Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano




Kocham Chariel więc kiedy powiedziała
resztę życia spędzę tylko z mężczyzną z którym będę się czuła
naprawdę świetnie
poczułem w tym pewną szansę dla siebie

To od tego dnia zacząłem wylewać za kołnierz
w zamian zabierałem ją na wystawy kotów transyberyjskich
a wieczorami błądziliśmy alejkami maszynowych parków
zbierając nakrętki snów i te wszystkie niezauważane przez tylu mimośrody
Chariel zardzewiała je potem w swoim pamiętniku
tymczasem ja wyświadczałem jej szereg drobnych przyjemności


jak
dzienne przypływy i odpływy statków kuchennych
conocne obmywanie fiordów miednicy
nadawanie wyłącznie na fali wysokiej częstotkliwości
i przenikanie do górnych warstw świadomości poprzez szyjkę macicy
oraz wracanie do siebie dopiero po tym kiedy ona już wróciła do siebie
co poświadczy załącznik numer 221


Wpajęczonej w rozpuszczone włosy exodus dłoni
na drżących ze zmęczenia palcach
na przełaj siebie na myśli skos
na dnia poniewierkę

A tak słodko tak dobrze śniła nas dzisiaj noc
gdy na rzęsie zachmurzonej powieki
kogut zapiał w czarną źrenicę


A jednak Mimo wszystkich moich starań i świadczeń
coś jeszcze gryzło Chariel
nadgryzało poczucie bezpieczeństwa jej szczęścia bez granic
było naprawdę upierdliwe W końcu
postanowiłem zapytać wprost
czy ty czujesz się Chariel ze mną świetnie?

Chariel milczała obserwując powracające bociany
a potem odlatujące bociany i znów wracające bociany
Ja w międzyczasie wyświadczałem jej te wszystkie usługi
o których wspominałem wcześniej oczywiście dodając do tego nowe usługi
takie jak choćby pomaganie Chariel w obserwacji powracających bocianów
a potem odlatujących bocianów
Wraz z zamieszczonym na dole rysunkiem
dość dokładnie zostało to opisane na stronie 666 jako "Malis avibus"


Dochodzimy co noc bliżej & bliżej
od tamtego jesiennego wieczoru gdy pierwszy raz skosztowaliśmy win
dochodzimy teraz o wiele wcześniej od rozbudzonych mgieł i nawoływań ptaków
Czułe ścieżki z wrośniętymi w nie miejscami naszych spotkań
coraz bardziej rozszerzają się w wiosennym słońcu

już
nie
można
przemierzyć
ich
w
okamgnieniu

Coraz bardziej zmęczeni i zobojętniali nierzadko z łzawiącymi oczami
dochodzimy chyłkiem do siebie

niet perz
o niet perz
o


Ta opowieść nie ma końca
Zawsze musielibyśmy wrócić do
Kocham Chariel więc kiedy powiedziała
resztę życia spędzę tylko z mężczyzną z którym będę czuła się
naprawdę świetnie
poczułem w tym pewną szansę dla siebie
Zresztą czy miałbym siłę wykrztusić coś jeszcze
przyciśnięty zardzewiałymi mimośrodami
rozgnieciony na płask wyblakłymi nakrętkami snów
rzucony przez Chariel w kartkę pamiętnika jak kamień w wodę?


Mineralogia mogłaby powiedzieć co nieco skąd się wziął
dlaczego właśnie w tym miejscu spierałby się do śmierci geolog z geodetą
Chemik prześwietliłby na wskroś kruche ciało i wskazał na związki
z resztą kosmosu Ot choćby ze mną

która wybrałam właśnie jego z brzegu kamienistej plaży
skupiona tylko nad tym ile kaczek pozostawi na wodzie
Kilka podskoków po milionach lat bezczynności
prawdziwie nieludzki wysiłek
zasiedziałych w wieczności krzemowych mięśni

Spoczywając w miękkim mule wspomina teraz chwilę
kiedy był ptakiem lecącym ponad grzywami fal
kamienieje marząc o dniu
w którym znów ożywi go czyjaś śmiertelna ręka

Opublikowano

Wielki powrót Kaloszy na to forum! Witaj, a jeśli teraz piszę bardzo powoli, to dlatego, że bardzo mnie wzruszyłeś, i mam oczy pełne łez, i fraz Twojego wiersza. Ależ się w Tobie uzbierałooo! I wychlusnęło przecudnie, aż kipi! Metaforyka niecodzienna, zaskakująca, i moje kochane bociany! Uwielbiam ten styl, taką poezję! Prawdziwą Poezję. Cieplutko, Para:)
Ps. Struktura wiersza - cudnie skomplikowana, złożona, bogata w formy rozmaite. Narracja, jak w balladzie, potem monolog wewnętrzny, jak strumień świadomości w prozie... . A generalnie - cudna liryka wyznania.

