żeby ocenić które lepsze ;)

A teraz co do tekstu... w skrócie cudownie obrazoburczy ;) Lekkie pióro + dobry pomysł = kapitalny efekt. Temat oklepany jak plecy gruźlika, ale przecież nie o to chodzi o czym się pisze tylko jak się pisze, a teraz błędy... coś tam wyszukałem, bo chyba nikomu się nie chciało, każdy się skupiał na treści ciekawej. Więc tak najpierw przecinki:

"stoicie sobie w kolejce a tu nagle jakiś"

"Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać"

"ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju."

"Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie."

Wszędzie to nieszczęsne "a", ale to nie koniec ;)

"Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie."

nie jestem pewien, ale ja bym przesunął przecinek przed "acz" traktując to jak "ale" no lepiej zdanie brzmi po "sytuacji" nie ma potrzeby robić żadnej przerwy.

"No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce"
Chyba niepotrzebne to powtórzenie, wiem że to miała być narracja, takie gawędziarskie coś, ale to powtórzenie jednak mi zgrzyta.

"W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady."
tu sytuacja podobna to "no" niepotrzebne zupełnie

"Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem."
Ja bym napisał "Brzmiało to jak" choć rozumiem, że chodziło o to, że św. Piotr "brzmiał jak", ale że piszesz na końcu zdania o dźwięku nie o osobie więc, przychylałbym się do drugiej wersji.

"krok sprężysty niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa"

myślę, że bez tego "właśnie" całość by nie straciła na uroku, a zyskała na zgrabności. podobna sytuacja jak dwie poprzednie.

i na koniec mała literówka

"Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem."

To by na tyle było, sam tekst zgrabny i naprawdę mnie Katolika poważnie traktującego te sprawy i osoby imiennika opisanego w tekście apostoła bardzo całość rozśmieszyła, więc zasługa tym większa, napisz jeszcze z 10 tego typu tekstów o życiu w zaświatach i będzie kapitalny zbiorek do wydania.

pozdrawiam

wiesz, to nie miało być z założenia obrazoburcze ani nic z tych rzeczy. po prostu myślę, że do wszystkiego trzeba mieć dystans, niezależnie od ideologii, religii etc. ze wszystkiego można się śmiać, niekoniecznie chcąc tym samym kogoś urazić=)
a przecinki to o zawsze moja słaba strona;)
no i dzięki za znalezienie literówki, w wolnej chwili się tym zajmę=)
pozdry
G.
Opublikowano

Wyśmienite i bardzo zabawne. Wspaniała dynamika i rytm. Mistrzowska narracja. Świetne opisy sytuacji np. jak trzymali rozwścieczonego św. Piotra. No ja to wszystko zwyczajnie widziałem, jakbym był na przedstawieniu kabaretowym.
Miałbym parę uwag, ale nie wiem, czy jesteś otwarty na krytykę czy nie. Więc, póki na to mi nie odpowiesz nie będę ich wypisywał.
Pozdrawiam serdecznie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...