Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Teraz trudno jest mi o tym w ten sposób myśleć, ale to był dzień jak każdy inny. Siedziałem przy stole w dużym pokoju i powoli sączyłem kawę, przygotowując się psychicznie do kolejnego traumatycznego dnia w szkole. Byłem przestraszonym gówniarzem, tak niepewnym siebie, że ciężko to byłoby wyrazić nawet jakąś ordynarna agresją. Powoli, mechanicznie zbierałem się do wyjścia na przystanek, gdzieś na dnie kubka z kawą zostawiając myśl, że nie jestem pełną osobą, że przecież kolejny dzień po prostu minie bez sensu.
Na przystanku przywitałem się z Maćkiem :
- Cześć
- Cześć Karol, też Ci marznie dupa? – odpowiedział. Był zawsze tak pociesznie wulgarny. Jednak jego „kurwy” i inne takie, rzucone między zębami w drodze do szkoły, były zawsze czymś więcej niż przekleństwem, były wyrazem jego niezależności od czystego języka. Maciek nie był po prostu wulgarny.
Prawie szczękałem zębami z zimna. Otaczał nas zewsząd biały puch, a droga po której miał przyjechać autobus była po prostu taflą lodu. Mijały minuty. Mogła być 7.18. Na pewno był 12 lutego 1999 roku.
Po kilku minutach zrezygnowaliśmy z czekania. Musieliśmy teraz przemierzyć pól naszego osiedla w drodze do następnego przystanku. Ruszyliśmy więc wśród przekleństw i narzekań. W domu przecież byli rodzice, którym nie można było powiedzieć „Dzisiaj nie idę do szkoły”
W szkole zaś czekał na nas pan M. Pan magister M. Siedemdziesięcioletni sadysta, były członek Szarych Szeregów, który miał głęboko w swoim starczym poważaniu cały świat. Interesowało go tylko, czy znamy na pamięć kierunki polaryzacji w tranzystorze bipolarnym.

Minęliśmy kościół, potem las i doszliśmy do przystanku przy drodze szybkiego ruchu.
Stała tam. Przystanek był pełen ludzi, ale ona stała akurat pod rozkładem jazdy. Maciek i ja szybko przelecieliśmy wzrokiem po godzinach przyjazdów..
- Jedziemy tym 657 o 7.32 – powiedziałem i głos mi zadrżał. Uświadomiłem sobie boleśnie, że to chyba pierwsze słowa, które przy niej wypowiadam.
Zdawało mi się, że kocham Martę. Wiem, ona przemykała tylko korytarzami mojej podstawówki i nigdy mi się nawet nie przyjrzała, ale głupio, szczeniacko uparłem się, że kocham tę dziewczynę. Nie wiedziała o żadnym głupstwie, które w życiu zrobiłem. Nie wiedziała jaki potrafię być głupi i wulgarny. Ja za to wiedziałem o niej wszystko, wiedziałem, że muszą ją tulić i kochać jak kogoś, kto tylko na to czeka. Wiedziałem też, chyba od dwóch miesięcy, że Marta ma na imię Marta.
Przyjechał autobus. Bóg był w niebie, a wola Jego przy mnie, bo ona też wsiadała do tego autobusu.

Staliśmy w tłoku przy wejściu, ona stała nieopodal. Nie chciałem rozmawiać. Zacisnąłem mocno zęby, próbując skupić się na błyskających za oknem domach.
Minęło kilka minut i pochyliłem się do ucha Maćka. Zaskakująco zdecydowanym głosem zapytałem go:
- Widzisz tę dziewczynę?...
Skinął nieuważnie głową.
- Wysiądziemy pewnie na tym samym przystanku co ona. Jeśli nie odezwę się do niej wtedy słowem, to chcę żebyś mi skopał dupę…- dokończyłem.
- Hehe…- to był przyjazny śmiech.