Opublikowano

czytałam z zainteresowaniem. dla mnie super mix. coś jak serial brazylijski skrzyżowany z rodzimym komiksem. wciąga.
niezłe. niezłe.
:)

Opublikowano

Wypisz, wymaluj definicja poezji ( dla bardziej skrupulatnych - liryki miłosnej). :))
Wiersz zapada w pamięć ( pamiętam, pamiętam ) a to znaczy, że nie jest banalny, choć traktuje o podróży każdego z nas - znikąd do nikąd.

Co my tu mamy? Miłość i śmierć, przemijanie, miłość, ironię i dystans do drogi jaką podążamy.
Podane wszystko w pięknej formie. Brawo autorze, brawo!

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz :-) Liryka wyznania? I owszem, zamierzeniem był pewien monolog, powiedzmy kogoś po latach kogo miłość stopniowo kamieniała. Bociany jako symbol narodzin, odniesienie do tego, że bocian przynosi dziecko. Tutaj tylko przylatywały i odlatywały, przylatywały i odlatywały... Można skamienieć, zapaść się w swoich smutnych myślach jak kamień w mule, gdy żaden owoc nie narodzi się z miłości, nie pozostanie po niej widoczny ślad.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Staram się, żeby moje wiersze w jakiś sposób różniły się od innych. Kiedy człowiek napisze, powiedzmy 20 wierszy - spostrzega, że zaczynają być podobne do siebie. Pozostaje brnąć w to dalej, albo - co o wiele trudniejsze - szukać nowego spojrzenia i ujęcia tematu. Przede wszystkim dla własnej satysfakcji.

Dziękuję i pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję :-) Co do słów, prawdopodobnie są już na wyczerpaniu, podobnie jak surowce cywilizacyjne. Zwłaszcza, odkąd to wymyśliłem a nawet zaproponowałem utworzenie czegoś w rodzaju kryterium do kontrolowanie pisanych przez Autorów słów, tak żeby trochę ich zostało dla potomnych ;)
Opublikowano

Witaj Kalosy (tak z węgierska mnie naszło).
Piszesz w jednym ze swoich komentarzy do tego wiersza

'pewien monolog, powiedzmy kogoś po latach kogo miłość stopniowo kamieniała'

Hm ... i stąd?

'Ja w międzyczasie wyświadczałem jej te wszystkie usługi
o których wspominałem wcześniej oczywiście dodając do tego nowe usługi'

Usługi nie mają szans w kwestii odkamieniania miłości. Może woda z octem i zagotować? Na czajniki to działa ...

Bardzo mi się podoba ten wylew słów. Są jak morze sięgające do kamienistej plaży. Natchnienie cofa się i wraca, pozostaje sól, a jednak nie przesalasz.
Chyłkiem dochodzimy do siebie i park maszynowy. Nie uważasz, że lepiej by było

'Chariel zerdzewiła je potem w swoim pamiętniku' niz 'zardziewiała'?

Nietoperze. Panujesz nad słowami.
Pozdrawiam:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witaj! Bardzo mi miło, że zajrzałaś :)
[quote]Piszesz w jednym ze swoich komentarzy do tego wiersza

'pewien monolog, powiedzmy kogoś po latach kogo miłość stopniowo kamieniała'

Hm ... i stąd?

Bezdzietność wielokrotnie pokonywała największą miłość. Dlatego u mnie jest metaforą kamienienia, powolnie narastającego zobojętnienia. Aż po powiedzenie: "zimny jak głaz" (w środku)
[quote]
'Ja w międzyczasie wyświadczałem jej te wszystkie usługi
o których wspominałem wcześniej oczywiście dodając do tego nowe usługi'

Usługi nie mają szans w kwestii odkamieniania miłości. Może woda z octem i zagotować? Na czajniki to działa ...

