Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na dłoni wyrósł mi Kaktus. Umiejscowił się na jej wierzchu. Było to 5 listopada 2001 r. Kiedy obudziłem się rano, on już był. Nie żeby jakiś szczególny, po prostu zwykły Kaktus. Zielony, lekko pomarszczony, z licznymi małymi kolcami, które jednak miały tę właściwość, że nie kłuły. Były miękkie jak włosy, ale podobnie jak cała roślina nie dały się obciąć ani wyrwać. Przypatrywałem się mu z uwagą i stwierdziłem, że nawet mi się podoba. Był zgrabny i kształtny. Ani za duży, ani za mały, po prostu w sam raz. Nieco mnie dziwiło to wszystko, bo w końcu niecodziennie wyrasta komuś na ręce kaktus. Nawet trzeba powiedzieć, że w ogóle nikomu na ciele nie wyrastają żadne rośliny, a już tym bardziej nie kaktusy. Jest nawet jakieś powiedzenie, o kaktusie i dłoni, ale nie pamiętam go dokładnie. W każdym razie mój Kaktus umiejscowił się właśnie na dłoni. Nie przeszkadzał mi w niczym. Kiedy wychodziłem z domu, obwiązywałem dłoń bandażem, a on się spłaszczał i nie było go widać. Później w parę minut wracał do dawnego kształtu i chyba mu nie szkodziło takie ściskanie i częsta zmiana objętości. Przyzwyczaiłem się do niego, a on chyba do mnie też. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Potrząsał swoimi miękkimi kolcami, kiedy zraszałem go wodą i wydawał ciche dźwięki jakby zadowolenia. Na tym jednak nasza komunikacja się kończyła. Za nic nie dało się z nim dogadać, ale poza tym nasze wspólne życie układało się dobrze. Na wszystko reagował szelestem kolców, bądź obojętnością.

Z moich znajomych mało kto wiedział o Kaktusie, w zasadzie wiedziała o nim tylko jedna moja bliska znajoma. Kiedy pokazałem jej swojego współlokatora nie okazała specjalnego zaskoczenia i tylko sobie zażartowała, że dobrze, że nie jest to na przykład zgniły pomidor, bo by śmierdziało. Nie wiem czemu akurat przyszło jej do głowy właśnie to warzywo, a w dodatku zepsute, może dlatego, że była na nie uczulona. Nie miałem pojęcia. W każdym razie, nie zdziwił jej Kaktus, a pozostałych moich znajomych, nie uważałem za stosowne informować o tym, więc gdy ktoś miał przyjść postępowałem tak jak przy wyjściu na dwór, a kiedy mnie zaskakiwano odwiedzinami, z pomocą przychodziły mi kieszenie. Posiadanie więc kaktusa nie było ani odrobinę kłopotliwe. Mieszkałem sam. Gości prawie nie przyjmowałem i ze wszystkimi spotykałem się poza domem. Dom był moim terytorium i z wyjątkiem tej jednej bliższej znajomej oraz od niedawna Kaktusa, nie tolerowałem na nim nikogo.

Z Kaktusem układało mi się dobrze. Trwało to może z pół roku, może nieco dłużej. Któregoś dnia spostrzegłem, że Kaktus zaczyna się kurczyć. Najpierw myślałem, że to złudzenie, ale po tygodniu stwierdziłem, że faktycznie się zmniejszył. Proces ten trwał ze dwa miesiące i pewnego poranka Kaktusa nie było. Została po nim mała zielona plamka, która do wieczora zniknęła i nic już nie wskazywało na to, że jeszcze nie dawno rósł tam mały, zgrabny Kaktus z miękkimi kolcami.

Opublikowano

To było 5 listopada 2001 roku. - mimo wszystko chyba lepiej napisać słownie

Jak już wyżej wspomniałem z Kaktusem układało mi się dobrze - pierwsza część zdania do amputacji, bezwzględnie

Życie w absurdzie? Tak to odbieram, być może dlatego, że miewam czasem podobne wrażenie: nierzeczywistości.

pozdr.

p.s.
Podobało się.

