Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Okłamali mnie. Czas nie leczy ran.
W roku 1943 mój dziadek Roman miał 12 lat.
Romek nie raz już wchodził na zakład, jak to nazywał, „tajnym przejściem”. Na terenie fabryki rosły jagody wielkości czereśni, jeżyny o smaku miodu oraz ocean grzybów: prawdziwków i kozaków; innych grzybów Romek nie zrywał.
To była „gra warta świeczki” powtarzał dziadek, kiedy opowiadał o czasach wojny. Kiedy to robił, zawsze siedział przy kwadratowy stole, tuż przy oknie.
Jedynym utrudnieniem, było to, by przejść niezauważonym obok budki strażnika – mawiał. W czasie deszczu było łatwiej. Strażnik rzadko wystawiał nos poza suchą wartówkę. Jeżeli unosił się papierosowy dym, spadający jak wodospad, z otworów widokowych; droga był wolna. A z nią całe bogactwo lasu, aż prosiło się by je zanieść do domu.
Matka Romka gotowała pyszne sosy grzybowe i robiła bułki z jagodami, na które rodzeństwo czekało z wypiekami na twarzy. Z jeżyn był pyszny kompot, którym pachniało w całym mieszkaniu.
Tego dnia dzień był pogodny. Niemiec nerwowo kręcił się koło strażniczej budki. Widać było, że coś go dręczy. Romek czekał w ukryciu na odpowiednią chwilę, by dostać się na teren fabryki. Minuty stawały się bezczasowe. Rozległ się tępy sygnał radiotelefonu. Każda wartówka była połączona kablem telegraficznym, grubości węża strażackiego, z centralą na bramie głównej. Romek usłyszał tylko zdecydowane – Ja vol – i Niemiec popędził w stronę wschodniego wejścia z PWP*. Sprawa musiała być pilna. Romek nie czekał. Ruszył znanym sobie przejściem i po chwili był po drugiej stronie kolczastego drutu. Wszedł do stróżówki. Na wieszaku strażnik zostawił płaszcz. Chłopak przeszukał kieszenie, nic nie znalazł, poza papierkami po cukierkach. Pod płaszczem na wieszaku wisiała jeszcze kabura z pistoletem. Romek wyciągnął broń, schował ją za pas spodni i wrócił skąd przyszedł. Dziś nie znalazł grzybów. Łup, który zabrał ze sobą, był wart o wiele więcej, o czym przekonał się w bliższej i dalszej przyszłości. Po powrocie do domu pistolet schował pod podłogą w spiżarni. Ta kryjówka była znana tylko jemu. Następnego dnia po powrocie ojca Romka z fabryki, matka podał obiad na stół. Cała rodzina usiadła do posiłku. Ojciec opowiedział jak to dziś rozstrzelano trzech mężczyzn z powodu kradzieży pistoletu. Żaden z mężczyzn nie przyznał się do winy i żaden nikogo nie wydał. Broni nie znaleziono.
W 1989 roku widziałem dziadka Roman. Leżał pijany na trawniku. Głowa tuliła się do krawężnika. Szedłem wtedy z kolegami do szkoły. Myślałem, że nie zwrócą na niego uwagi. Niestety, któryś z moich kumpli, zagadnął:
- Patrzcie! Ma nos jak truskawka.
- Ej, wujku! Daj na loda – krzyknął drugi.
- Zróbmy mu kieszenie. Pewnie ma trochę kasy?
Starałem się zbić ich z tropu. Musiałem to zrobić.
- Dajcie mu spokój. Znam go. To sąsiad mojego dziadka. Jakby mnie poznał, to byłby kanał. Chodźcie, spadamy.
Odpuścili. A ja noszę w sobie do dziś tamtą twarz. Twarz pijanego dziadka. Ojca mojego ojca. Ta twarz jest gorsza od sennych koszmarów. Jest jak tatuaż. Jak sznyt. Nie da się wymazać z pamięci. Tamtego dnia dziadek Roman stracił wnuczka. Przestałem nim być bezpowrotnie. Mogłem być sobą. Bezwzględnym i zimnym chłopakiem z blokowiska.
Jak przez grubą firankę pamiętam rok 1986. Głuchy strzał przeszył plac zabaw. Uciszył to spokojne miasto i przedziurawił ścianę w mieszkaniu numer 9. Nikt nie krzyknął. Nikt nie zapłakał. Nawet psy nie nastawiły uszu. Tylko dorośli zaczęli się schodzić za głosem huku.
Tamtego dnia Roman zabił miłość. A po zabójstwie miłości, umarła nasza rodzina. Rozsypaliśmy się jak domek z kart.
Wieczorami podsłuchiwałem rodziców. Rozmawiali o tym co zaszło. Ojciec płakał. Podobno dziadek podejrzewał babcię o zdradę. Drażniły go również jej modne sukienki. Nie pozwalał jej spotykać się z koleżankami. Każde wyjście do sklepu, w którym pracowała jako sprzedawczyni, wiązało się z niezliczoną ilością pytań, podtekstów i dociekań. Babcia żyła jak na niewidocznej smyczy, która ją uwierała. A on chciał zacisnąć pęta i mieć ją tylko dla siebie.
„Nie opuszczę cię, aż do śmierci" – powiedział, a ona osunęła się na podłogę w spiżarni. I roztrzaskała się konfitura z jagód. I spadły z półek marynowane grzybki. Dotrzymał słowa. Tym razem nie schował broni pod podłogą. Położył pistolet na stole, a sam usiadł na stołku przy kwadratowym stole. Wpatrywał się w ciało.
Wszystko ma swój koniec. Żądza, miłość i zazdrość. Czasem kończą się też naboje w magazynku. Wtedy ich nie zabrakło. A to co było w butelce zwietrzało, jak szczęśliwe zakończenie.