Owszem :-) Ale w ten sposób oddaję czekanie. Oczekiwanie na owoce (a przynajmniej jeden) miłości jakimi są dzieci. W międzyczasie statki (jedzenie i picie), przypływy i odpływy (miłość fizyczna zależna od cyklów miesięcznych), wystawy kotów (powiedzmy jej hobby, jako nieświadoma próba załatania pustki bez dzieci. I tak transyberyjskie oddaje podróże po rozmaitych wystawach jak i, powiedzmy, że jej ulubione - koty syberyjskie www.google.com/images?hl=pl&client=opera&hs=ZFU&rls=pl&q=koty+syberyjskie&um=1&ie=UTF-8&source=univ&ei=ooBiTJmAC4_KjAeFovm3Bw&sa=X&oi=image_result_group&ct=title&resnum=1&ved=0CCoQsAQwAA&ei=pYBiTLqLJNCRjAfUk9GPCQ&gbv=2 )

[quote]
Bardzo mi się podoba ten wylew słów. Są jak morze sięgające do kamienistej plaży. Natchnienie cofa się i wraca, pozostaje sól, a jednak nie przesalasz.
Świetnie to odczytałaś! Zalew słów jak powiedzmy Wiślany ;)

[quote]
Chyłkiem dochodzimy do siebie i park maszynowy. Nie uważasz, że lepiej by było

'Chariel zerdzewiła je potem w swoim pamiętniku' niz 'zardziewiała'?


Zardzewiała bardziej oddaje to, że to ona pisała te wiersze/kartki pamiętnika.

[quote]
Nietoperze. Panujesz nad słowami.
Pozdrawiam:)

Jak choćby ten na stronie 666...
Bardzo dziękuję za komentarz (dzięki takim komentarzom sam zaczynam lepiej, czy też pełniej rozumieć, co napisałem ;)) i pozdrawiam.
Opublikowano

"Wpajęczonej w rozpuszczone włosy exodus dłoni
na drżących ze zmęczenia palcach
na przełaj siebie na myśli skos
na dnia poniewierkę

A tak słodko tak dobrze śniła nas dzisiaj noc
gdy na rzęsie zachmurzonej powieki
kogut zapiał w czarną źrenicę"

dla mnie może to, ale i tak wole te twoje standardowe - rok mnie nie było, a tu się okazuje że u Liliany są twoje przedruki :P że tak powiem to ja wole te lilianowe :P :P co ci sie sonetów nie chce pisać? :P zmęczenie materiału? ten rzeczywiście formalnie i dobry, ale że tak powiem: ja-takiego-nie-chce :D


pozdr.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jednak sonetem nie odda się wszystkiego. Przykładem jest Twój o wodzie, który pozostaje tylko słowami o wodzie ale nie oddaje jej natury. "Jak kamień w wodę" mnogością słów (mawia się przecież: "potok słów", "tonąć w słowach" i ja nie potrzebuję już tego pisać) oddaje bezmiar oceanu a ich ilość staje się metaforą. Podobnie jak, jeśli chodzi o uchwycenia samej myśli, nastoju - najlepszą formą jest haiku, ewentualnie miniaturka. Metafory same w sobie, podobnie jak przenośnie najwięcej radości dawały mi w przedszkolu (mamo, ten tramwaj ma czerwone skrzydła bo sam jest tylko osiemnastką, itp. wydziwiania - jak je nazywali rodzice) i obecnie nie są celem samym w sobie.

Pozdrawiam i cieszę się, że cię widzę, że nie dałeś się najgorszym - bo wydumanym przez siebie - wrogom :-)

Pozdrawiam.
Opublikowano

ale i tak sentyment to zrymowanej-zrytmizowanej formy pozostaje =) nie mówię, że to złe :P ale ja chcę, sam wiesz czego :P (jak to zabrzmiało^^) co do mojego sonetu to pewnie i masz rację, to że wrzucam wiersz nie znaczy że jest najlepszy... po prostu znaczy tyle, że powstał :) ostatnimi czasy zresztą mało już pisze, raz na miesiąc moze... albo rzadziej... z tymi metaforami musze sie niestety z toba zgodzic, chociaż sam je uwielbiam to już sam powoli widzę, że jak na razie budowa oparta o same metafory prowadzi do pewnej suchości wiersza... no ale dopiero czas pozwoli mi to jeszcze wygładzić... :P jak to ładnie w końcu powiedział jakiś profesor w stanach ;P a z którym sie zgadzam - "możemy sobie gadac, że cały świat, opis elektronu, czas, przestrzen - to złożone wielowymiarowe funkcje, których nie możemy sobie wyobrazić -- tylko czemu te złożone funkcje, którch nie mozemy sobie wyobrazić widzimy, ot jako np. krzeszło" :D

a jeżeli chodzi o mnie, to chyba ostatni tekst jaki stworzyłem i był dość , dobry to ten z końca marca:

Sonety utracone // ciag dalszy elegi

Deszcz, który już nie spłynie. To gwiazdy. Jak krople
Na cienkich wiszą sznurkach, u ręki kuglarza
To noc jest w jego cieniu, i dała się opleść
nieprzemijalnym dźwiękiem, odgłosem spadania.