Gdy wysiedliśmy, podszedłem powoli lecz zdecydowanie do Marty.
- Cześć – zacząłem – Masz na imię Marta, prawda?
- Tak.
- Nie znasz mnie, wiem, ale …..- zawahałem się – Mam na imię Karol.
- Miło mi…
- Chciałem Ci powiedzieć, że strasznie mi się podobasz…
Zaczerwieniła się i zachichotała cicho.
Wtedy właśnie poczułem, że postawiłem ją w głupiej sytuacji. Nie wiem, co robił Maciek za moimi plecami. Dla mnie była to śmiertelnie poważna chwila.
Idąc dalej, opowiedziałem jej skąd znam jej imię i nazwisko. Pamiętała Marcina jeszcze z przedszkola. Mnie widziała pierwszy raz i nie zapominała o tym.
- Nie mam telefonu, ale daj mi twój …
- 25……. , na pewno zapamiętasz?
- Tak, muszę iść.

Szedłem do szkoły dumny jak paw. Byłem królem tego dnia. Byłem także królem następnego tygodnia, w trakcie którego nie zadzwoniła. Byłem królem następnego roku. Dzieciństwo się skończyło i trzeba było abdykować.
Nikt tego nie widział, prócz Maćka. Nikt tego nie pamięta, prócz mnie.



KONIEC




Uwaga! Chamskie wtrącenie

(Czy to naprawdę nie ma dla nikogo znaczenia?)
……………………….
(Chyba nie.)

Opublikowano

chyba się nie znam na prozie, bo to kolejna rzecz, którą czytam i którą czyta mi się dobrze, która wywołuje obrazy (ale bardziej wyczuwam bohatera niż to, co wokoło)
podoba się, bez dwóch zdań

pozdrawiam

Opublikowano

Nie nie (nie podejmuje się odmiany, freney wspomóż) właśnie że znasz się na prozie. A przynajmniej na tej się poznałaś. To dobry kawałek. A jego najwiekszą zaletą jest:
(teraz trąby niech trąbią, bo to żadkie zjawisko jest)
ADEKWATNOŚĆ DŁUGOŚCI DO ZAWARTOŚCI
W sam raz. Tu niczego nie brakuje i niczego nie jest za dużo. Niewymuszony humor, dzień jak co dzień, kobieta, rok jak codzień. W sam raz na historyjkę.
Oczywiście zawsze mozna bardziej i lepiej, ale ta historia tego nie wymaga. Ta historia została zaspokojona t a formą w 100%.
jedna rzecz dyskusyjna to ostatnie zdanie będące chamskim dopowiedeniem. Po co?
...
No dobra przeczytałem raz jeszcze. Doczepiłbym się do tej kawy na początku. Bez znaczenia i tylko (ciepła skądinąd) rozbija ten zimny (nomen omen równiez zimowy) dzień.
No ale to żadne takie, ciąć po 2/3 wyrazy, za każdym powrotem do tekstu, to można od momentu jego powstania, aż do kiedy nie zniknie zupełnie (lub autor się nie przekręci). Niech zostanie wszystko jak jest, bo te duperele o których pisałem to się wygubią same przy każdym kolejnym tekście.

Opublikowano

Powiedziałabym interesujący. Prawda, są pewne momenty, w których coś chciałoby się zmienić, ale pojawiają się z tak małą częstotliwościa, że nie zwraca się na nie uwagi, przy ogólnej ocenie tekstu. motyw moze banalny, ale przedstawiony z punktu widzenia mężczyzny napbiera nowego znaczenia. mnie zbyt szybko urywa się charaktersytyka Maćka. Właściwie dobry pomyśł, dowcipna ale przemyślana forma, ale nie spodziewałam się takiego zakończenia opisu. Ale to odczucie subiektywne zupełnie!
Ale gadam i gadam a wnioski żadne.
Podoba mi się, poprostu!


dziuńka

Opublikowano

Podpisuję się pod komentarzem Marcholta - i Jej Kot ;-) Marcholt, a wszystkich obrazkowych kawałków prozy nie mógłbyś przypadkiem tak czytać? Kawa zwróciła także moją uwagę, trudno mi wyobrazić sobie poważnego mężczyznę z górnej podstawówki sączącego kawę, ale to tylko niezobowiązująca uwaga... Oklaski!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
    • Oklej Eli lej, Elko   Oklej, umilaj, ukop. A pokój Ali mój, Elko!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...