*PWP - Państwowa Wytwórnia Prochu założona w 1923 roku w Pionkach

Opublikowano

po pierwszym czytaniu - wiesz już. wrócę, jestem pod takim wrażeniem, że idę się przejść
:))
nareszcie, Rafał, czujesz prozę,
to już drugie - lekko, pomimo takiego ciężaru gatunkowego, pięknie poprowadzone opowiadanie.
idę, bo jestem na zadechu.
jest dobrze, R :)

p.s. literówki...a! chrzanić literówki :*

Opublikowano

Jestem pełna podziwu :) w tak króciutkim opowiadaniu upakować tyle emocji, sprawić, by czytelnik po prostu BYŁ razem z Romkiem, a potem cierpiał z jego wnukiem, to nie lada sztuka. Z pewnością to nie jest dzieło amatora, chyba czas do Zetki :) Pomijając zaburzenie chronologii, bo, jak rozumiem, to Twój świadomy zabieg (mimo, iż rodzi oczywiste pytania bez odpowiedzi), jedno tylko sformułowanie mi zgrzytnęło: "Jeżeli unosił się papierosowy dym, wypływający jak lawa, z otworów widokowych; droga była wolna" Lawa spływa w dół, dym przeciwnie, więc porównanie jest chybione. Poza tym, od strony technicznej, parę drobiazgów niewartych wzmianki. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Czytając, ślozy mi pociekły, bo mój dom, smutek nawiedził ostatnio,
no może nie tak tragiczny jak w Twoim opowiadaniu, ale też zejściowy.

Zastanawiam się, jak to Bozia obdarza poezją i prozą, a właściwie głupstwa wypisuję,
bo wiadomo, że każdemu coś.

Zgadzam się z sugestią Ani, Twoje teksty już dawno dojrzały do Z.

Biały Panie, dziękuję za chwile wzruszenia, nie tylko z rozedrgania mojego wypływające.

Pozdrawiam, Leo.

Opublikowano

wróciłam. zacząłeś jak Bukowski :) po pierwszym zdaniu - strzale - nie sposób odejść.

nie mają szczęśliwego zakończenia takie historie
okłamali cię "czas nie leczy ran"
to rany stają się częścią nas
duszone wietrzone
zasypywane rozdrapywane
do końca jak obsesyjnie
obgryzane paznokcie
obłaskawienie cierpienia nienawiści
pozwala dopaść obolałemu ciału
to czego pragniemy
najbardziej

maski
"zimnego chłopaka z blokowiska"
beztroskiej maskotki klasowej
na twarzy dziewczyny po przejściach
spadną
gdy dotknie żywej tkanki
zaleczy

poezja


ty wiesz

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


chronologia jest świadomie zachwiana, do zetki się nie wybieram, a co do "lawy" to faktycznie klops
dziękuję Aniu za dobre słowa, które cieszą i mobilizują:)
pozdrawiam i najlepszego
r
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


jak Bukowski, Madziu to mój Bóg w prozie i poezji, a człowiek Bogu nie równy, więc nie śmiem się porównywać i być porównywanym z Mistrzem
dziękuję za wiersz:))
pozdrawiam i najlepszego
r
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

REWELACJA
jeżeli kiedykolwiek używałam tego słowa, nie miało nigdy tak głębokiego znaczenia

że buzia mi się otworzyła
że łzy popłynęły
że głos mi zadrżał przy czytaniu na głos

nie będę mówić

po prostu dziękuję ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


to ja dziękuję za wyróżnienie jakim miało być czytanie tego tekstu na wieczorku
wyjaśniłem, dlaczego nie mogli go usłyszeć zgromadzeni goście, może kiedyś
to bardzo miłe, że aż tak przypadł do gustu:)
najlepszego i pozdrawiam
r
Opublikowano

Czas nie leczy ran, wódka nie leczy ran, śmierć nie leczy ran. Wszytko prowadzi w dół po równi pochyłej.
Brak mi słów. Mocno daje po głowie.

I dziękuję za natchnienie.

Pozdrawiam serdecznie:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nic dodać,  nic ująć. 
    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , też tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...