Przejrzyste żyłki, światło, raz w górę, raz na dół
I z każdą nocą czujesz, że bardziej się skraplasz
ktoś musi przecież upaść, i oddać się za dług
przez gwiazdy zaciągnięty, tą sztuczką, za aplauz

gawiedzi niewidzialnej. Nie znosi nikt próżni
więc czujesz że się stałeś, tym deszczem, którego
na skórze nikt nie czuje, choć wkoło wciąż dudni.

I lekko się unosisz, duch zerwać się pragnie
Nad całą farsę, kłamstwo, coś znaleźć innego –
lecz wie, że trwać tu będzie, choć wzniósłby się dalej

bo tu związany czeka, zaklęty w zmartwychwstanie

pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Rafael Marius z pięknej toalety:) jutro mam ślub z stylu włoskim w plenerze w ciągu dnia do wieczora:) inaczej, bo w zieleni na zielonej łące pośród kwiatów i w koronkach drzew:) w nocy nie ma takiego efektu obcowania z naturą jak w dzień:) będzie to śliczny ślub:)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • w gwieździstym niebie nie było Ciebie  w toni oceanu pustka bez Ciebie  w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie  w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie    na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły  na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia  na rogatkach miast na szczytach gór  był tylko upiór mój miłości romantyczna    w setkach spojrzeń w barze i metrze  w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach  blichtru i sławy  nie było Ciebie i nie ma sprawy    W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie  w biodrach tańczących   piersiach gorących  brak Ciebie  w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie  po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie    
    • Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały  przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem  w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie  wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy  co schować chciały się  w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je  amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask  deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny  rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi.     Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona  trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca  niż zerwane  zwierzęcym pragnieniem  kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem  ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali  w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków  o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju.     W tej samej chwili  stojący przed swą chatą wojownik  ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą  kilka solidnie wystruganych strzał  o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa  zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach  wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu  w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował  i wstąpił z bronią do kniei  tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił  lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach  moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać  na pierwszy blask słońca  który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł  by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się  znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu.   Bór, im dalej prowadziła  wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka.  Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu  płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem  odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek  i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć  i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt  to w wielokolorowe runo. Szukał śladów.  I po chwili znalazł je.     Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko  w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę  rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów   w trzewiach powalonych pni  i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki.     Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie  w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila  gdy ujrzał także łeb z porożem  wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę.  Nałożył ją i wygiął cięciwę  gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę  dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz  i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch  pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował  i spokojnie w pełnym skupieniu  ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać  a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios.   Krwawy trop  to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew  czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym  że śmierć zwierzęcia  jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi  i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków  pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem  miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła.  Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej  i prowadziła wprost w rozwidlenie.     Gdy wyszedł na skraj poręby,  pierwsze co uczuł to  nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark  a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka  dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze  i bardzo wesoła a wręcz frywolna  jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać  pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny  oddalił się na zachód.  Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast  spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić,  że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec  a człowiek przywędrował widać z nieba  bo brak było wokół  jakichkolwiek śladów ludzkich stóp.     Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy  spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników  lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte  i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne  obok niego na trawie spoczywały też niespotykane  bo kremowe skrzypce  wykonane jednak jak najstaranniej  i widać było,  że są mu rzeczą w życiu najbliższą.  Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą  do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz  pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi  bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim  jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień.   Zanim jednak wykonał ku niemu  choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy,  przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać  ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją   a potem odskoczył jak oparzony,  macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz  jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz,  porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności.     Myśliwy wystąpił przed niego  i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością.  Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło  i zaczął wierzyć w to  że nie pochodzi ona z jego żył.     Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce?  Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów?     Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno,  lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem  głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam  z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce  a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich  otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu.     Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał  tym szerzej otwierały się  wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu,  trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała.   Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda  o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi  i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko  w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie  jak te które można usłyszeć  czasem nocą w kniei. Mówi się, że  korowody umarłych  przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta,  zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.                
    • @Waldemar_Talar_Talar

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...