Opublikowano

Dzięki zobaczę co da się zrobić ;) Nie traktuje poważnie tego tekstu co zapewne widać, to miał być raczej taki "freestylowy" literacki żart dlatego jest nieco udziwniony język :) Napisałem je jednym że tak powiem tchem w ok 30-45 min i nie nanosiłem żadnych większych poprawek, po prostu napisałem od początku do końca tak jak miałem ochotę i o dziwo kiedy wysyłałem ludziom swoje teksty ten spodobał się najbardziej więc zacząłem go szlifować, ale na pewno jest tam nieco niedociągnięć. Tak więc dzięki za uwagi. Co do pierwszej to chyba zostawię datę taką jaka jest bo to miał być celowy zabieg, ale dobrze że zwróciłeś moją uwagę na fragment, nad którym bym się w ogóle nie zatrzymał. Cieszę się, że się podobało.

Co do wrażenia nierzeczywistości to odczuwam je cały czas i to coraz silniejsze ;)

Opublikowano

Mam kilka uwag natury czysto gramatycznej.
W pierwszym akapicie zamiast "tą właściwość" powinno być "tę właściwość". Dalej - w tym samym zdaniu - chodziło chyba o to, że kolce nie kłuły, a nie - kuły. W drugim fragmencie: napisałeś "przyszedł jej do głowy właśnie to warzywo" - powinno być raczej "przyszło".

To tyle.

Przyjemna to lektura.

Pozdrawiam!

Opublikowano

Witaj, idąc za ciosem :) przedstawiam do rozważenia następujące zmiany:

1) „Był to 5 listopada 2001 r.” - napisałabym raczej: „Było to 5 listopada 2001 r.”

2)„Przypatrywałem się mu z uwagą i stwierdziłem, że nawet mi się podoba.” – wydaje mi się, że lepiej by brzmiało: „Przypatrywałem mu się z uwagą i stwierdziłem, że nawet mi się podoba.”

3) „Nieco mnie dziwiło to wszystko, bo w końcu niecodziennie wyrasta komuś na ręku kaktus” – tu mam wątpliwości, cze nie poprawniej byłoby „na ręce”?

4) „Kiedy wychodziłem z domu obwiązywałem dłoń bandażem, a on się spłaszczał i nie było go widać.” – chyba potrzebny przecinek.

5) „Z moich znajomych mało kto wiedział o Kaktusie, w zasadzie wiedziała o nim tylko jedna moja bliska znajoma. Kiedy pokazałem jej mojego współlokatora nie okazała specjalnego zaskoczenia i tylko sobie zażartowała, że dobrze, że nie jest to na przykład zgniły pomidor, bo by śmierdziało.” – „moja” i „mojego” z blisko siebie – z któregoś bym zrezygnowała.

6) „Nie wiem czemu akurat przyszło jej do głowy właśnie to warzywo, a w dodatku zepsute, może dlatego, że była na nie uczulona. Nie miałem pojęcia.” – napisałabym raczej „Nie mam pojęcia”, bo w poprzednim zdaniu jest „nie wiem”, a nie „nie wiedziałem” i brakuje przecinka.

7) „W każdym razie nie zdziwił jej mój Kaktus, a pozostałych moich znajomych nie uważałem za stosowne informować o tym, więc gdy ktoś miał przyjść postępowałem tak jak przy wyjściu na dwór, a kiedy mnie zaskakiwano odwiedzinami z pomocą przychodziły mi kieszenie.” – znów „mój” i „moich” obok siebie i brakuje przecinków.

8) „Dom był moim terytorium i z wyjątkiem tej jednej bliższej znajomej oraz od niedawna Kaktusa nie tolerowałem na nim nikogo.” – też brakuje przecinków.

9) I na koniec -dobrze, jak tego typu żartobliwe teksty kończą się bardziej wyraziście – a ten kończy się zbyt blado – tak, jakby nie starczyło Ci wyobraźni i poczucia humoru na mocniejszy akcent :) Czuję niedosyt. Może Kaktus mógłby jednak odegrać jakąś istotniejszą rólkę w życiu bohatera? Wymyśl coś!

Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

ad. 1: oczywiście, że miało być "było" nawet to poprawiałem musiałem coś źle kliknąć :)
ad. 2: wiem, że poprawniej byłoby tak jak zaproponowałaś, ale to miał być taki luzacko-gawędziarski tekst i straciłby na uroku gdyby nie te niektóre "błędy", zresztą jak wiadomo celowo zastosowany błąd staje się zabiegiem literackim ;)
ad.3 do ad.8: Zgadzam się.
ad.9: No właśnie jakby to powiedzieć, hmm dobra nie napisze patrz ad.2.;) tylko wyjaśnię osobno, tak miało być właśnie, nie chciałem żadnego wybuchowego zakończenia, pewnie jakby to pisał Jay Jay to kaktus by mnie pożarł w nocy ;) Właśnie cały dowcip złośliwy polega na tym, że każdy się spodziewa nie wiadomo czego, napięcie powoli, ale rośnie widzimy, że tekst się kończy szybko, napięcie znów wzrasta i... nic się nie dzieje. I tak właśnie miało być więc nie zmienię tego. Nie mniej dzięki za pozostałe poprawki chyba zacznę ci podsyłać mailem swoje teksty ;)

Już niedługo, jak skończy się limit wrzucę inny tekst i tam jakby uprzedzając uwagę o wyrazistych zakończeniach po 3 latach dopisałem co nieco.

pozdrawiam

Opublikowano

robić w jajko to za dużo powiedziane :)

ja po prostu tak pisze spokojnie i łagodnie, taki jestem i tak piszę, każdy z nas ma jakiś swój styl, jeden zarzuca makabreską inny coś obśmiewa jeszcze inny używa masy wulgaryzmów, żeby podkreślić coś, ja bym nie umiał ani tak ani tak :)

swoją drogą w twoim tekście o porannym kacu też oczekiwałem jakiegoś "wybuchu" więc jesteśmy kwita ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Napisałam o SWOICH odczuciach. Wyłącznie. U mnie jajko.
Kwita nie jesteśmy, bo nic nie powiedziałeś, że byłeś rozczarowany :) Wal śmiało, jak coś Ci nie pasuje - ja się za krytykę nie obrażam, wręcz przeciwnie :)))
Opublikowano

Panie Perkozek, pomysł wyborny. Żadnego nawiązania do sytuacji w której bohater by powiedział komuś: prędzej kaktus mi na ręce wyrośnie". Zakończenie też bardzo mi się podoba. Cały tekst to dla mnie realizm magiczny, który uwielbiam. Dlatego, chętnie odkupię prawa do tego opowiadania z możliwością całkowitej jego edycji. Daję 100 zł - serio.
Podejrzewam, że byłyby to pierwsze pana pieniądze zarobione na prozie. Ja "Kaktusa" włączę do swojego Dziennika nieco rubasznego. Całą historię bardziej uprawdopodobnię i uszczegółowię. Widzę, że panu nie chce się tego robić i traktujesz tekścik jako żart, nad którym nie ma potrzeby poważnie popracować. Ja ze swej strony obiecuję, że pańskie dziecko utulę i dopieszczę. 100 zł - zgoda?
Pozdrawiam serdecznie
Don Cornellos

Opublikowano

Don - zasadź gruszki na wierzbie. Niech kaktus zostanie u Pedro ;)

Perkozek vel. P.Salazar - "przedmówcy" już swoje wytknęli i pochwalili. Mnie pozostaje tylko życzyć większej liczby tekstów pisanych w 30-40 minut. Luz jaki bije z Twojego stylu każe mi spakować się i wypie... stąd, bo mam "pewne" braki. Ale wiesz, pracuję nad nimi.

Opublikowano

Don - Z całym szacunkiem, ale to nie wchodzi w grę :) Jakbyś chciał je wydać niezmienione pod moim nazwiskiem to zgoda nie wziąłbym za to grosz bo to promocja dla mnie by była, ale odsprzedawać prawa ?? Nie :) Tak nisko się nie cenie, a pierwsze to moje pieniądze zarobione "piórem" by nie były bo mam na koncie pewną publikacje. Cieszę się ogromnie, że mój tekst tak się spodobał, że aż chciałeś go kupić, ale niestety na innewarunkach niż wydanie go bez zmian, pod moim nazwiskiem nie mogę przystać.

pozdrawiam

Do Sanetisa - dzięki wielkie bo uznanie od kogoś takiego jak ty, to duża rzecz, niech tylko jeszcze asher mnie pochwali, a będę w 7 niebie. Ale zostań i nie ... ;) Nie wiem czy pamiętasz jakie psedo opowiadanka o Indiańcach pisałem, teraz dojrzałem rozwinąłem się (super studia etnologiczne) przeczytałem furę książek i pewnie stąd ten luz, no i trzymam swoja wenę na wodzy pisze rzadko bardzo, czekam aż się nagromadzi w odpowiedniej ilości, później siadam do klawiatury i następuje erupcja w postaci tekstu i to chyba cały sekret :)

Opublikowano

W zasadzie, cały mój wpis, miał na celu - nie tyle nakłonienie Ciebie do sprzedaży tekstu, ile - podkreślenie koniecznych (moim zdaniem) zmian. Wydaje mi się, że sytuacje nieprawdopodobne należy uprawdopodabniać obwarowując je mnóstwem szczegółów z dnia codziennego.
Na razie, dla mnie ten tekst jest tylko dobrym pomysłem, niczym więcej. Żeby zrobić z tego prozę - a warto - trzeba jeszcze sporo popracować.
Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No więc jak widzisz mocno się rozmijamy. Bo dla mnie sytuacje nieprawdopodobne są ciekawe i tajemnicze same w sobie gdyby je "uprawdopodobnić" stałyby się zwyczajnie nudne. A to ma być miniaturka, nawet nie opowiadanie, przypomnij sobie opowiadania Topora, te najkrótsze kilku zdaniowe, to też było swoiste kpienie z prozy, z opowiadania. Tak więc po ostatecznej kosmetyce i wygładzeniu nierównych konturów stylistyczno-interpunkcyjnych dla mnie jest to skończony tekst, któremu rozwijanie, "uprawdopodobnianie" tylko by zaszkodziło. Zniszczyłoby delikatna strukturę tekstu balansującego na granicy gawędziarskiego monologu i solidnej literatury. I taki ma pozostać. Tak więc z całym szacunkiem do uwag, ale Kaktus pozostanie Kaktusem.

pozdrawiam
Opublikowano

Nie rozumiem, co mają opowiadania Topora czy jakiegoś Murakamiego - do tego, czy podoba mi się Twój Kaktus? No tak, najwyraźniej rozmijamy się bardzo mocno, bo uwierz mi, że nie ma dla mnie znaczenia, czy coś jest miniaturą czy nie.
- Tak oto rzecze ten, któremu opublikowano niegdyś bardzo krótką formę literacką pośród kandydatów do nagrody Nobla: Transtromera i Herberta. (ale, co kurwa z tego?!)

Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Otóż mają bo są dla mnie wzorem tego jak się powinno pisać, choć ktoś inny może się z tym nie zgadzać i pisać zupełnie inaczej, mam pewne swoje spojrzenie na to jaka literatura jest naprawdę dobra i wiem jak chcę pisać, ktoś może mieć inne.

Dla mnie jest to tekst skończony, co nie znaczy że nie można by go rozwinąć w długie opowiadanie czy nawet w 4 tomową opowieść, bo wszystko można rozbudować, rozwinąć, jak balon bez limitów wytrzymałości materiałowej, tak samo jak można w nieskończoność poprawiać jeden szkic, tylko że ja nie widzę sensu takiego działania w tym akurat przypadku. Może za 10 lat będę widzieć wyżej wspomniany pan M. rozwijał niektóre opowiadania pisane w latach 70-tych i 80-tych w powieści ale czynił to wiele lat później, albo wcale, dopóki mam wenę mam pomysły energie to chce iść na przód.

A o oddawaniu komukolwiek tekstu nie ma mowy, to tak jakbym oddał swoje dziecko, komuś kto miałby je dalej wychowywać i kształtować, bo mi powie, że on skończył pedagogikę czy coś tam i lepiej się na tym zna. Swoich dzieci się nie sprzedaje, ani nie odstępuje, można tylko się nimi chwalić, albo zlecać komuś by nimi pokierował i pokazał światu, ale jako moje dziecko nie swoje... zgadzam się na publikowanie moich tekstów i prac, ale tylko pod moim nazwiskiem i tylko z autoryzacja. Jeśli ktoś ma pomysły i chce coś tworzyć niech napisze coś swojego, a nie przerabia cudze. Tak by każdy chciał wziąć cudze, pozmieniać i zgarnąć laury, ale nie ma tak dobrze. Więc niech ja piszę po swojemu i ty też pisz po swojemu. Nie wiem co jeszcze dodać.

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...